Mam autyzm i nie zbieram pieniędzy na konto. Za to piszę, co mi się podoba.
Kategorie: Wszystkie | Info | Ja i ASD | KSIĄŻKA | Komentuję | Konstruktywnie | Opisuję
RSS
piątek, 14 sierpnia 2015

 

Na facebooku pojawiła się propozycja, żebym napisała co robię w wakacje. Jest to w sumie całkiem dobry pomysł - i tak się nikomu nie chce czytać o autyzmach. Do tego można powstawiać fajne foty. Dzisiejsza notka będzie bardziej przypominała Aspi Photography i słitaśny pamiętniczek, no ale to mój prywatny blogasek i mogę pisać sobie na nim to co chcę. Jeśli ktoś ma z tym problem, to niech spojrzy w górę na fioletowy napis.

Mam tylko nadzieję, że Blox to wszystko utrzyma - w końcu nieraz musiałam dzielić notkę na dwie części. Mówiłam wam niedawno, że Gazeta postanowiła wydymać użytkowników. Zmiana ta ma wpływ na funkcjonowanie bloga, ponieważ nieraz korzystałam z Dysku Google, żeby móc wam coś udostępnić. Cóż, zrobiłam sobie konto na Gmailu i jakoś to będzie.

Dzisiaj foty lecą z Imgura, może Blox się nie zatka.

Na pewno mój telefon już się nie zatyka ani nie zacina, ponieważ pozbyłam się w końcu cholernego Alcatela. Miarka się przebrała, kiedy nastawiłam sobie budzik, który nie zadzwonił, ponieważ aplikacja zegar została zatrzymana, wymuś zamknięcie. Niewiele wcześniej nie mogłam zadzwonić w kilka miejsc, bo Alcatel nie reagował na wpisywany numer, tylko go kasował i tak w kółko. Teraz mam nowy, działający i ładny telefon.

Jeśli mowa o ładnych rzeczach, to porobiłam sobie parę w Blenderze. Są to mapki do gry w kocią demolkę. Gra polega na tym, żeby skakać kotem po meblach i zrzucać przedmioty. Niestety blenderowy silnik gry nie jest zbyt dobry i nie generuje jak należy. W trybie render sceny są bardzo ładne, ale po rozpoczęciu grania tekstury się wykrzaczają.

 

 



 

 

 

 

Chociaż może da się to jakoś zrobić, ale trzeba być Piotrem Arłukowiczem. Ja nie jestem, więc mi się wykrzacza.

Jeśli mowa o Piotrze i Polskim Kursie Blendera, to kontaktowałam się z nim w sprawie przetłumaczenia Blendera na polski. Nie każdy radzi sobie z anglojęzycznym oprogramowaniem a ja tłumaczyłam już z powodzeniem różne rzeczy, więc mam w tym wprawę. Wyszło tak jak zwykle, czyli nic nie wyszło. Cóż, nie można uszczęśliwiać ludzi na siłę.

Zrobiłam sobie mały filmik pod tytułem Burzliwa noc (można włączyć 1080p). Jest to trochę wyraz mojej  tęsknoty za burzami, ponieważ w tym roku omijają one Trójmiasto. Udało mi się zastosować w filmiku fajny efekt deszczowych kręgów na wodzie. Chciałam jeszcze dodać trawę w formie włosów, ale ten plik ma z tym jakieś problemy - program zawiesza się podczas tworzenia tego efektu. Nie chodzi tu o zbyt duży obszar, bo dzieje się tak nawet na kwadraciku 1x1 bez tekstur.

 

 

 

 

 

Poza Blenderem zajmuję się jeszcze lutowaniem kabelków i scalaczków. To, co widzicie poniżej, to router uceglony (doprowadzony do użyteczności cegły, czyli po prostu zepsuty) przez Niezdiagnozowanego Sysadmina. Fizycznie routerowi nic nie jest, ale w wyniku działań Sysadmina nie da się go uruchomić. Dolutowałam do niego piny do złącza szeregowego oraz kabelek do procesora. Piny działają, bo idzie przez nie napięcie - zrobiłam sobie specjalny zasilacz 3,3 V z końcówkami typu goldpin, podłączyłam i działało. Programowo jeszcze nie wiem - będę to sprawdzać.

Wkurza mnie, że Sysadmin uważa się za wielkiego specjalistę od systemów i informatyki, natomiast ja jestem dla niego debilem. Jednak kiedy coś zepsuje, to wtedy jest płaku płaku, pomóż. Bo on lutownicę wsadziłby sobie pewnie w oko, a napięcie połączył z masą. Czasem mu o tym przypominam i wtedy wysuwa Ostateczny Argument: ale to ja mam robotę!

Cóż, ma. To ja ju jestem specem od rozmów kwalifikacyjnych i testów w kilku językach, zaliczania wszystkich etapów i usłyszenia na koniec pani dziękujemy. O ile w ogóle coś usłyszę, bo większość pracodawców nie raczy w ogóle przekazać żadnej informacji, chociaż przez ostatni miesiąc człowiek latał do nich co kilka dni na kolejne etapy.

Wkurzyłam się i zaczęłam aplikować na stanowiska typu serwisant sprzętu, monter elektroniki, sprzedawca w sklepie komputerowym. Byłam nawet na rozmowie kwalifikacyjnej na sprzedawcę. Była to najdziwniejsza rozmowa w moim życiu, ponieważ facet przez pół godziny gadał, że jestem za mądra i mam sobie znaleźć normalną robotę w IT. Nie wiem, po co w ogóle mnie zapraszał w takim razie. Może chciał mi to powiedzieć osobiście.

W każdym razie zajmuję się sprzątaniem, praniem dywanów, czyszczeniem auta (wczoraj byłam na przeglądzie i dostałam w pakiecie płyn do spryskiwaczy) i zmywaniem garów. Może zacznę to robić zawodowo, np. prać dywany? Zawsze coś.

 

 



 

Wracając do routerów: podczas moich ostatnich wizyt u jednego znajomego czytelnika zauważyłam, że ma on w swoim mieszkaniu około piętnastu sieci wifi. Oczywiście tylko jedna jest jego, reszta należy do pozostałych mieszkanów bloku. Sieci nakładają się na siebie, w wyniku czego sygnał jest gówniany i ludzie kupują jeszcze mocniejsze sprzęty. I tak w kółko. Gdyby każdy ograniczył się do swojego mieszkania, nic by się nie nakładało i byłby święty spokój. No ale cały blok musiałby się dogadać.

Nie wiem jak się dogaduje z sąsiadami, bo to nie ja jestem NT, ale wiem jak można dopasować sobie kanały, żeby nie wchodziły w interferencje. Tu macie instrukcję jak to zrobić. Ogólnie kanały w tym samym kolorze nie nachodzą na siebie (jeśli nie widzicie tego nachodzenia, rozciągnijcie kolorowe prostokąty wszerz). Jeśli sąsiedzi uwzięli się na kanał 1, ustaw sobie 6+ i miej spokój.

 

 

 

A teraz będą foty.

 

Mam w domu trzy koty i psa. W ogródku natomiast mieszka jeż. Nie jest łatwo go spotkać, ponieważ wychodzi głównie w nocy. Ale kiedy już przytrafi się taka okazja, mogę poczęstować go kocim żarciem. Najbardziej jeżowi smakuje domowa kocia karma, czyli mielone mięso z dodatkiem podrobów, twarogu, jajek i marchewki. Ale gotową karmę z saszetek też zje.

Jeśli chcecie poczęstować jeża, to dajcie mu surowe mięso, karmę dla kotów albo mleko. Jeże nie jedzą jabłek, są owadożerne. Chociaż niektóre nie pogardzą np. gołębiem.  

 

 

 

 

Nie wiem, czy wszystki jeże tak mają, ale nasz głośno mlaszcze przy jedzeniu.

 

 

 

 

Dzisiaj w nocy także spotkałam jeża. Poniższe foty powstały około godziny 2:30. Widać na nich, że jest to gatunek wschodni, ponieważ ma biały brzuszek.

 

 

 

 

 

 

Czasem wychodzę z domu i oglądam np. dawną lożę masońską w centrum Gdańska. W jednym z rozwalających się budynków zachowały się malowidła z wolnomularską symboliką. Przy okazji poczytałam sobie trochę o tej organizacji i okazało się, że w Polsce ma się świetnie.

 

 

 

 

 

 

 Cmentarz Nieistniejących Cmentarzy niedaleko Stoczni Gdańskiej.

 

 

 

Stary cmentarz na Górze Szubienicznej. Nazwa nieprzypadkowa, bo kiedyś była tam miejska szubienica. Groby nie należą jednak do skazańców.

 

 

 

Cmentarz Żołnierzy Francuskich z czasów II Wojny Światowej. Okazało się, że w czasach napoleońskich również istniał tam cmentarz francuski. Nikt o tym nie wiedział do momentu, kiedy zaczęto tam kopać.

Przy okazji - Brunet był, Blondyna nie znalazłam, chociaż uczciwie szukałam.

 

 

 

Cmentarz Brętowski w okolicach nowej stacji Niedźwiednik. Przy okazji przeszłam się po torach nowej linii Pomorskiej Kolei Metropolitalnej. Trzeba było wykorzystać okazję, bo od września zaczną tam jeździć pociągi.

 

 

 

 

Rozwalający się cmentarz ewangelicki we wsi Słuszewo.

 

 

 

 

 

Ładne widoki w rezerwacie Wąwóz Huzarów.

 

 

 

Przedziałek na głowie leśnego olbrzyma.

 

 

 

Był jeż, teraz pora na sarenkę.

 

 

 

 

Wiatraki w polu. Wiecie, że one mają na dole schody i wejścia?

 

 

 

Rezerwat przyrody Szklana Huta. Pojechałam tam zobaczyć kurhany. Niedługo pojadę na tydzień w okolice Kościerzyny, gdzie zobaczę kamienne kręgi starożytnych Słowian i Gotów. Przy okazji ciekawostka: będę mieszkała w tym samym ośrodku, w którym byłam na koloniach 20 lat temu.

 

 

 

 

 

Wyspa Sobieszewska, rezerwat Mewia Łacha. Na zdjęciu przekop Wisły. Ciekawostka: woda płynęła od morza, nie do morza.

 

 

 

 

 

 

 

Ten korzeń przypominał mi trochę szkielet jakiegoś zwierzęcia.

 

 

 

Mewy, w tle rafineria.

 

 

 

 

 

W poniedziałki i wtorki oglądam powtórkę początkowych odcinków Kryminalnych zagadek Las Vegas. We wtorek był odcinek opowiadający o autystycznym bibliotekarzu.

CSI: Kryminalne zagadki Las Vegas, odc. 207, sezon 2 - Caged

Na przejeździe kolejowym samochód wpada pod rozpędzony pociąg. Wygląda to na nieszczęśliwy wypadek. Gil Grissom jest jednak innego zdania. Catherine Willows i Sara Sidle znajdują podejrzane ślady. Rzeczywiście - prowadzony przez młodą kobietę samochód został rozmyślnie wepchnięty pod lokomotywę przez innego kierowcę, z którym kierująca spotkała się na parkingu. Grupa ekspertów bada przyczyny tragedii. Kolejna sprawa dotyczy tajemniczej śmierci młodej, atrakcyjnej konserwatorki starodruków w stanowej bibliotece. Grissomowi pomaga w śledztwie autystyczny bibliotekarz, który nieszczęśliwie podkochiwał się w zmarłej.



Autystyczny facet został przedstawiony pozytywnie - nie jako Rain Main ani upośledzone dziecko. Podkreślono jego doskonałą pamięć i uczciwość. Jeśli chcecie zobaczyć ten odcinek, to dziś o 20:55 będzie powtórka na kanale Puls 2.

 

niedziela, 12 lipca 2015

 

Media z całej Polski piszą o samobójstwie 14-letniego Dominika Szymańskiego z Bieżunia. Po raz kolejny rozpoczęła się dyskusja o dręczeniu w szkole, bezstresowym wychowaniu, dzisiejszej zdegenerowanej młodzieży i złym internecie. Ale internet nie jest sprawcą, jest tylko kolejnym kanałem komunikacji. Kiedyś były złośliwe wierszyki, piosenki i napisy na murach, dzisiaj dochodzą chamskie strony w internecie. Wiem, o czym mówię - sama byłam dręczona w szkole, o czym pisałam na przyklad tutaj albo tutaj.

O tym już wiecie. A teraz proszę rodziców dzieci autystycznych o opuszczenie tej strony lub przynajmniej schowanie się, ponieważ będę pisać o tym jak popełnić samobójstwo.

Dzisiejszy wpis jest przeznaczony dla młodych ludzi, którzy chcą się zabić - z autyzmem lub bez. Jeśli jesteś taką osobą, zapraszam do czytania. To nie jest kolejny blogerski bełkot, ponieważ w przeciwieństwie do dynamicznych śmieszków z lansiarskiej blogosfery, ja jestem kimś, kto był przez długie lata dręczony w szkole i wielokrotnie chciał się zabić. No i ja faktycznie podam ci sposoby na samobójstwo, nie tylko pseudomotywacyjny bełkot. Nie lubię bzdur wygadywanych przez ludzi, którzy nigdy nie przeżyli tego, o czym piszą.

Jedna sprawa na początek - musisz przeczytać WSZYSTKO, co tu piszę, w sensie całą notkę. Parę minut cię nie zbawi, umrzeć zdążysz tak czy siak.

Zgoda? To jedziemy.

 

 

 

 

 

Jestem taką samą osobą jak ty. Nie byłam, tylko jestem - w dalszym ciągu miewam myśli samobójcze i doskonale wiem, co to znaczy czuć się jak nieudacznik, śmieć i żywe gówno. Nie szkodzi, że prawdopodobnie jestem starsza od ciebie - wiek nie ma tu znaczenia.

W wieku 5 lat odkryłam, że człowiek jest w stanie zabić sam siebie. Kolejne 5 lat później chciałam się już zabić, ponieważ sytuacja w szkole mnie dobijała. Na przerwach wielokrotnie stawałam na szczycie schodów na najwyższym piętrze, wysuwałam stopy przez barierki i wyobrażałam sobie, że skaczę dokładnie w ten otwór pomiędzy schodami i ląduję na parterze. Rozmyślałam też o wyskoczeniu przez okno lub położeniu się na torach. Widziałam kiedyś jak pociąg potrącił faceta, więc łatwo było pomyśleć, że to samo dzieje się ze mną.

 

 

 

Słucham tej piosenki, kiedy mam chujowy nastrój - może tobie też przypadnie do gustu.

 

 

 

Nikomu o tym nie mówiłam, a już na pewno nie nauczycielom czy pedagogowi szkolnemu. Pewnie dobrze wiesz, dlaczego - blablabla, to twoja wina, musisz się zmienić, oni się tylko tak bawią. Nauczyciele to właściwie większe gnoje od uczniów - pozwalają na dręczenie, usprawiedliwiają sprawców, zrzucają winę na ofiarę, a wszystko co powiesz, może zostać wykorzystane przeciwko tobie. Rozmowa z nimi to strata czasu. Domyślam się, że masz tak samo. Gdybyś miał z kim porozmawiać, nie szukałbyś informacji jak popełnić samobójstwo.

Pewnie nieraz sobie wyobrażasz te lamenty na swoim pogrzebie i wyrzuty sumienia dręczycieli. Też tak myślałam, dopóki nie zrozumiałam, że raz: wcale by nie lamentowali, najwyżej byliby źli, że im problemy przynosisz (bo kuratorium i takie tam). Dwa: i tak byś o tym nie wiedział, ponieważ byłbyś martwy. Bycie martwym to nie jest jakiś cudowny stan typu ustawienie sobie statusu na niewidoczny - widzisz wszystko i masz radochę. Bycie martwym to po prostu bycie martwym. Nie ma cię i wszystko się kończy, łącznie z twoją świadomością.

Jeśli wydaje ci się, że twoja śmierć spowodowałaby jakieś wyrzuty sumienia i zmianę postępowania, to ci się wydaje. Pogadaliby trochę i tyle. Dwa tygodnie po pogrzebie mieliby cię już totalnie w dupie. Wiele lat później wspominaliby cię w stylu noooo, był taki typ, co się zabił, ale on jakiś dziwny był, miał problemy z psychiką. I tyle. Jakieś refleksje, że może sami przyczynili się do tego? Zapomnij, ludzie są za tępi.

Tak naprawdę się dzieje. Samobójstwa to problem stary jak świat i niejeden stracił kolegę ze szkoły. Patrzę, słucham, obserwuję - nie warto.

 

 

 

 

 

 

Powyższy gif to romantyczne wyobrażenie sobie samobójstwa jako przeniesienie do jakiegoś cudownego świata. To niestety tak nie działa. Po zawieszeniu pętli na szyję czeka cię wielkie nic. Jeb, koniec, do widzenia.

Śmierć Dominika wywołała dyskusję w całym kraju i szaleństwo w mediach. Problem jest taki, że podobnych samobójstw jest w Polsce kilkadziesiąt każdego roku. Nikt się nimi specjalnie nie przejmuje. Żeby ktoś się przejął, musiałbyś mieć szczęście lub odwalić coś w stylu Andreasa Lubicza.

Tylko ten, no... i tak byś o tym nie wiedział, ponieważ byłbyś martwy.

Wiemy już, że twoi prześladowcy to gnoje i to nie z tobą jest problem, ale z nimi. Dlaczego więc to TY masz się zabijać? Kiedy sobie pomyślę o moim ewentualnym samobójstwie w wieku nastoletnim, to stwierdzam, że zdecydowanie lepszym wyjściem byłoby zrobienie szkolnej masakry. Bez sensu jest oddawanie życia jakimś tępym śmieszkom. Nic bym im nie chciała dawać, nie chciałabym ich też ponownie oglądać.

Spieprzaj z tej szkoły. Zmień ją od nowego roku lub w połowie. Nie daj sobie wmówić, że został ci tylko rok do końca. Rok to dużo czasu i mnóstwo złych rzeczy może się wydarzyć. Jeśli już teraz chcesz się zabić, to dalsze dręczenie na pewno cię nie podniesie na duchu. Spróbuj innej szkoły. Generalnie mam takie założenie, że zabić się zawsze zdążysz, więc najpierw wypróbuj mniej radykalne środki.

Zmieniałeś już szkołę? Idź na nauczanie indywidualne. Edukacja zbiorowa niszczy bardziej wrażliwe jednostki. Uspołecznianie się jest gówno warte, jeśli polega na gnojeniu, biciu i prześladowaniu. Brałam udział w takim uspołecznianiu - nie zabiło mnie (choć niewiele brakowało), nie wzmocniło, ale zryło mi psychę na długie lata. Gdyby dało się pozwać szkołę i dostać odszkodowanie, pewnie bym to zrobiła.

Nie daj się torturować i przeprowadzać na sobie eksperymentów. Twoje zdrowie psychiczne jest ważniejsze, niż pseudouspołecznianie przez napieprzanie. Kontakt z ludźmi możesz mieć na jakichś zajęciach dodatkowych albo przez internet (ze spotkaniami na żywo). Uspołeczniajaca rola szkoły to jedno wielkie oszustwo.

Nie musisz być workiem treningowym dla jakichś debili. Dla ciebie i twoich rodziców najważniejszy jesteś TY, nie jakieś typy ze szkoły i ich durne sposoby na podbicie sobie ego. Jak dorosłego biją pod sklepem, to ucieka aż się kurzy. Jak dorosłego dręczą w pracy, znajduje inną. Jak dziecko biją w szkole, to ono ma się poświęcać... Przepraszam, w imię czego?!

Jeśli już skończyłeś szkołę, to miej swoich byłych pseudokolegów głęboko w dupie. Jeśli idziesz do kolejnej (np. liceum), to wybierz taką, w której nie spotkasz ludzi ze swojej byłej klasy. Nie ma znaczenia, że trochę dalej. Ja nie utrzymuję z nikim kontaktu i bardzo mnie to cieszy.

Próbowałeś z kimś rozmawiać? Rozmowa może sporo pomóc - robi się trochę lżej na duchu, można też poszukać rozwiązania. Jeśli nie masz z kim pogadać, możesz spróbować telefonu zaufania. Poczekaj aż nikogo nie będzie w domu (a jak masz duży dom i/lub cię nie słychać, to nie czekaj) i  zadzwoń. Jeśli się wstydzisz, wyślij maila. W mordę na pewno ci nie dadzą, a spróbować można. Samobójstwo nie zając, nie ucieknie.

 

 

 

Telefony zaufania dla innych grup społecznych podaję na końcu notki.

 

 

Próbowałeś tych słynnych leków na głowę? Jeśli nie, to zachęcam. Pewnie myślisz sobie, że to zawracanie dupy. No bo co, niby tabletki zmienią twoje życie i sprawią, że ludzie cię pokochają? Nagle zaczniesz mieć szczęście i zaczniesz wygrywać w życiu?

Nie, tak się nie stanie. Wszystko zostanie tak, jak było. Za to wyłączą się negatywne myśli i ponure emocje, które - bądźmy szczerzy - wypaczają logiczne myślenie. Wstaw sobie do mózgu filtr górnoprzepustowy, który zatrzyma ci doła i sprawi, że będziesz mieć wyjebane. Wtedy pomyślisz sobie na spokojnie, czy faktycznie jest sens się zabijać. 

Jesteś już stary i skończyłeś szkołę? Brałeś magiczne tabletki, chodziłeś na terapię i nadal uważasz, że twoje życie jest przegrane? Mam podobnie. Dałam sobie parę lat na jakieś zmiany i zobaczę jak to będzie. W wieku 24 lat ustawiłam sobie termin na 32 (czyli 25, ładny numer) i usiłuję się doprowadzić do porządku. Nie wiem, czy mi się uda, ale umrzeć zawsze zdążę. Kiedy skończę 32 lata, wtedy będę rozmyślać, czy moje życie jest cokolwiek warte.

Jedna uwaga: jeśli dajesz sobie jakiś termin, to niech to nie będzie rok czy dwa. To zdecydowanie za krótko na porządne zmiany.

 

 

 

 

 

Miałam podać sposoby na samobójstwo, no nie? Oto one. Nie będę wymyślać koła na nowo i użyję tego, co już istnieje i jest dobre. Oto Lost All Hope - strona założona przez gościa, który postanowił się zabić w 2002 roku. Znajdziesz tam opisy różnych rodzajów śmierci, statystyki oraz historie autora i innych ludzi. 

Poniżej wstawiam polskojęzyczną infografikę dotyczącą samobójstw oraz dane kontaktowe do różnych organizacji i forów. Wybierz te, które najbardziej ci odpowiadają i skorzystaj. Jeśli chcesz, możesz napisać coś tutaj w komentarzach (nie bój się chamskich reakcji, będę pilnować porządku) albo nawet napisać do mnie. Nie jestem psychologiem i z racji autyzmu słabo znam się na ludziach, ale jak chcesz pogadać z kimś podobnym do siebie, to mogę być to nawet ja. Już znasz mnie trochę z bloga, może będzie ci łatwiej. Nie uważam, że byłoby dobrze, gdybyś zdechł.

 

 

 

 

 

A tu film przygotowany przez kolesia, który prawdopodobnie nie chciał sam się zabić, ale fajnie podaje statystyki.

 

 

 

 

Tu znajdziesz pomoc:

  • inna duża lista - wybierz według profilu działalności, zignoruj nazwę strony
  • dzieci i młodzież: 116 111
  • linia kryzysowa: 116 123
  • forum dla dorosłych z ASD - jeśli jesteś w spektrum autyzmu (lub podejrzewasz, że możesz być) i masz problemy, możesz napisać.

 

 

 

 

piątek, 03 lipca 2015

 

Zaczęły się wakacje, czyli tradycyjnie czas na podróże. To doskonały moment, żeby opowiedzieć wam o książce, którą niedawno przeczytałam. Książka nosi tytuł Trzy pustynie i oparta jest na prawdziwych przeżyciach nastolatka z autyzmem i jego ojca. Powstawała długo, bo aż siedem lat - od 2006 roku, kiedy Michał zaczął komunikować się przy pomocy komputera, do 2013, kiedy udało się już zebrać wystarczająco dużo materiału. Całość ukazała się drukiem w 2014.

Książkę znalazłam dzięki ignoranckiej audycji Człowieka 2.0, o której wspominałam tutaj. Wiedziałam doskonale, że autyści mogą sami powiedzieć, co czują i jak widzą świat. Wcale nie jest tak, że biedni NT muszą domyślać się i tworzyć spekulacje - wystarczy poczytać książki napisane przez samych autyków. Istnieje mnóstwo zagranicznych pozycji. Ale co z polskimi? Postanowiłam to sprawdzić i trafiłam na stronę Warszawskiej Firmy Wydawniczej. Napisałam do jednej z osób z tej firmy i po niedługim czasie przyszła do mnie książka.

 

 

 

 

Parę osób nastraszyło mnie, że książkę ciężko się czyta ze względu na dużą liczbę wzmianek o religii. Nie było jednak tak źle. Przeczytanie całości zajęło mi około godziny i nie musiałam wcale brnąć przez kolejne strony ku chwale nauki.

Czym są tytułowe pustynie? To alternatywna nazwa dla rozdziałów czy może raczej części. Jest to też nawiązanie do opisanych w książce podróży po terenach w dużej części pustynnych, takich jak Egipt czy Izrael. Nigdy nie byłam w tych krajach i ze względu na niebezpieczne warunki raczej się szybko tam nie wybiorę. Pozostaję więc w Polsce i przenoszę się myślami na Bliski Wschód wraz z bohaterami książki.

 

 

 

 

 

Zazdroszczę trochę Michałowi. Mało kto ma możliwość wybrać się w zagraniczną podróż niemalże na życzenie. Jemu się jednak udało i wraz z ojcem zwiedza Rzym wraz z Watykanem, Jerozolimę oraz piramidy w Egipcie. Podróże te powiązane są z religijnym znaczeniem tych miejsc. Michał jest osobą mocno uduchowioną i dużo uwagi poświęca Bogu oraz pierwiastkowi o oryginale pnącego rumaka.

Czym jest ten pierwiastek coś tam? Przeczytajcie, to się dowiecie.

Twórczość Michała pokazuje jak bardzo autyści różnią się od siebie. Przyjęło się, że jesteśmy ludźmi bardzo konkretnymi, wyrażamy się jasno i raczej nie interesuje nas religia. To zwykle prawda, jednak są wyjątki potwierdzające regułę i o jednym z nich opowiada ta książka.

Michał używa dość poetyckiego języka, pełnego porównań i przenośni. Pisze też wiersze, które znacznie różnią się od moich. Czytając Trzy pustynie nie czułam się jak przy książkach autorstwa Temple Grandin czy Johna Eldera Robisona. Tamte mogłam nazwać swoimi alternatywnymi biografiami, tu z kolei podziwiałam piękno różnorodności.

 

 

 

 

 

 

Kłamałabym jednak mówiąc, że nie dostrzegłabym w tej książce niczego znajomego. Pojawiły się motywy innego postrzegania świata, zwracania uwagi na inne rzeczy, niż widziane przez neurotypowych. Gdzie Michał schował kalendarz ojca? Na półce, która cała jest w cieniu lampy. Mówicie w ten sposób? Pewnie nawet nie wiecie, która półka w waszym domu znajduje się w cieniu. Pewnie powiedzielibyście coś w stylu półka nad łóżkiem w moim pokoju.

Michał mówi też o trudnościach wynikających z bycia autystą oraz o tym, że doskonale zdaje sobie sprawę ze swojej odmienności. Tak, ignoranci z Tok FM oraz wszyscy pozostali, my doskonale wiemy, że jesteśmy inni. Nawet, jeśli część z nas nie posługuje się mową i zachowuje się, jakby żyła gdzieś w innym wymiarze.

 

 

 

 

 

Wspominałam na początku, że książka może straszyć religijnością. Mnie jednak dużo bardziej zaskoczyło postrzeganie ASD jako supermocy i to nie w zakresie fotograficznej pamięci czy mnożenia ogromnych liczb. Tu mamy raczej telepatię, czytanie w myślach, prorokowanie i wygłaszanie tajemniczych sentencji w stylu Alchemika. Jest dusza świata, powrót do natury, pradawna mądrość i coś, czego dowiesz się w swoim czasie. Jest też podróż w poszukiwaniu sensu.

Yyyyy... że co?! Nie mam wątpliwości, że Michał jest inteligentny i zapewne świetnie stosuje zimny odczyt, ale autyzm nie dał mu paranormalnych supermocy. Autyzm jest odmiennością, ale bez telepatii i pierwotnych wibracji. To tak nie działa, choć może byłoby fajne.

Jeśli jednak podejdziecie z rozsądkiem do alchemicznych treści, to Trzy pustynie są świetną lekturą, z której można poznać autyzm z pierwszej ręki. Jest też ciekawą podróżniczą książką, która powinna pasować na wakacje oraz na panujące właśnie pustynne upały.

 

 

----

 

Dodałam taga niemówiący blogerzy, bo pasował, chociaż Michał nie prowadzi bloga. Uważam, że to dziwne, bo ma sporo do powiedzenia i miałby stałe grono czytelników.

 

 

 

wtorek, 16 czerwca 2015

 

Rok temu o tej samej porze mogliście poczytać o mojej wizycie na konferencji InfoShare. Był to mój drugi udany pobyt na tej imprezie, więc nie mogłam odpuścić kolejnej edycji. Po raz kolejny wybrałam się z Niezdiagnozowanym Sysadminem.

W tym roku czekały nas wielkie zmiany. Przede wszystkim konferencja przestała być całkowicie darmowa. Owszem, samo chodzenie po hali i wykłady były bezpłatne, ale impreza integracyjna już nie. Za jedyne 250-500 złotych (w zależności od czasu rejestracji) można było na nią wejść oraz dostać obiad w trakcie przerwy. Możliwe przyczyny są dwie: zbyt duże wydatki sponsorów lub chęć selekcji gości. Nie mam takiej kasy na imprezy, których skutek prawdopodobnie byłby marny. Nie jestem też aż tak nakręcona na imprezy. Jeśli ktoś chciał porozmawiać sobie z autorką KŚ, to musiał zrobić to podczas targów.

Organizacja InfoShare była w tym roku całkowicie anglojęzyczna. Zarówno strona internetowa, jak i fejsbókowa były prowadzone wyłącznie w języku angielskim. Rozumiem, że przyjeżdżają tu zagraniczni prelegenci i uczestnicy, ale nie jest to dla mnie wymówka na brak strony polskojęzycznej. Takie działania są dla mnie pretensjonalno-zakompleksione. Wstydzicie się, że jesteście z Polski? Jesteście tacy światowi, że zapomnieliście cebulackiego języka?

Od razu powiem, że nie mam żadnego problemu ze znajomością angielskiego. Jednak pomimo biegłego posługiwania się tym językiem, szanuję swoją własną kulturę.

 

 

 

 

 

Po wejściu na halę przywitał mnie Zły Dron. Możecie zobaczyć go na zdjęciu. Niestety zapomniałam zabrać aparat, więc musicie zadowolić się fotami z komórki, która po raz kolejny się psuje. Przy okazji: nie kupujcie sprzętu od Alcatela, bo to gówno niesamowite. W ciągu 1,5 roku reklamowałam po kilka razy telefon i tablet.

Zły Dron był faktycznie zły! Widziałam jak wleciał w jedną z tych plastikowych ścianek, zrywając przy okazji biało-czerwoną taśmę. Demolka musi być! Dronów w ogóle było kilka. Zaobserwowałam zmianę trendów w gadżeciarstwie - parę lat temu pokazywano ludziom drukarki 3D, teraz na fali są drony oraz gogle do wirtualnej rzeczywistości.

Konferencja w tym roku przypominała bardziej targi. Głównym punktem wydarzenia nie były wykłady, ale wystawy różnych firm. W poprzednich edycjach stoiska były bardziej dodatkami, w tej wyszły na pierwszy plan. W głębi hali znajdowała się Startup Zone (to czerwone na zdjęciu). Było mi trochę szkoda ludzi z małych firm - chyba ciężko coś przekazać, kiedy wokół kręcą się tłumy.

 

 

 

 

 

Dla tych, co chcieli sobie usiąść i pogadać, przygotowano strefę z pufami i poduchami. Impreza integracyjna była jednak łatwiejszym miejscem do poznawania kogoś, bo tutaj właściwie nie było wiadomo, kogo i po co zaczepić. Moja socjalizacja na tej imprezie była zerowa, jeśli nie ujemna.

Pokręciłam się nieco po stoiskach, zdobywając piłeczki dla kotów oraz ciekawe oferty pracy. Najlepszym łupem był jednak stosik magazynów Harvard Business Review, które przypominają mi trochę wydania specjalne Polityki. Tylko cena dziesięć razy wyższa - sami sprawdźcie. Raczej nie zafunduję sobie prenumeraty tego pisma, ale dzięki takim konfom jak InfoShare mogę poczytać sobie je za darmo. Rok temu załapałam się na jeden egzemplarz i było mi przykro, że nie mam więcej.

 

 

 

 

 

Gadżety w tym roku były całkiem praktyczne - piłeczki, gazety oraz koszulki. Jako językowy świr oraz fanka języków skandynawskich, nie mogłam sobie odpuścić czegoś takiego. OpenStack faktycznie jest ikeopodobny - trzeba samemu poskładać różne elementy. Jednak twórca tej grafiki mógł zapoznać się z odczytywaniem szwedzkich literek, bo z napisu wychodzi mu bełkot. A konkretnie to Epenstok (mniej więcej, bo Ö czyta się tak). Gdyby dali Åpenstack, byłoby całkiem sensownie, Åpönstack też by jeszcze jakoś przeszedł. Dla tych, którzy uważają, że się czepiam - wam też byłoby dziwnie patrzeć na Opęnśtack, jeśli firmie zachciałoby się stylizować napis na polski.

 

 

 

Umiem to przeczytać i cała zabawa zepsuta.

 

 

 

Trochę chyba zepsuliśmy zabawę Piotrowi Koniecznemu z Niebezpiecznika. Jego magiczny pendrajw robiący złe rzeczy na kompie nie zadziałał na laptopie przyniesionym przez nas. Na innym zadziałał. Czyżby nasze kombinacje z płytami głównymi dawały takie wspaniałe rezultaty?

 

 

Przeprogramuj płytę główną, a Niebezpiecznik gówno ci zrobi.

 

 

 

Publiczne smęcenie nad javascriptowym kodem w oczekiwaniu na wykład Koniecznego.

 

 

Wykład Koniecznego jak zwykle był świetny i przyciągnął tłumy. Tym razem był poświęcony najsłabszemu ogniwu w zabezpieczeniach, jakim jest człowiek. Dowiedziałam się też, że system zakupu biletów w PKP jest podatny na SQL injection. Myślałam, że to już relikt przeszłości. Muszę wypróbować ten sposób na biletach miesięcznych.

 

 

 Wkopaliśmy się w niezły bajzel, ale nikt nie wie dlaczego - czyli wykład o czynniku ludzkim i Kac Korpo.

 

 

Jak już wspomniałam wcześniej, technologiami pokazywanymi do zachwycania się są obecnie drony i gogle VR. Miałam okazję przetestować na własnej głowie Oculus Rift. Usiadłam na leżaczku tak jak chłopak poniżej i obejrzałam film podobny do tego. Trwało to około dwóch minut. Po pierwszej minucie zaczęło mi się robić niedobrze i zamykałam oczy. Po drugiej zdjęłam gogle czym prędzej i wyszłam z budynku. Gdyby nagranie było dłuższe, puściłabym chlustającego pawia na całe stoisko.

Cóż, takie urządzenia wywołują chorobę lokomocyjną nawet u osób, które na co dzień jej nie doświadczają. Jeśli ktoś doświadcza, to będzie rzygał dalej, niż widzi. Z tego powodu są problemy z tworzeniem gier na tego typu gogle.

 

 

 

 

 

 

Stoisk z goglami było więcej, jednak nie odważyłam się próbować. Dwie minuty z Oculus Riftem wywołały ponad godzinne mdłości. To ja jednak odpuszczę.

Jeśli już mowa o zwracaniu posiłków, to powiem coś o spożywaniu ich - w końcu trzeba mieć czym rzygać. W tym roku nie było potrzeby latać do pobliskiego Lidla, ponieważ przed wejściem pojawiło się mnóstwo jeżdżących knajpek. Znalazły się nawet takie sprzedające posiłki wegetariańskie. Rok temu mozna było najwyżej skorzystać z restauracji w budynku, która miała mocno ograniczony repertuar dań.

 

 

 Tej foty nie robiłam, znalazłam ją na fb.

 

 

Inną forsowaną technologią były chmury. Podczas jednego z wykładów o chmurach obliczeniowych, dowiedziałam się, że Nikola Tesla był Rumunem. Prowadzący żalił się, że kiedy wspomina na wykładach o Tesli, to musi niedouczonym ludziom tłumaczyć, kim on był. Niestety sam się wkopał równie paskudnie.

Wykłady ogólnie były dość nieciekawe, ale zdarzyło się parę wyjątków. Jednym z nich było wystąpienie o robieniu szumu wokół swojej marki. Może wykorzystam coś z tego do promowania Kociego Świata? Wykorzystam też wiedzę z Harvard Business Review. W końcu blog to produkt jak każdy inny.

 

 

 

Roboty też przychodzą na InfoShare.

 

 

Konferencję ogólnie oceniam pozytywnie, jednak brakowało mi tych wykładów na pierwszym planie. Targi pracy w Trójmieście już są, po co robić kolejne? Kiedy wspominam poprzednie edycje, myślę głównie o tym, czego się wtedy dowiedziałam, o czym ciekawym mogłam posłuchać. Teraz pamiętam głównie stoiska firm i jakieś mało ciekawe wykłady schowane po bokach.

Zapraszam do obejrzenia oficjalnej galerii InfoShare!

 

piątek, 08 maja 2015

 

Najlepszym motorem napędowym człowieka jest wkurw. Kiedy coś się ludziom nie podoba, zaczynają się jednoczyć w grupy i walczyć z tym czymś. Jeśli nie potrafią odnaleźć się w grupie, działają sami. Tak jak ja. Gdyby w 2013 nie trafił mnie ostateczny szlag od rozpowiadanych w mediach bzdur, nie czytalibyście tej notki. Nie powstałaby także moja książeczka.

Właśnie - powstaje Koci Świat 2.0. Od czasu wypuszczenia poprzedniej wersji doszły nowe rzeczy do powiedzenia. Część wymagałaby poprawek. Znalazł się też chłopak z ASD, który chce dodać coś od siebie. Zdradzę wam, że myśli on słowami i lubi abstrakcyjne wzory matematyczne. Może być ciekawie.

Wracając do głównego tematu wkurwu i numeru 2.0... Przed świętami wielkanocnymi niesamowicie zdenerwował mnie facet prowadzący audycję pod tytułem Człowiek 2.0. Audycja ta kipiała ignorancją i nieprzygotowaniem. Może minął już miesiąc od tego czasu, ale poświęciłam go na wyszukiwanie rzeczy, których innym szukać się nie chciało. Wracam więc obładowana informacjami i nie zawaham się ich użyć.

A teraz mnie słuchaj, noobie.

 

 

 

 

 

We wspomnianej audycji prowadzący oraz trzy specjalistki opowiadali o tym, jak to ciężko jest neurotypowym zrozumieć osoby z autyzmem. Właściwie to nie wiadomo nawet jak widzą one świat, co czują i czy w ogóle coś rozumieją. Bo wydaje mi się, że oni czują to i tamto, nawet trudno mi sobie wyobrazić, co oni czują - to niemal dosłowne cytaty z audycji. Aż mi się szkoda tych specjalistów zrobiło. Nie wiedziałam, że można być aż takim ignorantem.

W tym momencie wypadałoby przypomnieć 10 powodów, dla których nie cierpię specjalistów. A nie cierpię ich między innymi dlatego, że wypowiadają się w imieniu ludzi z ASD, chociaż nigdy tych wypowiedzi z nimi nie konsultowali. Na logikę mogłoby się wydawać, że najłatwiej zdobyć informacje poprzez zapytanie. Jednak ludzie o tym nie wiedzą i zamiast tego wolą generować sobie symulacje.

Mam autyzm. Nie jestem postacią tragiczną. Nie jestem popsuta. Pracuję. Jestem szczęśliwa. Kocham moją rodzinę. Jestem artystką. Jestem dorosła. Lubię większość ludzi! Ale... niektórych nie lubię. Zwłaszcza tych, którzy twierdzą, że mówią w moim imieniu. Bo wcale tak nie jest. Potrafię mówić sama za siebie. A zatem porozmawiajmy. Może nawet zostaniemy przyjaciółmi.

Powyższy tekst pochodzi z filmiku poniżej. Na całym świecie ludzie z autyzmem mają problem z ekspertami, którzy mówią w ich imieniu. Albo przynajmniej twierdzą, że to robią, ale tak naprawdę opowiadają bzdury. Niektórzy autyści się wkurzają i zakładają stowarzyszenia w rodzaju ASAN. To właśnie oni nakręcili ten filmik i wiele podobnych.

 

 

 

 

 

Tak, czasami wydobycie informacji od autyka to droga przez mękę. Nie każdy jest chętny do rozmowy i nie każdy potrafi się ładnie wypowiedzieć. Nie każdy potrafi też przeanalizować, co mu w głowie siedzi. Ale czy każdy NT to potrafi? Czy każdy NT ma ogromne zdolności krasomówcze? Nie zauważyłam.

Wielu ludzi ze spektrum ma skłonności do lakonicznych wypowiedzi w stylu tak/nie. Ale chyba lepiej przygotować porządny zestaw pytań, z którego coś wyniknie, niż wymyślać odpowiedzi samemu. Wiem, że NT liczą na łatwiznę - a, jakoś zagadam i samo poleci. A tu wcale nie leci, bo autyk jakiś niekontaktowy i zapada głucha cisza. Specjalista strzela focha i wymyśla coś samodzielnie. Nie tędy droga. Trzeba przygotować wcześniej zestaw szczegółowych pytań i wtedy nawet z odpowiedzi tak/nie da się coś ułożyć.

Tylko właśnie, trzeba się przygotować. A tego nikomu się nie chce.

Niektórzy ludzie (w tym i ja) wolą wypowiedzieć się pisemnie, niż głosowo. Czy nie lepiej zebrać parę tekstów i odczytać je w trakcie programu, niż snuć fantazje?

Czy nie można skorzystać z książek napisanych przez autystów? Niektóre z nich ukazały się także w języku polskim. Oto kilka z nich, które mogę wymienić z pamięci:

  • John Elder Robison - Patrz mi w oczy
  • Temple Grandin - Myślenie obrazami
  • Naoki Higashida - Dlaczego podskakuję
  • Donna Williams - Nikt nigdzie
  • Katja Schrödinger - Koci świat, czyli świat osoby ze spektrum autyzmu (hyhyhy)

Ale oczywiście biedni NT nie mają żadnych źródeł i muszą się domyślać. Biedactwa muszą snuć przypuszczenia, kiedy wiedza z pierwszej ręki sama wręcz się pcha do głowy.

 

 

 

 

 

Pozostaje jeszcze tradycyjny zarzut: a co z ludźmi niskofunkcjonującymi, którzy nawet nie mówią? Czy wiesz, co oni myślą i czują?

A tak się składa, że wiem. I to wcale nie dlatego, że mam te same problemy, tylko w mniejszym nasileniu. To też byłaby symulacja, choć i tak bardziej trafna od wyobrażeń NT. Wiem, bo ruszyłam swoje wirtualne dupsko i poczytałam blogi takich osób. Poczytałam ich książki. Napisałam do nich maile i zapisałam się fejsbókowych grup dotyczących AAC. A zrobiłam to, bo nie lubię opowiadania bzdur. Zrobiłam to, bo mi się (do ciężkiej cholery) chciało.

Szanuję ludzi niskofunkcjonujących, którzy mimo swoich trudności piszą o swoim życiu z ASD. Szanuję ich dużo bardziej, niż wszystkich specjalistów razem wziętych.

A ciekawe, co ludzie z LFA myślą o osobach takich jak ja. Czy mogę mówić w imieniu całej grupy autystów, czy powinnam ograniczyć się do przedziału HFA/ZA? Znalazłam taką wypowiedź. Oto ona:

Nie piszę tu postów przeciwko waszej dyskryminacji i atakom na ludzi autystycznych. Nie dlatego, że zgadzam się z wami, ale dlatego, że kłótnie sprawiają mi ból. Kiedy twierdzicie, że trzeba mnie "wyleczyć", nie walczę z wami, bo konfrontacje mnie bolą, nie dlatego, że macie rację.

Nie mówicie w imieniu mnie, pogrążonej w ciszy, mówicie ponad mną. Chciałabym wam powiedzieć, jakimi jesteście gnojami, ale moja głowa nie pozwoli na walkę, bo mnie to po prostu BOLI.

Kiedy wasze głowy pozwalają wam na bycie gnojami i mówienie nieprawdy, moja nie pozwala. Muszę zawsze być szczera ORAZ muszę zachować spokój, inaczej robię się agresywna. To nie udowadnia waszej racji, to tylko mnie ucisza. Uciszanie mnie nie sprawia, że macie rację, to znaczy tylko, że macie większą chęć na bycie gnojami, niż ja.

Autyści "wysokofunkcjonujący", którzy walczą o moje prawa, MÓWIĄ w moim imieniu. Bronią mnie w sposób, którego ja nie potrafię. W miejscach, do których nie chodzę z powodu strachu, oni są dla mnie. W grupach, które mnie przerażają, oni robią porządek i stają w mojej obronie.

Wy, którzy nie macie autyzmu, nie stajecie w mojej obronie. Nie mówcie tym, którzy dają radę walczyć z waszą nienawiścią, że nie mówią w moim imieniu. Oni to robią. 

Wypowiedź pochodzi z tego bloga. W pierwszej części autorka uprzedza ludzi, którzy bez tego zarzuciliby jej, że nie jest niskofunkcjonująca. Pisze o tym, że w wieku 30+ nie potrafi mówić, czasem sika w majtki, nie potrafi kontrolować finansów i wymaga całodobowej pomocy, gdyż inaczej mogłaby np. pociąć się nożem. Wystarczy? Dla mnie tak.

 

 

 

 

Inną osobą, która jest niskofunkcjonująca i angażuje się w pomoc ludziom autystycznym, jest Ido Kedar. Pisze on bloga oraz ma na koncie wydaną książkę. Zapytał mnie, czy mogłaby ukazać się w polskiej wersji. Przekazałam pytanie dalej i zobaczymy, co z tego wyniknie. Póki co, zapraszam do czytania jego publikacji po angielsku.

Ido nieraz wypowiadał się na konferencjach o ignorowaniu ludzi z ASD. Specjalnie dla was przetłumaczyłam ciekawe fragmenty.

Część z was zapewne patrzy na mnie i zastanawia się, czy naprawdę sam napisałem własne przemówienie. W końcu słyszeliście, że większość niemówiących autyków jest mało pojętna, nie ma samoświadomości, teorii umysłu, wewnętrznego świata i nie rozumie, co się do nich mówi.

Ciekawe, kto wam to powiedział? Na pewno nie ludzie z autyzmem.

Moje zaburzenie jest bardzo mało zrozumiane. Moja niepełnosprawność polega na tym, że mózg niezbyt dobrze komunikuje się z ciałem. No i przez to właśnie wyglądam jakbym nie myślał i nie rozumiał, chociaż wcale tak nie jest. Dodajcie jeszcze do tego problemy sensoryczne i macie już jakieś wyobrażenie, jak ciężko z tym żyć.

Prawda jest taka, że autyzm sam w sobie jest prostszy, niż opowiadają tak zwani eksperci i specjaliści. Dziecko, które jest zamknięte w sobie, z przeciążonymi zmysłami i problemami ruchowymi, nie może samo sobie z tym poradzić. Z tego powodu tak niewielu niemówiących autyków potrafi się komunikować. Eksperci uspokajają samych siebie, że nie potrafimy się komunikować, bo nic nie rozumiemy.

Mam dość tego wszystkiego, bo wokół mnie jest mnóstwo autystycznych ludzi, którzy umierają z nudów i samotności, ale nie potrafią zakomunikować nic więcej, niż tylko podstawowe potrzeby.

 

Ido wcześniej był traktowany przez swoich terapeutów jak debil. Jego edukacja ograniczała się właśnie do komunikowania podstawowych potrzeb, np. głodu. Na szczęście jego rodzice postanowili uczyć go komunikacji alternatywnej (AAC) i teraz Ido może wypowiadać się na dużo bardziej skomplikowane tematy. A co na to specjaliści?

Mamy w domu trzy psy. Kiedy idziemy z nimi do weterynarza, on musi zgadnąć, co jest nie tak, bo pies mu tego nie powie. Wiele razy marzyliśmy, żeby pies się odezwał, żeby weterynarz nie musiał przypuszczać, czasami niepoprawnie. Ludzie z autyzmem, którzy nie mogą mówić, również doświadczyli takich zgadywanek, ponieważ nie mieli możliwości się komunikować. Teraz wielu może już wyjaśnić, o co chodzi, ale "weterynarze" nie są zainteresowani.

Czy Ido faktycznie ma cięższą postać autyzmu? Czy naprawdę sam pisze swoje wypowiedzi? Sami zobaczcie:

 

 

 

 

Ido nauczył się komunikować dzięki Somie Mukhopadhyay. Jej metoda polega na nauce czytania, następnie uczeń wybiera jedną opcję z dwóch podanych. Potem liczba opcji jest zwiększana. Docelowym efektem jest plansza z literami, którą potem można zastąpić tabletem z syntezatorem mowy lub specjalnym urządzeniem. Dla zainteresowanych wstawiam stronę Somy, gdzie metoda jest całkiem szczegółowo opisana oraz filmik z jej wystąpieniem.

 

 

Soma Mukhopadhyay opowiada o nauce komunikacji w autyzmie 

 

 

Obejrzałam też filmik o Somie i jej autystycznym synu, Tito. Najbardziej poruszył mnie fragment od 2:52.

- Tito, jak wyglądałoby twoje życie, gdyby mama nie nauczyła cię [komunikacji]?
- Byłbym warzywem.

 

 

 

 

 

Pewnie zastanawiacie się, czy w Polsce też istnieją niemówiący autyści, którzy chcą przekazać coś od siebie. Otóż są. Udało mi się dostać z wydawnictwa książkę napisaną przez jednego z nich. Nazywa się Trzy pustynie i niedługo pojawi się jej recenzja.

Istnieje też pewien siedmiolatek, który właśnie pisze książkę. Używa on ciekawej metody, która polega na układaniu drewnianych klocków z literkami. I taka ciekawostka: też czasem potrafi pojechać terapeutom. Książkę na pewno przeczytam, kiedy wreszcie wyjdzie. Na razie możecie poczytać bloga i fejsbóka.

 

 

 

 

A teraz parę wskazówek, które otrzymałam wprost ze źródeł, czyli od ludzi używających komunikacji alternatywnej na co dzień. Może wam się do czegoś przydadzą.

  • Komunikacja jest ważniejsza od mówienia. Niby oczywiste, ale wielu o tym zapomina. Nie chodzi o to, żeby cisnąć z nauką mówienia za wszelką cenę, ale żeby osoba z autyzmem poczuła potrzebę porozumiewania się. Może być to pisanie, pokazywanie obrazków lub miganie - metoda nie ma znaczenia. Niektórzy zaczynają potem mówić, inni nie - nie każdy nawet jest zdolny do wydawania artykułowanych dźwięków.
  • Do osoby niemówiącej należy zwracać się normalnie. Ido Kedar pisał, że niesamowicie go wkurzało go mówienie w stylu Idź... do... pokoju... Teraz... siad. Brawo! Przybij piątkę! Chyba nikt nie lubi być traktowany jak półgłówek.
  • Najłatwiej zainteresować kogoś tabletem przy użyciu jego zainteresowań. To w sumie jest oczywiste.
  • Nie zabieraj urządzenia, kiedy ktoś zacznie wciskać wszystkie przyciski jak popadnie. W ten sposób ludzie z ASD cieszą się swoim nowym głosem. Małe dzieci, które uczą się mówić w tradycyjny sposób, też testują nowe dźwięki i nowe słowa.
  • Słownictwo oraz głos powinny być dobrane do wieku i płci użytkownika. Większość oprogramowania pozwala na dodawanie własnych słów i kategorii, można też wybrać rodzaj głosu. Gdybym korzystała z urządzenia do mówienia, to chciałabym mieć możliwość mówienia na dorosłe tematy, o swoich zainteresowaniach, no i nie chciałabym mówić głosem faceta, bo facetem nie jestem.
  • Urządzenie do mówienia to czyjś głos! Mówiących ludzi nie da się wyciszyć pilotem, nawet gdybyśmy bardzo tego chcieli. Z niemówiącymi jest łatwiej, bo można zabrać im urządzenie, ale jest to po prostu chamskie. Ludziom na wózku nie zabieramy wózka, ludziom niemówiącym nie zabieramy protezy głosu.
  • Istnieją specjalne szelki dla dzieci, do których można przypiąć urządzenie do mówienia. Dzięki temu zawsze jest możliwość wypowiedzenia się.
  • Kategorie słów są dużo łatwiejsze do opanowania, jeśli są oznaczone kolorami. Przykład możecie zobaczyć na obrazku.

 

 



 

 

 

  • Uczucia i emocje to trudne sprawy, nawet dla osób wysokofunkcjonujących. Przydatne jest np. wystopniowanie nasycenia kolorów. Emocje bardziej intensywne mają bardziej intensywne kolory. Można skorzystać z map tego typu. Prosty zabieg, a jaki przydatny!
  • Jeśli ktoś zaczyna pisać, choć do tej pory naciskał obrazki, to niech sobie pisze. Własne komponowanie wypowiedzi daje dużo większe możliwości.
  • Niektórzy ludzie umieją mówić, ale czasem wolą korzystać z urządzenia (np. w sytuacjach stresowych). Należy to uszanować i nie zmuszać do mówienia ze wszelką cenę.

 

 

To chyba najbardziej naładowana informacjami notka, jaką do tej pory napisałam. A wiecie, czemu to wszystko zrobiłam? Bo mi się chciało pomyśleć i zajrzeć w różne miejsca. I powiem wam, że to jeszcze nie koniec.

 

 

 

Tagi