Mam autyzm i nie zbieram pieniędzy na konto. Za to piszę, co mi się podoba.
Kategorie: Wszystkie | Info | Ja i ASD | KSIĄŻKA | Komentuję | Konstruktywnie | Opisuję
RSS

Komentuję

środa, 28 stycznia 2015

 

Ominęło mnie Blog Forum Gdańsk. Dlatego kiedy przeczytałam o See Bloggers, od razu poszłam się zapisać. Miałam szczęście, bo był to ostatni dzień rejestracji. Kilka dni później dostałam informację o zakwalifikowaniu się, chociaż brałam pod uwagę, że mój blog ma dość niszową tematykę, natomiast moja osoba jest dla większości ludzi nieatrakcyjna towarzysko.

Ale jednak się udało. Bardzo się ucieszyłam, bo lubię pisać i nawet mi to wychodzi. Lubię też oglądać statystyki. Oto przyszła okazja poznać innych ludzi, którzy też lubią pisać, oglądać statystyki i mają coś ciekawego do powiedzenia. Zdaję sobie sprawę ze znaczenia fejsbóka, dlatego udzielałam się dość aktywnie na stronie wydarzenia.

 

 

Angielski, angielski wszędzie! Na Zachodzie nikt przecież nie używa cebulackiego języka.

 

 

Właściwie na każdej konfie jest jakaś impreza integracyjna. Tutaj była ona tematyczna - w stylu Coco Chanel, czyli czasy okołowojenne. Super, świetnie wyglądam w tego typu ciuchach. Przygotowałam sobie przebranie - czarna sukienka, marynarka w pepitkę, perły i kwiatek z piórkiem we włosach.

Pamiętacie jak po InfoShare pisałam, że dobrze, że Lidl jest tak blisko Amber Expo? Tym razem Lidl sam przyszedł do nas (czyli do PPNT) i zaprosił na warsztaty ze stylizacji kanapek. Dowiedziałam się paru rzeczy o układaniu warzyw na bułce tak, żeby ładnie wychodziły na zdjęciu. Efekty mojej pracy możecie podziwiać tutaj. Może wygram aparat albo bon na zakupy? Za parę dni się dowiemy (dopisek po paru dniach: nie udało się). Na razie zostałam posiadaczką czarnego fartuszka, który jest dość długi i przystosowany do wysokich osób.

Kanapki można było robić nie tylko do zdjęć, więc raczej nikomu nie groziła śmierć głodowa. Ponadto można było spróbować napoju z kulkami, czyli tzw. bubble tea. Nigdy wcześniej nie piłam czegoś takiego, więc było to ciekawe doświadczenie.

 

 

 

Chrupanie kanapek z Lidlem.

 

 

Warsztaty, ach warsztaty! Straszny bałagan był z zapisaniem się na nie. Bilety pojawiały się i znikały w ciągu minuty. Na szczęście udało mi się zdobyć kilka. Podczas warsztatów zorientowałam się, że większość uczestników stanowią blogerzy piszący o modzie, gotowaniu i lajfstajlu. W porównaniu do nich, mój blog wydaje się być mocno zorientowany na konkretną tematykę i wręcz ekspercki. Nie wiem, czy był ktokolwiek inny zajmujący się psychologią lub publicystyką. Właściwie to większość ludzi pisze artykuły w stylu 9 oznak, że twój facet coś ukrywa albo reklamuje zupki chińskie otrzymane od producenta. Tak, to ma wzięcie, ale yyyy... co ja robię tu? Prowadzący zaciesza z jakichś tekstów o gwiazdach, a ja nawet nie wiem, o kogo chodzi.

 

 

 

Ten pan jest fajny i wstawienie go pomaga nabić wyświetlenia na blogu.

 

 

Na warsztatach nie dowiedziałam się niczego nowego. Właściwie wszystko albo już gdzieś przeczytałam, albo sama doszłam do tego. Odbywały się też w dużych grupach, więc słowo warsztaty nie jest do końca odpowiednie. Były to bardziej wykłado-seminaria, bo czasem ktoś z publiczności się jednak odezwał.

Jednak i tak było fajnie sobie posłuchać i pozastanawiać się nad różnymi sprawami. Na zajęciach pod tytułem Bloger expertem – to się opłaca! dostaliśmy za zadanie napisać notkę prasową z przyszłości dotyczącą samego siebie. Mieliśmy wyobrazić sobie, że oto staliśmy się poważanymi w środowisku ekspertami. Efekty możecie zobaczyć poniżej (hyhy).

Trzy rzeczy poniżej notki to sprawy, o których mogłabym poprowadzić warsztaty, gdyby kiedyś zdarzyła się taka sytuacja. Coś takiego, jak pisałam już w notce Symulator autyzmu. Natomiast gdybym miała poprowadzić wykład, to byłby on o tym, jak internet i blogowanie pomaga zyskać głos osobom takim jak ja.

 

 

Bo najważniejsze to być ambitnym!

 

 

Blogosfera mnie nieco zraziła do siebie, w każdym razie ta pojawiająca się na imprezach. Uczestnicy konferencji w większości znali się już wcześniej i stanowili mocno zamkniętą, hermetyczną grupę. Ciężko było nawiązać z kimkolwiek kontakt, chociaż naprawdę próbowałam. Może emanowało ze mnie zjebstwo? Może wielcy blogerzy bali się, że zabiorę im reklamę garnków? Cholera wie. W każdym razie kręciłam się tam i czułam jakbym przez przypadek trafiła na czyjąś prywatną imprezę.

 

 

 

Hamburger z ciasta.

 

 

Jedyną sympatyczną osobą na konferencji była pani z firmy Organique. Porozmawiałam z nią trochę o kotach i o zajęciach z produkcji kosmetyków, w których miałam możliwość uczestniczyć dziesięć lat temu. Tamte odbywały się regularnie na pobliskiej polibudzie i były mocno laboratoryjne, natomiast te polegały tylko na wymieszaniu kilku składników. W sam raz na konferencję, bo przecież nikt nie będzie się z probówkami grzebał. Naszym zadaniem było sporządzenie maseczki odpowiedniej dla swojego typu cery. W skład mojej wchodziła zielona glinka, olej makadamia, olejek grejpfrutowy i oczywiście woda. Całość nie śmierdzi aż tak bardzo i da się wytrzymać dwadzieścia minut z tą papką na twarzy.

 

 

 Moja maseczka.

 

 

Po przerwie obiadowej odbyły się dyskusje z udziałem zaproszonych gości. Dotyczyły one głównie kwestii marketingowych oraz reklamowania produktów na blogach. Utwierdziło mnie to w przekonaniu, że jako blogerka z kategorii społeczno-publicystycznej niezbyt pasuję do tego towarzystwa. Nie interesuje mnie lans, pisanie artykułów w pudelkowym stylu (o niczym konkretnym, za to o wysokiej klikalności), nie mam też za bardzo czego reklamować. To po prostu nie odpowiada profilowi tej strony. Chcę przekazywać istotne treści, pokazać świat osoby z ASD od wewnątrz, łamać stereotypy i czasem napisać coś od siebie - na przykład o cmentarzach czy pociągach.

 

 

 

 

 

Panel na obrazkach, czyli Jadźka rysuje.

 

 

Po panelu dyskusyjnym wszyscy podzielili się na grupki i gdzieś się ulotnili. Pozostało 2,5 godziny do rozpoczęcia imprezy w stylu retro. Postanowiłam posiedzieć w PPNT i naładować talefon oraz tablet. Wszyscy obecnie używają tego typu urządzeń, ale dostęp do gniazdek był okropny. Mój zapasowy akumulatorek też już zdążył się rozładować. Usiadłam sobie na jednej z kanap, podłączyłam telefon... i zaczęły gasnąć światła. Zostałam sama w wielkiej, pustej hali. Ochroniarz kazał mi opuścić budynek. Zrobiło mi się smutno, bo uderzył we mnie fakt, jaka jestem zjebana. Zabrałam swoją torbę z przebraniem Coco Chanel i udałam się na przystanek. I tak nie miałam co robić w ten zimowy wieczór. Impreza pewnie by mnie psychicznie dobiła i nawet nie miałam telefonu do klikania, bo się rozładował.

Mogłam przebrać się w domu, naładować telefon i wrócić na imprezę, ale jakoś już mi się nie chciało. Za dużo tego wszystkiego. Pogadałam sobie z ludźmi w internecie, dostałam śmieszny filmik dla pocieszenia i było mi jakoś lepiej. Następnego dnia wyspałam się i postanowiłam zająć programowaniem. Stwierdziłam, że od tej pory wybieram się tylko na konfy okołokompowe, bo to przynajmniej są moje klimaty. Ludzie z branży informatycznej są też jakoś bardziej przyjaźni i otwarci.

Nie chcę tu winić organizatorów. Po prostu zwyczajnie nie pasuję do blogosfery.

 

 

 

 

 

środa, 08 października 2014

 

W niedawnym artykule o uczniach z zespołem Aspergera była wzmianka o chłopcu posłanym przez matkę do katolickiej szkoły. Posypały się komentarze, że było to posunięcie totalnie bez sensu, bo osoby z ASD są z natury myślące bardzo logicznie i racjonalnie. Nie interesuje ich ani wiara w rzeczy nadprzyrodzone, ani bezsensowne spędy ludności.

Podczas pracy nad książką Koci Świat dostałam pytanie, czy osoby z ASD mogą być religijne. Musiałam odpowiedzieć zgodnie z prawdą, że raczej nie. Sama mam etykietkę ateistki w Nergalowym stylu (takie porównania słyszałam), chociaż nie robiłam publicznie takich deklaracji. Z wyjątkiem spisu powszechnego, kiedy to wyskoczyło mi zapytanie o wyznanie, to zaznaczyłam ateizm, żeby odciąć się statystycznie od KK. Tak, wiem, że to nic nie daje.

 

 

 

Nie mam złych chęci. W wieku wczesnonastoletnim śpiewałam nawet psalmy podczas mszy (tak, wychodziłam na ambonę i zawodziłam) oraz należałam do parafialnego zespołu muzycznego. Jeździliśmy po okolicy i śpiewaliśmy piosenki religijne. Czasem o tym opowiadam różnym ludziom, ale zwykle uważają, że jaja sobie robię. Jakoś nie pasuje im to do mojego wizerunku, który sobie stworzyli. Tymczasem kościelna otoczka mało mnie wówczas obchodziła. Bardzo lubię śpiewać, rodzice zawsze zachęcali mnie do dołączania do różnych grup, żebym się integrowała, no to się zapisałam. Integracja nie wyszła, bo zostałam parafialnym pośmiewiskiem, ale sobie pośpiewałam i pochłonęłam tony słodyczy, bo na imprezach zawsze coś dostawaliśmy.

 

 

 

Moi rodzice mieli i mają ostro wywalone na Kościół. Nie chodzą na msze i nie lubią księży, ale mimo to zaliczyłam wszystkie sakramenty. Chodziłam też na religię, gdzie mówiono nam, że należy chodzić do kościoła. No to chodziłam w każdą niedzielę, bo jestem porządna. W kościele było strasznie duszno, światła waliły po oczach i nieraz zdarzało się, że zrobiło mi się niedobrze. Podczas kolędy zawsze opieprzałam za to księdza.

Ksiądz: Czy macie jakieś uwagi dotyczące parafii?
Ja: Tak! W kościele jest duszno, śmierdzi i światła są za jasne!
Matka: Cicho!
Ja: No co, ksiądz sam zapytał.
Ksiądz: No wiesz, na mszy jest mnóstwo starszych ludzi, im jest zimno...
Ja: Oni mają grube płaszcze, nic im nie będzie.

Msze były niesamowicie nudne. Podczas nich zajmowałam się robieniem statystyk ludziom - zauważyłam modę na moherowe berety, grube płaszcze i ogólną przewagę staruszków. Przyglądałam się witrażom i przesuwałam sobie różne wzory tak jak Temple Grandin podczas wizyty u psychiatry. Wyobrażałam sobie, co by się stało, gdyby nagle wybuchła bomba albo wpadliby terroryści. Najfajniejszą częścią mszy było pójście w pokoju.

 

 

 

Nauka przekazywana na lekcjach religii zaczęła mnie porządnie wkurzać w gimnazjum. W liceum powiedziałam, że nie będę więcej chodzić na te bzdury. Parę miesięcy wcześniej podeszłam do bierzmowania, bo może kiedyś się przydać do ślubu kościelnego. W kościele mimo to pojawiałam się co tydzień, ponieważ czułam podobny przymus jak rano, kiedy koniecznie musiałam zjeść płatki. Szampon do włosów musi stać z lewej strony, rano musi być herbata, a w sobotę jest zawsze sprzątanie. Taki był rytuał, bez którego posypałby mi się cały porządek świata.

W 2005 roku agitacja polityczna z ambony osiągnęła tak paskudne rozmiary, że już nawet ten rytuał zaczynał mnie denerwować. No ale jak to tak nie iść w niedzielę do kościoła? Z pomocą przyszła mi choroba, która ciągnęła się dość długo i podczas której musiałam leżeć w łóżku. Nie poszłam więc na mszę raz i drugi, i trzeci... i nic się nie stało. A nawet bardzo fajnie było. Więcej się na mszy nie pojawiłam. No, prawie. Byłam parę razy na ślubach i pogrzebach, ponieważ jestem porządna.

 

 

 

Nie wiem, czy Bóg istnieje. Nie wiem, czy ma formę osobową, bo niby dlaczego miałby mieć? Jakoś nie chce mi się specjalnie wierzyć w to, co opowiada KK. Być może istnieje sobie gdzieś jakaś niepojęta Siła Wyższa, ale pewnie trzyma się z dala od Kościoła. Jeśli przyjmiemy, że Szatan istnieje jako Całe Zło Tego Świata, to w instytucji powołującej się na Boga jest go całkiem sporo. Mam w dupie taki Kościół. Kiedy pomyślę o nim, to widzę syfiaste bagienko, nie zaś jakieś duchowe sprawy.

Nie mam zamiaru brać ślubu kościelnego ani chrzcić dzieci, jeżeli kiedyś przyszedłby na to czas. Ogólnie jestem zdania, że zorganizowane religie to zło. Może się to zmieni i na starość zostanę moherem, bo określiłabym swoje przekonania jako teizm agnostyczny. Oby jednak tak się nie stało.

Czy wierzę w skaczącego kota? Oczywiście, ponieważ skaczące koty istnieją i wyglądają całkiem ciekawie. Tak samo jak sufitokoty z obrazków powyżej.

Wiem, że istnieją osoby z ASD, które deklarują się jako religijne. Być może zgadzają się z tym, co opowiadają księża. Być może chodzą do kościoła z tego samego powodu, co ja kiedyś - bo w każdą niedzielę należy pójść do kościoła, takie przecież są zasady. Część może mieć obsesję na punkcie wiary i płoną im mózgi. Nie czytam w myślach, więc najlepiej będzie, jeśli wypowiecie się w komentarzach.

 

 

czwartek, 12 czerwca 2014

 

Do pewnego momentu wydawało mi się, że moje pisemne wypowiedzi nie są ładne, ale przypominają jeden wielki słowotok. Zwykle po prostu piszę to, co mam na myśli, ot tak sobie. Błędów tam nie ma, bo mam w głowie wbudowany słownik. Napisałam kiedyś na forum internetowym parę tekstów o tym, że coś mnie wkurza. Odpowiedzi mnie nieco zdziwiły. Brzmiały one Nie wiem, kto to jest, ale bardzo dobrze pisze. Świetnie się go czyta.

O, to o mnie?

Byłam wtedy w 1. klasie liceum. To ten czas, kiedy zaczyna się przygotowanie do matury sprawdzanej według klucza. Dowiedziałam się, że bardzo fajnie piszę, ale nie o to chodziło w kluczu. Tak zaczęła się moja przygoda z pisaniem wypracowań po kilka razy, bo polonistce było mnie szkoda. Cóż, nie umiałam czytać w myślach ani poetom, ani twórcom klucza.

W każdym razie dowiedziałam się, że wykazuję jakiś talent literacki.

 

 

 

Internety przeglądam od dawna, więc gdy zauważyłam ogłoszenia o poszukiwanym redaktorze pewnego portalu, to się zgłosiłam. W końcu mam zainteresowania, wiedzę, swoje zdanie i do tego umiem pisać. Czemu by tego nie wykorzystać?

Dostałam od właścicieli portalu odpowiedź. Pozytywną. Ale się cieszyłam! Opublikują moje teksty publicznie. Ale będzie fajnie! Zabrałam się do pisania i już niebawem ludzie mogli czytać moje artykuły. A ja czytałam komentarze pod spodem i byłam dumna z siebie.

Pisanie jakichś recenzji, relacji czy zwykłego opisu jest ogólnie łatwiejsze od pisania tutaj. Serio. Zgłosiłam się jeszcze w parę innych miejsc i po chwili mogłam publikować także na innych stronach. Miałam 16 lat i pisałam artykuły, które ktoś chciał czytać. Moi koledzy ze szkoły tak nie umieli. Opowiadali sobie na przerwach o imprezach i wyrywaniu lasek/facetów, a ja pisałam kolejny tekst w notatniku.

Zastanawiacie się pewnie, ile na tym pisaniu zarobiłam? Nic. Od żadnej z redakcji nie dostałam ani grosza. Wymówki były standardowe:

  • jesteśmy młodą firmą, ale dynamicznie się rozwijamy i wkrótce będzie kasa,
  • na razie nie mamy funduszy na nowych redaktorów,
  • cienko u nas z kasą, dostaniesz jak wyjdziemy z dołka,
  • wpiszesz sobie do CV,
  • u nas autorzy piszą hobbystycznie.

A ja w to wierzyłam, bo byłam młoda i naiwna. W końcu obiecują, że KIEDYŚ będą mi płacić. Ale to się zmieniło. Miałam 19 lat i dotarło do mnie, że może pisanie artykułów sprawia mi radochę, ale poświęcam na to sporo czasu i nic z tego nie mam. Ani umowy, ani kasy, ani nic. Tymczasem właściciele stron trzepią kasę na moich tekstach. Już lepiej na blogu sobie pisać, jest bardziej uczciwie.

Pewnego dnia powiedziałam, że oni kiedyś mi zapłacą, a ja im kiedyś wyślę teksty. Kiedyś, czyli nigdy. Był wkurw i ostre domaganie się, ale nic nie mogli mi zrobić. Nie miałam żadnych zobowiązań.

 

 

 

 

 

Minęło parę lat i zauważyłam, że obyczaje w tej kwestii się nieco zmieniły. Na gorsze. Nadal redakcje szukają młodych i naiwnych, którzy będą produkować dla nich coś za obietnicę ewentualnej późniejszej zapłaty. Młodym wydaje się, że sama publikacja na jakiejś stronie to jak złapanie Pana Boga za nogi (duży sukces). Wcale tak nie jest. Internet to wielki śmietnik informacji, w którym jeden artykuł w te czy we w te nie zrobi większej różnicy.

Poziom tych tekstów coraz częściej jest dość żenujący. No ale redakcje wolą zatrudnić za darmo lub za marne grosze nastolatków, niż zapłacić realną cenę komuś, kto pisze dużo lepiej. Napisanie tekstu trochę zajmuje. Nieraz trzeba pogrzebać trochę w źródłach, porobić ilustracje, samemu coś przetestować... Jeśli ktoś chce porządnego tekstu, powiedzmy kulinarnego, to trzeba kupić składniki, zająć się gotowaniem, fotografować potrawę w trakcie i to wszystko ładnie opisać. Za darmo? Nigdy w życiu, wolę pospać.

Można zamówić tłumaczenie tekstu specjalistycznego u kogoś, kto ma wykształcenie w tej dziedzinie lub u gimbazy, która skorzysta z tłumacza Google. Firmy często korzystają z tej drugiej opcji i potem można spotkać koszmarne błędy kogoś, kto w ogóle nie wiedział, o czym pisze. Inną popularną praktyką jest wymaganie tekstu - niby na próbę. Tak naprawdę, to jeśli zgłosi się sporo osób i każda napisze tekst na próbę, to zbierze się tego trochę.

Wpis do CV/portfolio/czegoś to też robienie ludzi w konia. I co, ugotuję sobie potem to portfolio? A może w autobusie powiem, że nie kupię biletu, ale kierowca może sobie wpisać do CV, że mnie woził?

 

 

 

Miałam jakiś czas temu śmieszną sytuację. Na konferencji gadałam z babką z jednej firmy. Odezwała się parę miesięcy później z zapytaniem, czy nie popisałabym u nich na stronie. Tematyka niezbyt skomplikowana, ale wymagałaby przygotowania własnych ilustracji. Wyglądało to w ten sposób:

JA: To jakie będą warunki współpracy?
ONA: Możesz mi wysłać przykładowy tekst?
JA: Mogę.

Wysyłam demo. Niby w temacie, ale tylko część tekstu, bez obrazków, do tego z wyciętymi fragmentami i dopiskami tu będzie coś. Można z tego się dowiedzieć, jak ktoś pisze, ale ciężko to potem wykorzystać. Bez sensu, jeśli zamawiający czytał inne teksty wcześniej, ale przynajmniej się odczepi.

ONA: No, dobre jest. To jeden taki artykuł na tydzień by się przydał.
JA: Za ile?
ONA: No wiesz, nasza firma nie istnieje długo, ale się dynamicznie rozwija... Nie mam kasy...
JA: Takie teksty słyszałam w ogólniaku. Dokładnie takie same. Jakoś one się dynamicznie nie rozwinęły.
ONA: No dobra, dostaniesz X zeta. To wyślij artykuł za dwa dni.
JA: Spoko, wyślij mi do jutra umowę.
ONA: Ale ja dzisiaj w nocy wyjeżdżam na wakacje do Afryki, teraz się szykuję na samolot. Wrócę za 3 tygodnie. Wyślij tekst do Krychy, dostaniesz umowę jak wrócę.
JA: Spoko. Ja się na szczęście nie spieszę, więc dostaniesz tekst jak wrócisz.
ONA: Ale my potrzebujemy go już teraz! Musimy coś opublikować za dwa dni.
JA: To niech Krycha przygotuje umowę.
ONA: Nie, to ja muszę przygotować. No pisz i wysyłaj!
JA: Poczekam 3 tygodnie.
ONA: Beznadziejny początek współpracy. Inaczej to sobie wyobrażałam.

 

Z pewnością inaczej, bo miało być za darmo, prawda?

Jednak zdążyłam się naciąć już parę razy i miałam do czynienia z relacjami różnych ludzi, że nie dałam się w to wkręcić. Nie ma umowy, nie ma usługi. Jeśli ktoś opiera się z umową, to nie wróży to niczego dobrego. Jeśli mówi, że kiedyś zapłaci, to nigdy nie zapłaci. Jeśli wciska wam kity o dynamicznym rozwoju i świetlanej przyszłości, to znaczy, że szuka naiwnych.

Nie ma dziś o ASD. Ale nie musi. W końcu piszę, co mi się podoba.

 

 

piątek, 16 maja 2014

 

Zbliżają się wybory do Parlamentu Europejskiego. W przyszłym roku będziemy mieli z kolei wybory parlamentarne w Polsce. Z tej okazji politycy znów ruszyli w bój. Chodzą słuchy, że Janusz Korwin-Mikke zdobędzie tym razem większe poparcie, niż zwykle. Możliwe, że jego partia po wielu latach przekroczy próg wyborczy.

Gdy zaczyna się mówić o JKM, natychmiast pojawiają się głosy, jakoby miał on zespół Aspergera. Czy tam faktycznie jest? Nie wiem. Jednak gdyby tak było, to nie byłabym specjalnie zaskoczona. Polityk ma mnóstwo cech, które pasowałyby do tego zaburzenia. Jest ekscentryczny i żyje w swoim własnym świecie oderwanym od rzeczywistości. Pomimo tego, że jest inteligentny, wykształcony i oczytany, nie ma za grosz wyczucia taktu i społecznej intuicji. W ogóle nie przejmuje się co mówi, do kogo mówi i co z tego wyniknie. Jego ostre wypowiedzi pogrzebały większość kampanii jego kolejnych partii. Do tego dużo lepiej radzi sobie w wypowiedziach pisemnych, niż w ustnych.

Nie musi mieć jednak ZA. Może być po prostu zdziwaczałym, starym dziadkiem. Podejrzewam, że on sam ma to głęboko gdzieś. W końcu przeżył tyle lat (chyba) bez diagnoz i ma się dobrze.

 

 

 

 

 

Nie chcę jednak pisać dziś o JKM i jego domniemanym autyzmie. Chciałam zwrócić waszą uwagę na inną kwestię, o której pewnie nieraz zapominacie. Mówi się, że każda osoba z ASD jest inna, jednak mimo to istnieje jakiś model żyjący w ludzkich wyobrażeniach. Jest to zwykle niewinne dziecko potrzebujące terapii. Tymczasem rzeczywiści ludzie mogą być najprzeróżniejsi. Ile mamy cech, tyle mamy kombinacji. Dlatego możecie spotkać autystę, który:

  • nie jest dzieckiem. Po ukończeniu 18 lat ASD nie znika. Ani po pięćdziesiątce czy nawet po dwóch. Możecie kiedyś spotkać dziadków ze spektrum i niekoniecznie będą to mili, starsi panowie. Autyk może być wrednym dziadem, z którym nikt nie może wytrzymać.
  • nie cierpi. W ogóle jakoś nie chce mu się cierpieć. Uważa etykietkę rzekomej niepełnosprawności za obraźliwą. Może w ogóle gardzić niepełnosprawnymi. Ze względu na wysoki iloraz inteligencji uważa się za nadczłowieka, co potwierdzają jego obserwacje ludzi wokół. Idioci, wszędzie idioci.
  • ma głęboko w dupie specjalistów i terapeutów. Rozmowa z nimi przypomina mu bardziej grę w szachy z gołębiem, niż sensowną dyskusję. Gadki z debilami są daremne.
  • nie zbiera 1%. Jeśli zbiera na coś, to raczej na replikę ruskiej bomby wodorowej lub kampanię wyborczą z niemożliwym do zrealizowania programem. I nie mówię teraz o obietnicach wyborczych bez pokrycia, tylko o radykalnych i niepasujących do obecnej rzeczywistości pomysłach. Osoby z ASD mają do siebie to, że często nie potrafią myśleć pragmatycznie.
  • nie angażuje się w kampanie. Niejedna osoba ze spektrum włącza się w różne akcje mające na celu szerzenie świadomości i akceptacji autyzmu. Inne z kolei gardzą waszym nieudacznictwem i żebraniem. Prawo dżungli mówi bowiem, że przetrwają wyłącznie najsilniejsi. Promowanie upośledzeń psuje ludzki gatunek.

 

 

 

 

 

  • nie jest cichy i wycofany. Wręcz przeciwnie - kłóci się i manifestuje swoje idee. Głównie w internecie. Jest uciążliwy jak wrzód na dupie.
  • jest chamem. Paskudnym, nieprzyjemnym typem. I jest z tego dumny. Fałszywa uprzejmość do niczego konstruktywnego nie prowadzi. Empatia i altruizm są dla słabych. Demokracja to rządy większości, a większość to idioci. Ty też jesteś debilem. Ale możesz zostać Szanownym Panem Debilem, jeśli tak ci zależy.
  • ma gdzieś równość i tolerancję. Jeśli ktoś nie potrafi się dostosować, to nie jego wina, że jest idiotą. A idiotów powinno się izolować, żeby nie psuli zdrowej tkanki społeczeństwa. Niech sobie gdzieś tam żyją, ale nie powinni być włączani w życie zbiorowości. Empatia nie istnieje. Opór nie ma sensu.
  • mają radykalne poglądy. Tego ściąć, tego powiesić, przywrócić karę chłosty i dyby w centrum miasta. Pozbawić praw wyborczych większość obywateli. Debile nie głosują. Za to mogą czcić swego króla, któremu przydarzyło się nie być debilem. Ludzie nie są równi, przykro mi. Uznajcie wyższość lepszych od siebie.

 

 

 

 

 

Zdziwilibyście się, jak tego typu poglądy są popularne na forach dla dorosłych Aspich. Porzućcie wizerunek bezbronnych dzieci z plakatów i uroczych postaci z filmów szukających miłości. Ludzie są naprawdę różni - ładni, brzydcy, mądrzy, głupi, dobrzy i źli. Nie zakładajcie, że ktoś z diagnozą automatycznie będzie słabym kaleką, który jest wdzięczny, że zechcesz mu pomóc. Są wśród nas ludzie mili i pomocni. Są tacy, którym wy możecie pomóc. Są tacy, którzy pragną zrozumienia. Są też tacy, którzy chcą się integrować. Ale zdarzają się także ludzie ze spektrum, którzy nie są chamscy dlatego, że biedactwa nie rozumieją. Oni naprawdę tacy są. Dla nich społeczeństwo to strata czasu i w ogóle śmierdzisz lewactwem, knypie.

 

Dodatek:

Jejku, znów jestem na Wykopie! Dzięki :) Ten wpis nie miał jednak wyjaśniać, czy JKM ma ZA. Tego się pewnie nigdy nie dowiemy. Chciałam pokazać, jak bardzo Aspi potrafią się różnić, że w spektrum są nie tylko dziwne dzieci i szlachetni dorośli, ale również nieprzyjemne dziady. Życie to nie film.

Przy okazji: sposób mówienia wspomnianego przez was gościa przypomina mi ten opis. Ja z kolei zagrzebuję się we własnych wypowiedziach, bo za bardzo je rozdrabniam. Inne spotkane przeze mnie osoby z ASD jąkały się, zacinały, mówiły bardzo wolno... lub zupełnie normalnie. Ludzie są różni, także ci z autyzmem.

Miłego dnia i pamiętajcie o wyborach za tydzień :)

 

sobota, 12 kwietnia 2014

 

Ostatnio było o popędzie i seksualności. Dzisiaj opowiem wam o swoich przygodach związanych z poszukiwaniami kogoś bliskiego. Niekoniecznie miłości od pierwszego wejrzenia, przyjaźń to przecież też dobra rzecz, jeśli nawet nie lepsza. Od wielu lat słyszałam narzekania, że tylko w domu siedzę i żadnych znajomych nie mam. I w ogóle jakaś dziwna jestem, bo wcale się nie interesuję chłopakami.

Zrobiłam rozeznanie, gdzie można znaleźć sobie znajomych. Najłatwiejsze miejsca to szkoła lub studia, ale u mnie nie wyszło. No to w takim razie coś związanego z zainteresowaniami. Lubię słuchać różnych zespołów, więc wybieram się nieraz na ich koncerty. Najważniejsze jest tam dla mnie zobaczenie wykonawcy na żywo, ale jestem otwarta na ewentualne znajomości. Poszerzyłam też obszar swoich działań na imprezy z cięższą muzyką, gdzie chodziłam w celach towarzyskich, bo nie było czego tam oglądać.

Moje wyjścia na koncerty wyglądają tak: idę na koncert, oglądam i wracam do domu. Ogólnie fajnie, bo po to chodzę na koncerty - żeby słuchać i oglądać. Kiedy postanowiłam znaleźć sobie znajomych, zaczęłam wybierać się również na imprezy tematyczne. Nie wiem, w jaki sposób ludzie poznają się na imprezach. Wygląda mi to na wielki mit, ponieważ ludzie przychodzą tam w małych grupkach i nie są  zainteresowani nikim nowym. Kręciłam się między tymi grupkami i wracałam do domu. Przez kilka godzin nie wypowiadałam ani jednego słowa.

 

 

 

 

Kiedy byłam na studiach, postanowiłam spróbować randek przez internet. W końcu lepiej wychodzi mi komunikacja pisemna, więc ten sposób powinien być dla mnie idealny. Trochę jak Jane, która chce mieć chłopaka. Nie napalałam się na wielką, nieskończoną miłość. Nie nastawiałam się, że koniecznie MUSZĘ kogoś znaleźć, bo lata lecą, a tu nic. Stwierdziłam, że nawet poznanie kogoś interesującego byłoby ciekawe.

Znalazłam więc portal randkowy z dużą liczbą użytkowników i zarejestrowałam się na nim. Imię, wiek, miejscowość, ubrane zdjęcie. Jestem kobietą, szukam mężczyzny, interesuje mnie: przyjaźń, związek. Ani słowa o ASD. Do tego jakiś opis moich zainteresowań i poglądów. Klik, poszło!

Krążą takie opinie, że porządni ludzie poznają się w realu, natomiast z portalów randkowych korzystają nieudacznicy, oszuści i inne społeczne odrzuty. Rzeczywistość wygląda różnie. Ja jednak trafiłam na stereotypowy opis. Jeżeli macie zamiar skorzystać z internetowych randek, to próbujcie. To wszystko zależy od szczęścia, trafienia na odpowiednich ludzi w odpowiednim czasie. Wcale nie mam zamiaru was zniechęcać. Opowiem wam tylko, jak to u mnie wyglądało.

 

 

 

 

 

Może mój profil nie wzbudził jakiegoś ogromnego zainteresowania, ale dostałam całkiem sporo wiadomości. Jednak większość z nich była od panów szukających usług prostytutki. Nie, to nie był serwis dla pań, którym nie chce się stać pod latarnią, więc reklamują się w internecie. Zwyczajny portal towarzysko-randkowy. Panowie chyba nie widzieli żadnej różnicy, bo wysyłali mi wiadomości tego typu:

  • Hej, w jakich godzinach moglibyśmy się spotkać? Interesuje mnie lodzik i bzykanko.
  • Podaj adres, bo strasznie mnie ciśnie, przyjdę jak najszybciej.
  • Przyjechałabyś do X? Dobrze zapłacę.
  • Hej, ślicznotko, jesteś wygolona? A lubisz w dupkę?

To była najbardziej liczba grupa. Kolejną byli panowie chętni na cyberseks. Tekstowy lub na kamerkach. Pewnie, już lecę. Bywali też tacy, którzy opowiadali mi, jak sobie radośnie fapią do moich zdjęć. Nie wiem, czy to miał być komplement, czy co. Nie moje klimaty.

Oczywiście nie wszyscy byli napalonymi zboczeńcami. Pisali też do mnie panowie zainteresowani kontaktami towarzyskimi. Przekonałam się wtedy, że opis zamieszczony na moim profilu jest bez sensu, bo prawie nikt go nie czyta. Moi rozmówcy należeli bowiem do osób, którym sprawia problem tekst bardziej skomplikowany od programu telewizyjnego. Rozmowa z nimi przypominała te wstawiane na tym profilu, tyle że ja się z nikogo nie nabijałam. Wypowiedzi panów nie wykraczały poza a cio tam? czy pokaż jakieś zdjęcie. I co ja bym z nimi robiła?

Pewnie jesteście zainteresowani, czy zdarzyło mi się umówić z kimś na żywo. Owszem, zdarzyło. Jednak nie miałam szczęścia, bo paru facetów może i umiało się przez internet wypowiedzieć sensowniej od a cio tam? i przeczytanie dłuższego tekstu nie przepalało im zwojów w mózgu, jednak po paru zdaniach byli zainteresowani udaniem się do domu w celu skonsumowania nowej znajomości. Bywali też panowie, którzy mieli problemy psychiczne i bardziej przydałaby im się wizyta u terapeuty, niż spotkanie ze mną. Jeden chłopak opowiadał mi o swojej terapii DDA, na którą wybierał się zaraz po naszym spotkaniu. Więcej się nie odezwał. Może dlatego, że nie chciałam z nim iść. Może dlatego, że powiedziałam, że nie mam koleżanek. Może... nie wiem czemu.

W każdym razie po paru takich spotkaniach skasowałam swój profil i dałam sobie spokój z randkami przez internet.

 

 

 

 

Odpuściłam sobie internetowe randki, jednak zdarza mi się chodzić czasem na spotkania forumowe. Nie wynikają z tych grupowych spotkań żadne znajomości, które by wykraczały poza standardowe pisanie na forach, ale jest spoko. Bywałam nawet na zlotach, gdzie nie odezwałam się ani słowem. Wiem jednak już, że jeśli mam poznać kogoś ciekawego, z kim da się sensownie porozmawiać, to nie będą to żadne serwisy randkowe, ale fora tematyczne.

Z niektórymi osobami poznanymi na forach rozmawiam na co dzień i czasem się spotykam 1:1. Rzadko, bo tak mi się trafia, że ciekawi ludzie muszą mieszkać kilkaset kilometrów ode mnie. Jak trafił się ktoś z mojego regionu, to ukradł mi z domu kilka płyt. Dwie osoby z dalekich stron też mnie odwiedziły, ale okazały się porządne. Z nimi utrzymuję kontakt. Nie szukam jednak miłości. Mam już na to wyrąbane.

A wy próbowaliście randek przez internet? A może jeździcie na zloty?

 

 
1 , 2 , 3 , 4
Tagi