Mam autyzm i nie zbieram pieniędzy na konto. Za to piszę, co mi się podoba.
Kategorie: Wszystkie | Info | Ja i ASD | KSIĄŻKA | Komentuję | Konstruktywnie | Opisuję
RSS

Ja i ASD

piątek, 20 października 2017

 

Na samym początku chciałam pokazać wam stronę z satyrycznymi rysunkami pt. Asperger rysowany. Wybrałam ten obrazek nieprzypadkowo. Już niedługo przyjdzie na świat moje potomstwo, które również może być w spektrum. Ma po kim - wzięłam sobie za mężą Sysadmina, o którym już kiedyś tutaj wspominałam. Obrońcy moralności mogą odetchnąć spokojnie, ponieważ wyszłam za mąż kilka miesięcy przed zajściem w ciążę. 

Ta wiadomość może być dla niektórych szokiem. Osoby ze spektrum autyzmu powinny być w końcu aseksualne i prowadzić życie pustelnika. To drugie nawet się zgadza, ponieważ nie mamy znajomych i słabo się integrujemy. Jeśli nasz syn również będzie w spektrum - a może, bo ma szansę na geny z obu stron, a do tego jest chłopcem - to zagęszczenie autyzmu w naszym domu osiągnie takie wartości, że wytworzy się czarna dziura. Dorzucam jeszcze kota, bo kot musi być, a w końcu wszystkie koty mają zespół Aspergera.

 

 

 

 

 

Kolejne rysunki pochodzą ze strony Kos og kaos (komfort i chaos), narysowała je Line Severinsen.

 

Młody ma się urodzić mniej więcej na Nowy Rok, dlatego wstawiłam poniższy obrazek. Oczywiście nie mam problemów z alkoholem, dlatego nie do końca pokazuje moją sytuację, ale wydawał mi się śmieszny. Albo i nie... Kiedy zobaczyłam jak ludzie reagują na pomysł przymusowego leczenia kobiet pijących w ciąży, to byłam w niezłym szoku. Dla mnie to oczywiste: jestem w ciąży, to nie piję, koniec tematu. Dla innych ludzi niekoniecznie. Według mnie jeśli ktoś ma problem z wytrzymaniem 9 miesięcy, to serio nadaje się na leczenie.

Pisałam już nieraz, że osoby ze spektrum są często traktowane jak dzieci, jak nienormalne lub niespełna rozumu. Ma to swoje plusy - nikt nie wypytuje o męża i dzieci, nawet jeśli zbliżasz się do trzydziestki. Wręcz przeciwnie, oczekiwania są takie, że będziesz żyć na model zakonny aż do śmierci, najlepiej z rodzicami. Kiedy okazało się, że jestem w ciąży, reakcje były raczej w stylu nie za wcześnie? U osoby neurotypowej 30 lat to najwyższy czas, u autystycznej za wcześnie. Zupełnie jakby tylko w przypadku osób neurotypowych działały prawa biologii.

Kiedy szukałam w internetach czegoś o autystycznych kobietach w ciąży, to nawet mile się zaskoczyłam. Coś było - niewiele, ale było. Powoli zmienia się też sytuacja z autystycznymi rodzicami, chociaż wciąż dominują treści o rodzicach dzieci z autyzmem.

 

 

 

 

 

 

Moja sensoryka działa tak, że mam wyostrzony węch/smak i jestem bardziej wrażliwa na światło. Z tym węchem jest tak, że dużo mocniej czuję zapachy, przez co nieraz mnie mdli. Zastanawiałam się nieraz, czy gdybym była w ciąży, to będę miała podwójne mdłości, takie nie do wytrzymania. Okazało się, że prawie nic się nie zmieniło. Zapachy drażnią mnie mniej więcej tak samo. Nasiliła mi się choroba lokomocyjna. Nieraz po wyjściu z autobusu miałam straszny odruch wymiotny, na szczęście bez wymiotów. Za to zgagę po takiej jeździe autobusem mam straszliwą.

 

 

 

 

 

 

Istotną zmianą w funkcjonowaniu, jaką zauważyłam, są straszliwe problemy z koncentracją. Jest mi dużo trudniej skupić się na pisaniu notki na blogu, niż kiedyś - a to nigdy nie było proste. Obrazki w mózgu tańczą mi jak szalone, nie daję rady zatrzymać się na jednym. W ciąży niestety nie wolno łykać ani metylofenidatu, ani wenlafaksyny, więc wychodzi na to, że muszę ten problem przeczekać. A nie jest to wcale takie proste, bo trzeba przygotować mnóstwo rzeczy dla dziecka. W przypadku problemów z koncentracją jest tak, że im więcej pojawia się spraw do załatwienia, tym mniejsza szansa, że COKOLWIEK zostanie wykonane. No i mam wokół siebie rozpierduchę, bo nie wiem, od czego zacząć, a jak już zacznę, to nie mogę się skupić na wykonywanej czynności i wszystko się sypie.

A, zapomniałabym o czymś. Jak już się za coś zabiorę, to okazuje się, że trzeba iść spać. Spanie 12 godzin stało się już normą. 

 

 

 

 Jeszcze daję radę założyć sobie buty, ale przed ciążą mogłam przyłożyć głowę do kolan.

 

 

 

Na początku ciąży musiałam się zapisać do lekarza. Nie było to proste, bo nie ani lubię dzwonić przez telefon, ani chodzić do lekarzy. W wielu przychodniach proponowano mi terminy w stylu za rok albo za kilka miesięcy. W końcu udało mi się dostać całkiem szybki termin w przychodni niedaleko. Zapisałam się, po czym zaczęłam czytać opinie o lekarce na Znanym Lekarzu. Nie były one zbyt pochlebne. Przestraszyłam się, bo jestem standardowo traktowana jak świr, dostaję pytania czy dobrze się czuję i czy jestem psychiczna, co wcale nie pomaga. Znalazłam inny gabinet sporo dalej i zapisałam się na wizytę dzień przed spotkaniem z niefajną lekarką. Kiedy udałam się na miejsce, okazało się, że lekarz sobie poszedł, bo nie chciało mu się siedzieć. Zareagowałam jak na świra przystało, w sensie były płacze i krzyki. Na szczęście miałam kolejną wizytę następnego dnia.

Okazało się, że straszna lekarka nie jest taka straszna. Faktycznie mało się odzywa i nie patrzy na pacjenta, ale robi USG na każdej wizycie, daje zestaw badań na NFZ i nie ma jazd typu klauzula sumienia. Nigdy też nie zadała mi pytania czy jestem nienormalna - pewnie nawet nie zauważyła. Jedyne, co mnie w niej wkurza, to umawianie kilku osób na jedną godzinę, przez co trzeba naprawdę długo czekać.

Wiem, że trzeba będzie wybrać szpital, przychodnię i położną, ale nie wiem jeszcze jak się to robi. W ogóle niewiele wiem o opiece nad dzieckiem, dlatego im bliżej końca, tym bardziej to wszystko mnie przeraża.

 

 

 

 Spuchnięte nogi i ruchy jak stara babcia? Oczywiście!

 

 

Mam nadzieję, że za parę miesięcy przestanę tak zamulać i poprawi mi się koncentracja. Mam też nadzieję, że mi nie odwali i nie będę wrzucać do neta milionów identycznych zdjęć niemowlaka. Na razie nie odczuwam nawet chęci robienia sobie zdjęć z wielkim brzuchem, chociaż całkiem fajnie (w sensie ciekawie) wygląda w specjalnych spodniach. To chyba dobry znak.

Najgorsza w tym wszystkim jest świadomość, że trzeba będzie wychować człowieka tak, żeby nie wyrósł na świra ani psychopatę. Opiekę nad niemowlakiem pewnie da się w miarę sprawnie opanować, pewnie nie różni się poziomem trudności od opieki nad psem lub kotem. Dużo straszniej wygląda perspektywa starszego dziecka i interakcji z nauczycielami w przedszkolu i szkole. No i nie tylko z nauczycielami, bo jakiś rozwój społeczny też trzeba zapewnić. I jakoś w domu wszystko opanować, a z tym bez dziecka mam problem.

Już mi się tego wszystkiego odechciewa, ale nie ma odwrotu.

 


piątek, 20 maja 2016

Minął miesiąc od kiedy rozpoczęłam pracę i już wylądowałam na L4. Tak, dobrze czytacie - siedzę na zwolnieniu. Dziś leci już trzeci dzień. Co takiego zrobiłam? Czy dostałam dzikiego szału i przyjechała po mnie karetka z pasami bezpieczeństwa? A może chodzenie do pracy to dla mnie zbyt duży wysiłek?

A gdzie tam. Dostałam zwyczajnej, nudnej grypy. Takiej z gorączką, katarem, kaszlem i bólem mięśni. Takiej, kiedy człowiek jest niebezpieczny dla siebie (bo zamulony gorączką) i dla otoczenia (bo zakaźny). Może trochę głupio, że już po miesiącu poszłam na zwolnienie, no ale wirus grypy nie pyta o staż pracy. Mogło być gorzej, na przykład zaraz po rozpoczęciu, no nie?

 

Wszędzie wokół słychać o maturach i robieniu prawa jazdy. To w sumie naturalna sprawa - ludzie kończą szkoły, zdają maturę i mają parę miesięcy wolnego. Nic, tylko wykorzystać ten czas na kursy i egzaminy.

Niedawno odwiedziła mnie Zakładka i opowiadała między innymi o tym, że jej syn też chce zdawać na prawko. Ja mam to już od dziewięciu lat za sobą i opowiem wam jak to u mnie wyglądało.

 

 

 



 

 

Prawo jazdy tym się różni od matury, że nie ma tam żadnych dostosowań i ułatwień. Każdy zdaje na dokładnie tych samych zasadach. Albo się uda, albo nie. Wszystko zależy od indywidualnych umiejętności, nie od bycia w spektrum lub nie. Jeśli jesteś w stanie zrobić kurs i zdać egzamin, to możesz jeździć. Przy czym uważam, że jeśli liczba tych egzaminów przekracza 5 (3 podejścia + 2 na wyjątkowego pecha), to niestety, ale raczej nie nadajesz się na kierowcę. 

W sumie jak pomyślę o ludziach, co zdali za 5+ razem, to oni zwykle i tak nie jeżdżą. Mają sobie to prawo jazdy dla formalności, ale i tak nie korzystają.

Mój kurs rozwlekł się w czasie z dwóch powodów. Pierwszy to taki, że dokupiłam sobie sporo godzin, żeby wyćwiczyć koordynację. Drugi to taki, że na egzamin trzeba było czekać dwa miesiące. Centrum Gdańska było wówczas rozkopane i nikt nie chciał zdawać w tamtejszym ośrodku. Wszyscy zwalili się do Gdyni, przez co tworzyły się ogromne kolejki. Oczywiście mało kto zdaje za pierwszym razem, więc tłum się zagęszczał.

 

 

Zdawałam egzamin w Gdyni!

 

 

 

Kiedy uczyłam się jeździć i zdawałam egzamin, miałam orzeczenie o niepełnosprawności. Nikt o nim jednak nie wiedział, bo nie było to nikomu do niczego potrzebne. Badania lekarskie sprawdzają tylko czy widzę i słyszę - więcej nie trzeba, wszystko i tak wychodzi na kursie.

Uczył mnie stary facet o imieniu Andrzej, który też był mało towarzyski i nie odzywał się poza wymaganą normę. Placu nauczyłam się szybko i wkrótce mogłam robić ten słynny łuk z zamkniętymi oczami. Najtrudniejsze było ruszanie i zmiana biegów - ale to chyba standardowe problemy kursantów. Na mojej drugiej lekcji na mieście osiem razy zgasł mi silnik na skrzyżowaniu w centrum Gdyni. Pan Andrzej wydzierał się na mnie, ludzie wokół trąbili, a ja nie mogłam ruszyć. W końcu powiedział mi, że ruszam z dwójki. Po tej lekcji wysiadłam spocona i trzęsły mi się nogi.

Zdarzało mi się wjeżdżać na krawężniki i blokować skrzyżowania, ale nigdy nie odwaliłam niczego w stylu ludzi z poniższego filmiku. Dalsze części i ogólnie cały program są dostępne na youtubie, jeśli chcecie się pośmiać.

 

 

 

 

 

Przez bardzo długi czas nie mogłam opanować zmiany biegów i skoordynowania wszystkich czynności wokół. Byłam święcie przekonana, że jeśli zdam, to będę musiała jeździć samochodem z automatyczną skrzynią biegów. Jeśli w ogóle zdam - w końcu jazda samochodem nie jest taka prosta. Trzeba patrzeć na drogę, znaki, pilnować wszystkiego wokół, opanować nogi, ręce, kontrolować biegi i prędkość... strasznie dużo rzeczy. Z tego powodu dokupiłam sobie drugą serię godzin i dobrze na tym wyszłam.

Jeśli chodzi o zmianę biegów, to w końcu się tego nauczyłam i daję sobie z tym radę. Znam jeszcze dwie osoby z Aspergerem, które mają prawo jazdy i obie jeżdżą na automacie. Wy też znacie te osoby - to Marek i Wanderratte. Miałam okazję jeździć z jednym i drugim i było zupełnie normalnie. Wśród ludzi pokutuje takie przekonanie, że automat jest dla nieudaczników, natomiast Prawdziwy Kierowca musi jeździć na manualu. Kto nie używa manuala, ten nie umie jeździć. A tak naprawdę to ważne jest patrzenie na drogę, nie gmeranie przy drążku.

W końcu przyszedł ten straszny dzień egzaminu. Zdawałam go w sobotę o ósmej rano. W nocy przed egzaminem spadł śnieg i rano po ulicach jeździły pługi z piaskarkami. Zapowiadało się ostro.

Moja grupa liczyła dziesięć osób. Teorię zdały cztery, w tym ja. Przed wejściem na plac okazało się, że będzie ruszanie pod górkę, którego pan Andrzej nigdy ze mną nie przerabiał. Jakaś babka powiedziała mi, co należy robić. Udało się. Byłam jedną z dwóch osób, które wyjechały na miasto. Śmigałam po zaśnieżonych drogach i wszystko szło dobrze. Egzaminator kazał mi zaparkować pod sklepem w zaspie śniegu. Zapytałam go, czy dobrze się czuje. Powiedział, że tak - no dobra, jedziemy, sam chciał. No i się zakopaliśmy.

W ten sposób na egzaminie poznałam wyjeżdżanie z zaspy przez rozbujanie auta. Ale po raz kolejny się udało! Głupi ma szczęście!

Jeździliśmy jeszcze trochę po mieście i wszystko szło dobrze, nie dawałam się nawet w nic wkręcić. Nie wiem, czy u was też tak robili, ale u nas standardem było to, że egzaminator próbował oszukiwać zdającego. Na przykład kazał skręcić gdzieś, gdzie jest zakaz wjazdu albo coś w tym stylu.

Jazda trwała już dość długo i zaczęliśmy się kierować w stronę ośrodka. Może zdam za pierwszym razem? Muszę skręcić na światłach w lewo, tak jak to auto przed nami. No to podążam za tym autem i przejeżdżam przez skrzyżowanie... na czerwonym.

W ten oto sposób nie zdałam egzaminu na prawo jazdy z powodu nieznajomości sygnalizacji świetlnej. Tak mi wpisali w protokole. Jeśli trzymają te protokoły w jakichś archiwach, to mają dowód na to, że w wieku dziewiętnastu lat nie znałam kolorów świateł. 

 

 

 

Niewiele brakowało!

 

 

 

Po oblanym egzaminie musiałam czekać dwa miesiące na następny. W tym czasie wykupiłam sobie kolejne jazdy, ale tym razem u innego instruktora. Zmiana instruktora dobrze robi, bo nowy zwraca uwagę na inne rzeczy i nie jest przyzwyczajony do kursanta. Tym razem jeździłam z panem Maćkiem, który był młodszy i nie wydzierał się tyle, co pan Andrzej. Nie puszczał też Gosi Andrzejewicz w samochodzie. Do tej pory, kiedy słyszę jakąś piosenkę Gosi Andrzejewicz, to przypomina mi się kurs prawa jazdy.

Drugi egzamin zdałam bez większych problemów. Jednak i tak nie jeździłam autem, bo go nie miałam. Okazja trafiła się dopiero pięć lat później, kiedy trafił mi się nieużywany Matiz. Nieużywany w sensie stojący w garażu, nie nowy. Nowy zdecydowanie nie był, był stary i poobijany. No ale zawsze to coś.

Wykupiłam sobie kilka godzin w celu przypomnienia jak się jeździ. Na początku było nieco dziwnie, ale wszystko sobie przypomniałam. Najtrudniejsze były wizyty w Urzędzie Skarbowym i Wydziale Komunikacji. Dostałam dokładne instrukcje, co mam zrobić i poszłam tam zupełnie sama. Z urzędnikami sobie jakoś poradziłam bez większej zawiechy, ale zostawiłam tablice rejestracyjne w US i ludzie wpychali się przede mnie w kolejce. W WK stałam strasznie długo w kolejce. W pewnym momencie ktoś z rodziny do mnie przyszedł, bo zaczęli się martwić. Jednak nic się nie stało, po prostu kolejka była duża i ludzie się wpychali.

No i udało się! Zostałam oficjalnie właścicielką starego Matiza! Niewiele nim jeżdżę, bo nie ma takiej potrzeby. Komunikacja miejska działa u nas dobrze, a ja mam chorobę lokomocyjną. Poza tym uważam, że samochód przydaje się, jeśli ktoś mieszka na zadupiu. W mieście służy głównie do popisywania się i generowania korków. W rezultacie jeżdżę bardzo rzadko, głównie właśnie na jakieś zadupia. Najdłuższa trasa to wakacje w okolicach Kościerzyny, które opisywałam wam tutaj.

Jeżdżę zupełnie przeciętnie - ani jakoś super, ani tragicznie. Ale matka i tak za każdym razem wariuje i uważa, że jeżdżę jak na obrazku poniżej.

 

 

 

 

 

Ogólnie ludzie z ASD mogą jeździć samochodem. Czasem nauka zajmuje więcej czasu, czasem przydaje się automatyczna skrzynia biegów, ale ogólnie jest to możliwe i całkiem przydatne. Problemy mogą pojawić się przy:

  • koordynacji wszystkich czynności,
  • zmianie biegów,
  • szybkości reakcji,
  • przewidywaniu sytuacji na drodze,
  • płynnych zmianach np. prędkości - nie jeździmy przecież tak, że zmieniamy ją dopiero przy znaku, ale stopniowo wcześniej.

Większość z tych rzeczy można podciągnąć dłuższą nauką lub różnymi wspomagaczami - czy to wspomniana już skrzynia biegów, ale także takie wynalazki jak czujnik parkowania i podobne. Po to one są, żeby ułatwiać ludziom życie.

Jeśli jednak się nie uda, no to cóż - wielu neurotypowych też nie nadaje się do prowadzenia samochodu. Oni mają jednak ten komfort, że nie podciąga się wszystkiego, co robią do zaburzeń. Jeśli neurotypowy Jaś nie radzi sobie z czymś, to trudno, ludzie są różni, na pewno umie robić inne rzeczy. Jeśli autystyczna Małgosia sobie z czymś nie radzi, to wina autyzmu, w ogóle autycy się nie nadają do takich rzeczy, to są chorzy ludzie. A jeśli sobie radzi, to udaje i nie ma autyzmu. To są podwójne standardy, które nadają się na osobną notkę.

Czy są tu inne osoby ze spektrum, które mają prawo jazdy? Jak wspominacie naukę? Jak sobie radzicie na co dzień? Dostajecie mandaty? Ja na szczęście jeszcze nie zaliczyłam żadnego i oby tak zostało. Nie wiem, jak zachowałabym się w sytuacji mandatu albo jakiejś kolizji. Zwłaszcza to drugie mogłoby być straszne. Mam nadzieję, że nigdy nie będę musiała sprawdzać tego na żywo.

 

 

 

 

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

 

Tydzień temu szykowałam się do pierwszego dnia w nowej pracy. Praca jest nie byle jaka, bo w końcu taka prawdziwa, długoterminowa, na umowę o pracę. Do tej pory trafiały mi się same śmieciówki, staże, praktyki i podobne badziewia. No i oczywiście wszechobecne próby wyrolowania naiwnych na dynamiczne pitupitu.

Tydzień temu się bałam. Pracę mam właściwie dzięki poprzedniemu artykułowi, który trafił później do Wyborczej, Interii i Focha. Na Wykopie też był. Jedna z firm, która wcześniej mnie odrzuciła, nagle znalazła dla mnie stanowisko. Było to megaśmieszne, zwłaszcza że na kolejnej rozmowie zapytano mnie, czy dalej prowadzę bloga. Owszem, prowadzę i nawet jadę na kolejną konfę.

Tak oto mam szefostwo, które czyta Koci Świat ASD. Pozdrawiam serdecznie! :P

Strach był duży. No bo mogę sobie robić aferę w internetach, ale jak będzie na żywo? Pojawiło się to uczucie, że jestem właściwie testowym egzemplarzem autyka. Jeśli zrobię coś głupiego, to opinia o mnie przejdzie na całą społeczność. Jeśli wyjdę na debila, to w świat pójdzie opinia, że autycy to debile. Nie ja jako jednostka, tylko wszyscy. Noooo, kiedyś wzięliśmy dziewczynę z Aspergerem, ale była taka i owaka, oni się do niczego nie nadają, to są chorzy ludzie...

A z drugiej strony, to jeśli okażę się taka sama lub lepsza od ludzi na tym samym stanowisku, to w świat pójdzie opinia, że autyk to człowiek jak każdy inny, nadaje się do pracy i nie robi wiochy.

 

 

 

Ruiny dworku w Starej Hańczy.

 

 

Szefowie też się bali. W ciągu minionego tygodnia przychodzili kilka razy dziennie do pokoju, w którym siedzę i pytali czy wszystko u nas w porządku. Chyba myśleli, że będę się bujać, walić głową w ścianę albo rzucać gównem w facetów siedzących obok. A tu nic z tego. Chyba zrujnowałam wyobrażenia tego, jak zachowuje się osoba ze spektrum autyzmu.

Siedzę sobie spokojnie jak kwiat lotosu na tafli jeziora. Albo jak łabędź na tafli jeziora Wigry.

Wszystkie dzisiejsze foty są mojego autorstwa tak w ogóle. Zrobiłam je w czasie wyprawy do Suwałk i wycieczek z Markiem. Jeśli ktoś z mojej firmy chce obejrzeć inne, to zapraszam do obejrzenia kalendarza.

 

 

 

Jezioro Wigry.

 

 

Największym problemem w nowej pracy jest rozpoznawanie ludzi. Do tej pory umiem jako tako zidentyfikować cztery osoby, z czego dwie siedzą ze mną w pokoju na stałe, natomiast dwie pozostałe dość często przychodzą. Reszta wciąż zapisuje się w /dev/nullu, łącznie z szefami, zastępcami i resztą ekipy, którą wypadałoby rozpoznawać.

Nie mam pojęcia z kim rozmawiałam na rozmowach kwalifikacyjnych. Imiona i nazwiska pamiętam, natomiast nie same osoby. Mogłam je mijać setki razy, ale nie rozpoznać. Nie robię tego specjalnie. Nie ma sensu się obrażać, lepiej przypomnieć kim się jest - nawet kilka razy dziennie.

 

 

 

Jezioro Hańcza.

 

 

 

Drugim moim problemem jest to, że matka każe mi się ładnie ubierać. Nie wiem, dlaczego programistka ma chodzić odstawiona jak szczur na otwarcie kanału elegancka starsza pani. Do tej pory przychodziłam ubrana zwyczajnie, ale codziennie słyszę narzekania w domu, że fuuuu i źle. Moi koledzy z pokoju mogą nosić dżinsy i koszulki z napisem DENATURAT. Ja mam się stroić jakbym szła na randkę albo spotkanie z klientem. Powtarzam matce, że nie jestem wdrożeniowcem ani przedstawicielem handlowym, ale nie dociera.

Według mnie, strój programisty powinien spełniać trzy kryteria:

  • czystość,
  • brak golizny,
  • brak wulgarnych/obraźliwych napisów.

Reszta to kwestia gustu. Ładne ubrania są trudne do zniesienia, bo są niewygodne i trzeba o nich cały czas pamiętać.

 

 

 

Jezioro Wigry.

 

 

To są póki co moje jedyne problemy związane z pracą. Chyba - bo mogłam coś odwalić i o tym nie wiedzieć.

Jeśli chodzi o pracę jako taką, to na razie robię niewiele zadań i są one bardzo proste. Do tego robię je pod nadzorem. Powody mogą być dwa: albo mam się bardzo powoli przyuczać, albo uważają mnie tam za dziecko specjalnej troski. Mam nadzieję, że ten pierwszy powód jest prawdziwy. Firma od wielu lat tworzy dość kobylasty program, w którym można się pogubić nawet jako użytkownik. Lepiej dać nowemu pracownikowi jakieś proste zadania, żeby powoli zapoznawał się z całością.

Albo nowy pracownik to autystyczny debil, który lepiej niech udaje, że pracuje. To też możliwe, bo pani z kadr kilka razy się pytała czy mam orzeczenie. Za 02P/12C są w końcu ładne dotacje.

A ja orzeczenia nie mam, bo uważam się za osobę w pełni sprawną fizycznie i umysłowo.

Kiedy byłam w Suwałkach, nagrałam z Markiem filmik o zatrudnianiu osób z ZA. Film powstał na zamówienie Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, ale przemawiamy z pokoju Marka w Suwałkach. W Lublinie jeszcze nie byłam.

 

 

 

 

 

 

Marek i ja byliśmy prelegentami na konferencji organizowanej przez Niepubliczną Terapeutyczną Szkołę Podstawową Bajka w Suwałkach. Marek opowiadał o swoim dorastaniu, a jego mama o wychowywaniu dziecka z ZA. Ja natomiast opowiedziałam o stimach i fiksacjach - o tym, jak je przeżywam i co one dla mnie znaczą. Potem był panel dyskusyjny, w którym uczestniczył także Piotrek (znany czytelnikom tego bloga jako Sysadmin). Miałam nadzieję, że opowie coś więcej ze swojej perspektywy, jednak jego tematyka autyzmu niewiele obchodzi. Gdyby ktoś zadał mu pytanie dotyczące systemów, sieci lub serwerów, to pewnie do dzisiaj by nie skończył. Ale nikt takiego pytania nie zadał.

Najciekawsze pytanie, z jakim się spotkałam na konfie w Suwałkach, to jak nauczyć kota korzystać z drapaka? Nie padło ono na sali, ale na korytarzu, bo tam też ludzie mnie zaczepiali. Otóż ja zrobiłam to tak, że pokazałam kotom jak się drapie w drapak. Na zachętę powiesiłam jeszcze parę kolorowych sznureczków. Wiem też, że niektórzy używają do tego celu kocimiętki.

Marek pokazał mi dużo pięknych miejsc w Suwałkach i okolicach. Nie udało się zobaczyć wszystkiego, bo nie było na to czasu, ale mam nadzieję, że jeszcze tam kiedyś będę. Może do tego czasu kupię sobie lepszy aparat - w końcu mam już stałą pracę. Na razie fotografuję sprzętem za stówę z Lidla, bo najważniejsze jest oko. Jednak tanim aparatem nie sfotografuję małych obiektów lub czegokolwiek w słabym oświetleniu.

 

 

Obejrzyjmy zdjęcia!

 

 

 

Jezioro Wigry i klasztor.

 

 

 Rzeka koło Wigier.

 

 

Rzeka koło Wigier.

 

 

 

Żaby w jeziorze Wigry.

 

 

 Jezioro Wigry.

 

 

Ogólnie w okolicach Suwałk jest tak, że jeśli traficie na jakieś jezioro, to będą to prawdopodobnie Wigry.

 

 

 

Rzeźba w klasztorze.

 

 

Klasztor nad Wigrami.

 

 

Ładne widoki #1 - pole.

 

 

Ładne widoki #2 - wieża widokowa.

 

 

Ładne widoki #3 - widok z wieży.

 

 

 Ładne widoki #4 - widok z wieży.

 

 

Może się wydawać, że Suwalszczyzna jest płaska. Nic bardziej mylnego! Teren jest bardzo pagórkowaty. Drogi są kręte i robi się na nich niedobrze podczas jazdy.

 

 

 

Ładne widoki #5 - jezioro Hańcza.

 

 

Ładne widoki #6 - mosty w Stańczykach.

 

 

 

Ładne widoki #7 - mosty w Stańczykach.

 

 

Tężnie w Gołdapi.

 

 

No i oczywiście...

Cmentarze

 

 

 

Cmentarz Siedmiu Wyznań w Suwałkach.

 

 

 

Cmentarz Siedmiu Wyznań w Suwałkach.

 

 

 

Cmentarz Radziecki w Suwałkach.

 

 

 

Cmentarz żydowski w Jeleniewie.

 

 

 

Cmentarz ewangelicki/wojenny w Dubeninkach.

 

 

 

Cmentarz ewangelicki/wojenny w Dubeninkach.

 

 

 

Cmentarz żydowski na skarpie nad jeziorem Sumowo.

 


sobota, 16 stycznia 2016

 

Ludzie często pytają się mnie o fiksacje. Mają na myśli różne rzeczy. Jednym chodzi o obsesyjne zainteresowania, drugim o rytuały, trzecim o zawieszaniu i intensywnym wpatrywaniu się w obiekty. We wszystkich trzech przypadkach można powiedzieć, że ktoś jest zafiksowany na czymś.

Dwa lata temu napisałam tekst o obsesyjnych zainteresowaniach. Wspominałam tam o płonącym mózgu i zachowywaniu się jak nakręcony sekciarz. Obsesje są jak zakochanie, tyle że obiektem nie jest człowiek. Pewnie większość z was była kiedyś zakochana i zna ten stan myślenia na jeden temat i rysowania serduszek. Kiedy dopada mnie obsesja, to myślę tylko na temat jej obiektu i intensywnie szukam treści z nią związanych. Możliwe, że chodzi w tym wszystkim o tę samą substancję w mózgu.

Nie jest fajnie, kiedy ktoś wyśmiewa się z twojej obsesji. Tak samo jak nie jest fajne, kiedy ktoś wyśmiewa się z twojej miłości. Nawet, jeśli ta miłość jest naiwna i zachowujesz się jak naćpany kretyn, to śmiechy otoczenia nie są wskazane.

W mojej okolicy są osoby, które do tej pory naśmiewają się z mojej obsesji z pierwszej klasy podstawówki. Kiedy spotkają mnie na ulicy, to zaczepiają mnie i mówią chamskie rzeczy. Od 1994 minęło już parę lat. Wszyscy zbliżamy się do trzydziestki. Zastanawiam się, kto tu właściwie jest normalny. Czy ktoś, kto jako 6-latek miał ostre obsesje? A może ktoś, kto w wieku 28-29 lat nadal robi sobie z tego chamskie żarty?

 

 

 

 

 

 

Autystyczne rytuały są mniej więcej tymi samymi rytuałami, co w zaburzeniu obsesyjno-kompulsywnym (OCD). Można powiedzieć, że są to takie kompulsje. Nie są one szkodliwe, chyba że człowiek robi sobie fizyczną krzywdę lub rozpieprza sobie życie. Albo wejdzie w drogę drugiemu człowiekowi z nakładającymi się rytuałami. Moja mama ma OCD i swoje rytuały. Ja mam ASD i swoje rytuały. Czasem zdarzają się starcia. Bo rytuały mają do siebie to, że trzeba je wykonać w określonej sytuacji i w określonej kolejności, inaczej porządek świata się sypie. Nikt nie chce, żeby porządek świata mu się sypał.

Ja widzę to w swojej głowie jako zakolejkowane zadania, które muszą zostać wykonane i zakończone. Jeśli tak się nie stanie, to zaczynają wisieć, wkurwiać i oczekiwać na zakończenie. A w głowie miga wielki ERROR.

Z wiekiem człowiek wyrabia sobie rozmaite strategie i plany B do obsługi wyjątków. Ale nie zawsze było tak fajnie. Jeszcze na początku studiów miałam ataki paniki, płaczu i darcia ryja. Bo w sklepie szpinaku nie było. Albo z innych, równie drastycznych powodów.

O rytuałach będę musiała napisać osobny tekst. Tak samo jak o stimowaniu. Będę też musiała zaopatrzyć się w nowe gryzaczki, bo z tego sprezentowanego przez czytelniczkę odgryzłam już rogi. Fajnie się pisze tekst z gryzaczkiem w ryjku tak w ogóle.

Ale dzisiaj opowiem wam o tym słynnym wpatrywaniu się w obiekty. Po raz kolejny autycy są jak koty, bo one też wpatrują się w różne rzeczy, a ludzie nie wiedzą po co.

 

 

 

 

 

 

Nie jestem pewna, czy kocie wpatrywanie jest takie samo jak autystyczne. Nigdy nie byłam kotem. Nie mogę też zapytać się swojego domowego stadka, ponieważ nie istnieją jeszcze skuteczne metody rozmawiania z kotami. A nawet gdyby istniały, to nie wiadomo czy kot byłby w stanie przeanalizować i opisać swoje postrzeganie.

Nawet nie każdy człowiek jest w stanie. Ja akurat jestem, więc to zrobię. Zaraz dowiecie się, dlaczego autycy wpatrują się w ścianę i inne obiekty. I nie, wcale nie widzimy w tych obiektach kota strzelającego laserami z oczu.

Przyczyną tego wpatrywania jest inne postrzeganie świata. Neurotypowi widzą go całościowo, natomiast autystyczni jako zbiór szczegółów. Neurotypowy zobaczy pustą ścianę, natomiast autystyk zobaczy na tej ścianie wzory, wypukłości, plamy i zadrapania, które zaczną przyciągać jego uwagę. Nieraz wpatrywałam się w różne obiekty i słyszałam komentarze rodzinki, że robię pomiary i obliczenia. Było to nawet całkiem trafne.

Kiedy gdzieś jestem, moja uwaga przeskakuje po różnych fragmentach otoczenia i analizuje je. Przygotowałam gifa, który mniej więcej pokazuje o co chodzi. Wybrałam obrazek z jakichś targów pracy, ponieważ był duży i pełen szczegółów. Spójrzcie:

 

 

 

 

 

 

Podobne rzeczy są pokazane na początku tego filmiku. Nie chodzi jednak tylko o pomiary, ale o przeskakiwanie uwagi na różne fragmenty otoczenia i analizowanie ich. Bardzo często zwracam uwagę na symetrię i linie prostopadłe lub równoległe. Neurotypowy spojrzy na otoczenie i już. Autyk zacznie robić stopklatki i wciągać się w ciekawą geometrię lub kolory. Nie będzie cały czas wpatrywał się w twoje oczy, bo wokół jest mnóstwo ciekawych rzeczy.

Tu nie chodzi o żadną autostymulację i poszukiwanie wrażeń. To jest po prostu specyficzny sposób postrzegania i skłonność do wychwytywania ciekawych fragmentów. Dla neurotypowych wygląda to jak zawieszanie się. A my po prostu przyglądamy się szczegółom lub symetrii, przesuwamy ją w głowie, podążamy wzrokiem i jest fajnie. To bardzo wciągające.

Nieraz czytam na różnych forach jak rodzice robią z tego wielki problem, którego trzeba się pozbyć. Cóż, nasi autycy są leczeni na siłę z bycia sobą, izraelscy pracują dla wojska. U nas wojsko jest zawodowe, ale także mogłoby korzystać ze specyficznych zdolności autystycznych obywateli. A jeśli nie wojsko, to są jeszcze zawody typu tester oprogramowania, analityk danych czy korektor tekstu.

 

 

 

 

 

 

 

 

W ten sposób postrzegane są abstrakcyjne wzory i otaczająca nas rzeczywistość.  Neurotypowi widzą świat całościowo bez większego przyglądania się. Autyści widzą przeskakujące fragmenty. Od konkretnej osoby zależy jak będzie umiała to przetworzyć we własnej głowie. Jedni będą umieli to wszystko poskładać, inni nie.

Jak to jest z czytaniem? Ja akurat umiem czytać właściwie od zawsze i robię to dużo szybciej, niż większość ludzi. Samego procesu nauki nie pamiętam. Obecnie wygląda to tak, że przeskakuję po bardzo dużych grupach wyrazów i nie mam wewnętrznego głosu w głowie (czyli mniej więcej to samo, czego uczą na kursach, tyle że naturalnie). Proces przetwarzania tekstu w mojej głowie zachodzi z taką prędkością, że trudno mi o nim pisać. Po prostu spojrzę i już jest.

U dzieci przeskakiwanie po fragmentach można wziąć pod uwagę przy nauce. Nie każdy ma bowiem dużą moc obliczeniową w głowie i nie każdy czyta od niemowlaka. Tekst dla dziecka autystycznego może wyglądać tak jak dla Piotrka z bloga Szczypty Chili. Duży obrazek po prawej to wersja ostateczna umowy, natomiast małe obrazki po lewej to wersje próbne. Prawdopodobnie Piotrek nie był w stanie poukładać i spiąć w całość widzianych przez siebie fragmentów.

Co można z tym zrobić? Moje pomysły to podświetlanie/kolorowanie kolejnych wyrazów, odsłanianie lub użycie taśmy z okienkiem w stylu tej z kalendarza.

 

 

 

Tekst praktycznie wchłaniam, ale świat widzę mniej więcej tak samo.

 

 

 

 

Myślę, że różnice w funkcjonowaniu mogą wynikać także z umiejętności złożenia sobie fragmentów w większe wiązki. Jest takie powiedzenie, że osoby autystyczne widzą drzewa, ale nie widzą lasu. Oznacza to, że widzą części, ale nie widzą całości. Ja, jako osoba wysokofunkcjonująca, jestem w stanie wywnioskować, że te części są fragmentami całości. Osoby niżej funkcjonujące niekoniecznie. Dla nich rzeczywistość może być chaotycznie skaczącymi fragmentami. Dla mnie jest to chaos kontrolowany.

Moje fragmenty rzeczywistości też przeskakują, ale ja za nimi nadążam.

Pomyślałam sobie, że być moze dla niektórych osób mowa może nie być całością, ale pofragmentowanymi dźwiękami. Słyszą dźwięki, ale ich nie grupują. A część może zanikać i tworzyć dodatkowy burdel. Opisywałam coś podobnego w swoim przypadku.

To jednak są tylko moje przemyślenia i hipotezy. Mam ich zresztą dużo więcej, ale potrzebuję naprawdę dobrego speca od psycho/neurolingwistyki. Napisałam do Noama Chomskiego, może mi odpowie.

Wróćmy do tego, czego jednak jestem pewna. Opowiem wam o tych słynnych autystycznych zawiechach, czyli po prostu fascynacjach. Zobaczcie jak ładnie kotek się wpatruje w dzban i chyba kratkę wentylacyjną.

 

 

 

 

 

 

Ja też tak lubię patrzeć. Lubię przyglądać się pracującej pralce i fragmentom maszyn. Lubię patrzeć na różne wzory. Wiele nudnych mszy w kościele spędziłam przesuwając sobie w głowie fragmenty witraży i analizując statystykę kolorów moherowych beretów. Wpatrywałam się w wzory na drewnie, różne zadrapania, pęknięcia tynku i czas jakoś leciał.

Wpatrywałam się czasem nawet w lampy, chociaż od światła robiło mi się niedobrze i na każdej kolędzie mówiłam księdzu, że w kościele jest za jasno i śmierdzi. Jednak przymrużone oczy dawały fajny efekt rozszczepionego światła, które bardzo mnie fascynowało.

 

 

 

 

 

 

Nieraz w szkole siedziałam i wpatrywałam się w różne ciekawe rzeczy. Przyglądanie może być naprawdę wciągające i człowiek wpatruje się w coś jak kotek w pływającą rybkę. Rybka się rytmicznie porusza, jej płetwy falują, łuski połyskują, woda drga... łaaaaał. To naprawdę niesamowite!

I wtedy przychodzi neurotypowy dzieciak i zaczyna machać ci ręką przed oczami. HALO, TU ZIEMIA! HAHAHA, KAŚKA MA SWÓJ ŚWIAT!

Nie mam swojego świata, enteku. Mam dokładnie ten sam, tylko mnie potrafią zafascynować pęknięcia w tynku, gniazdka elektryczne albo kable biegnące wzdłuż ściany. Ja dostrzegam takie rzeczy, ty nie. Ja zauważam symetrię, kąty i różne inne zależności, ty nie. Ja dostrzegam szczegóły na obrazku w mgnieniu oka, ty nie. Ja mam w głowie ponad trzysta haseł i numerów telefonów, ty nie.

Czasem ciekawi mnie czyjś ubiór, sylwetka lub twarz. Wpatruję się w nie i po jakimś czasie słyszę: a ona znowu się na mnie tak dziwnie gapi! Nieraz jeszcze usłyszę komentarz o moim demonicznym wzroku.

A ja po prostu patrzę i podziwiam. Rzeczywistość mnie fascynuje.

 

 

 

 

 

Wpatruję się w różne obiekty, analizuję i wczuwam się w nie. Tak samo fascynuje mnie dotyk, choć ludzie nie zawsze są zachwyceni, kiedy np. dotykam ich włosów. Uważają dotykanie różnych przedmiotów za dziwne, nawet jeśli to dotykanie jest niegroźne, bo to tylko trawa, dywan, ściana, woda. Dla mnie jest to fascynujące i niesamowicie wciągające. To nie jest dostymulowanie się, bo brakuje mi bodźców. To jest wchodzenie kontakt ze światem. A że wygląda dziwnie... To jest wolny kraj i każdy może robić to co chce.

Niemówiąca blogerka Amanda Baggs nakręciła filmik opowiadający o swoich fascynacjach. W moim przypadku chodzi mniej więcej o to samo, chociaż pewnie ona przeżywa to silniej.

 

 

 

 

 

 

To nie jest fiksacja ani autostymulacja. To jest nasz odbiór rzeczywistości. Jest nieco inny, ale nie trzeba go z tego powodu niszczyć ani naprawiać. Nie jesteśmy popsuci, jesteśmy po prostu inni.

 

 

 

poniedziałek, 04 stycznia 2016

 

Trzy dni temu wróciłam z Warszawy. Na Sylwestrze u Wanderratte było sześć osób, z czego cztery miały oficjalnie zdiagnozowane ZA. Z pozostałych dwóch jedna osoba była NT i jedna z nadwrażliwościami wynikającymi z innych przyczyn. Nie było dzikiego chlania, tańców i darcia ryja. Były rozmowy, umiarkowane picie i oglądanie zdjęć kosmosu oraz cmentarzy. Można było sobie machać rękami i mamrotać. Można było wyjść do innego pokoju, jeśli ktoś miał dość ludzi/świateł/dźwięków.

W pociągu, którym jechałam, nie było już tak fajnie. Od świateł aż mnie mdliło. PKP Intercity twierdzi, że to dla bezpieczeństwa pasażerów. Czyli im bardziej oczy pieką, tym jest bezpieczniej. W tym roku już na pewno kupię sobie okulary do sztucznych świateł. Muszę tylko odnaleźć tę mityczną kasę, którą podobno zarabiam na blogu.

Może też kupię sobie lepszy aparat, gdybym chciała nagrać coś nowego na youtuba. Na święta nagrałam coś, co wywołało u niektórych radość, zaś u innych masywny ból dupy. A ja po prostu chciałam nadać jakąś pokojową wiadomość.

 

 

 

 Film ma napisy. Jeśli komuś są potrzebne, należy nacisnąć prostokącik obok koła zębatego.

 

 

Niektórzy ludzie myślą, że jeśli ktoś ma ASD, to powinien cierpieć i uważać się za gorszego. A tu zonk, bo ludzie ze spektrum nie chcą być neurotypowi. To neurotypowi myślą, że są tacy zajebiści i jedynie słuszni, że każdy chce musi chcieć być taki jak oni.

A tak nie jest, moi drodzy i musicie się z tym pogodzić. Niektórzy są inni i dobrze im z tym. Kiedy sobie o tym myślę, to lata mi po głowie piosenka Born This Way (tu wersja alternatywna).

 

 

 

Bądź inny, bądź sobą... ale nie tak naprawdę, tak tylko na niby.

 

 

 

Kiedy byłam mała, myślałam, że jestem fajna i wszystko ze mną w porządku. Ludzie szybko wyprowadzili mnie z tego błędu. Dowiedziałam się, że nie jestem taka jak wszyscy. To źle. Ja jestem zła i wiecznie są ze mną problemy. Dlaczego? Nie wiadomo, ale to moja wina. Uderzałam się więc rękami w głowę. Uderzałam głowę o ścianę i meble. Kiedy dorośli pytali się, dlaczego to robię, odpowiadałam, że dla innych. Nie rozumieli o co chodzi, ja też nie umiałam tego wyjaśnić. A była to bardzo pokręcona logika. Jeśli będę uderzać się w głowę, to może w ten sposób pokażę, że jestem gorsza od innych i przestanę być zła. A z tym przecież był problem. Inni byli wspaniali, ja byłam nienormalna i zła.

Bez sensu? Nie wymagajcie od kilkulatka złożonych analiz i przemyślanych działań, serio.

 

 

 

 

- Lubię siebie takiego, jakim jestem!
- Taaa... Ale pomyśl jak byłoby wspaniale, gdybyś był inny!

 

 

 

Kiedyś chciałam być NT. Każdy by chciał, gdyby ciągle słyszał, że musi się zmienić, bo jest zły. Święty spokój jest bezcenny. Akceptacja też jest ważna, zwłaszcza dla dzieci. Jeśli można zyskać akceptację zmieniając się w kogoś innego, to co stoi na przeszkodzie? A wiem już co. To, że w tym okrutnym świecie nie ma magicznych różdżek. Nie ma też wehikułów czasu, żeby móc się nigdy nie urodzić. Ale zawsze można się zabić.

Nie wiem, co wy sobie wyobrażacie. Że jeśli będziecie codziennie przeżywać, że wasze dziecko jest inne od dzieci sąsiadów, to ono cudownie się zmieni? Że jeśli będziecie chcieli zamienić je na lepszy model, to ono się nie zorientuje? Brak akceptacji ze strony własnych rodziców jest czymś obrzydliwym.

Neurotypowych też to dotyczy. Można w internetach poczytać gorzkie żale ludzi, którzy również nie byli akceptowani. Powody są różne. Ktoś urodził się chłopcem, a rodzice woleliby dziewczynkę. Ktoś był leworęczny i przestawiano go na siłę. Starszy brat był zawsze lepszy, córka sąsiadów najwspanialsza, dlaczego taki nie jesteś. Co z tego wynikło? Agresja, nerwica, depresja i samobójstwa.

 

 

 

 

Wspaniale zobaczyć autystyczną dziewczynę, która nie wstydzi się tego, kim jest.

 

 

 

 

Za parę dni skończę 28 lat. Fajnie jest móc sobie powiedzieć: jestem w porządku, lubię siebie. Szkoda tylko, że tak późno. Powinno to nastąpić dawno temu. Albo nigdy, bo według niektórych ludzie ze spektrum powinni cierpieć i nienawidzić samych siebie.

Nigdy nie cierpiałam z powodu autyzmu jako takiego. Światła i hałasy męczą, ale można je wyłączyć, użyć ciemnych okularów lub słuchawek budowlanych. To wszystko kwestia dostosowania sobie środowiska. Kiedy koty drapią meble, to dostają drapak z sizalu. Kiedy autyk gryzie ciuchy, to dostaje... w łeb. Albo przynajmniej opieprz. A mógłby gryźć sobie gumową biżuterię w kontrolowany sposób. Sama bym sobie takie coś potestowała, bo co prawda już nie gryzę ubrań, ale dalej mam ten odruch. Gryzę siebie i zżeram chusteczki higieniczne. Guma do żucia jakoś mi zbrzydła.

Siedzę sobie teraz w ciemnym pokoju o temperaturze 16 stopni. Jeśli chcę, mogę sobie poskakać i połazić po domu. Mogę sobie wleźć pod ciężką kołderkę, jeśli będzie mi smutno i źle. I jest dobrze.

 

 

 

 

Kocham autystycznego siebie - jedna z moich nowych książek.

 

 

 

Problem zaczyna się przy kontakcie z ludźmi. Cierpię bowiem z powodu ludzi i ich nietolerancji. Ludziom ciężko jest zrozumieć, że pomieszczenia mogą być za jasne, a ich perfumy czy potrawy mają zbyt mocny zapach. Na GGF usiadła koło mnie jakaś mocno wyperfumiona mama, na szczęście trwało to bardzo krótko. Pewnie gdybym powiedziała, że ma sobie iść, to strzeliłaby focha. Ludzie strzelają fochy o takie rzeczy. Mają problem ze wszystkim. Chodzisz w ciemnych okularach i stoperach - źle. Unikasz zapachów - źle. Chodzisz sobie po pomieszczeniu - źle. Machasz rękami - też źle.

Bycie innym jest trudne. W dzieciństwie objawia się to atakami i wyzwiskami. W dorosłości jest to po prostu unikanie i fochy. Neurotypowi potrafią być naprawdę wredni. W zeszłym roku byłam na weselu. Ciotka pochwaliła matkę, że dobrze się zachowywałam i nie odwaliłam trzody. Myślałaś, że będzie skakać po stołach? - odpowiedziała matka. Z kolei neurotypowa kuzynka, która spędziła dziewięć lat w klasie integracyjnej, robiła sceny pod tytułem NIE BĘDĘ SIEDZIEĆ KOŁO TEGO ŚWIRA.

Zastanawiam się wtedy, z kim naprawdę jest problem i dochodzę do wniosku, że jednak nie ze mną.

 

 

 

 

 

 

 

Parę dni temu śniło mi się, że pisałam książkę razem z Temple Grandin. Pomyślałam sobie, że mamy ze sobą dużo wspólnego. Też byłam dziwnym dzieckiem, które potem poszło do zwyczajnej szkoły i robiło tam za świra. Też myślę obrazami i przesuwam sobie obiekty w wyobraźni. Też jestem inteligentna i mam dobrą pamięć.

Temple wymyśliła parę przydatnych urządzeń i robi karierę na uniwersytetecie. Ja... cóż, na razie niczego nie dokonałam, ale jeszcze nie umieram. Temple jest moim wzorem do naśladowania, bo żyje w zgodzie z własną naturą i nie wstydzi się tego, kim jest. Też tak chcę.

Ludzie z autyzmem mogą być zwyczajnie zadowoleni z życia. Nawet jeśli nie mówią i mają jakieś dodatkowe choroby. Podziwiam Amy Sequenzia, która mimo wielu trudności jest dumna z siebie i czuje się dobrze we własnej skórze. Mogłaby pozbyć się epilepsji, ale nie autyzmu, ponieważ przestałaby wtedy być sobą. Czy dalej myślałaby w ten sam sposób? Czy przestałaby być synestetką?

 

 

 

Oglądaliście już Ulicę Sezamkową z Julią?

 

 

 

Kupiłam książkę Amy i paru innych osób ze spektrum. Wszyscy traktują autyzm jako inny rodzaj mózgu, do którego się przyzwyczaili i czują się z nim dobrze. Autyzm to po prostu niezbywalna część nas i neurotypowi muszą się z tym pogodzić. Jeśli ktoś tu ma problem, to właśnie oni. My się mamy świetnie.

 

 

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 12
Tagi