Mam autyzm i nie zbieram pieniędzy na konto. Za to piszę, co mi się podoba.
Kategorie: Wszystkie | Info | Ja i ASD | KSIĄŻKA | Komentuję | Konstruktywnie | Opisuję
RSS
czwartek, 24 września 2015

 

Moi czytelnicy ciągle domagają się wpisu o Lisberth Salander. Zwłaszcza po niedawnej notce pokazało się ogromne rozczarowanie, że to jednak nie o Lisbeth. No bo ona jest super, być może ma Aspergera i w ogóle jesteście podobne do siebie, blablabla...

Już wcześniej słyszałam porównania do Lisbeth, chociaż nie mamy ze sobą zbyt wiele wspólnego. Różni nas wygląd, zachowanie, przebieg życia i zwyczaje. Nie jestem też fanką tej postaci (chociaż serię Millennium bardzo lubię) i niespecjalnie bym chciała, żeby weszła mi do domu. Kojarzy mi się z żulicą.

Przygotowałam tabelkę, w której możecie zobaczyć podobieństwa i różnice między Lisbeth a moją zamulaszczą osobą. To tak w ramach ciekawostki - dalej już będę rozważać ewentualne ASD u bohaterki Millennium.

Specjalnie nie użyłam zdjęć z filmów, ale z sesji anonimowych osób przebierających się za Lisbeth. Pierwsze wybrałam ze względu na typ urody charakterystyczny dla rudych osób, drugie natomiast pokazuje niską i chudą osobę. Jedynie wersja z Irene Nesser pochodzi z filmu, bo jeszcze nikt się za nią nie przebrał (albo przynajmniej nie wstawił zdjęć do internetu).

 

 

 

 

 

Jestem na tak

Głównym powodem, dla którego Lisbeth jest określana jako osoba z zespołem Aspergera, jest to, że ostatnio jest moda na klasyfikowanie w ten sposób wszystkich inteligentnych i mało towarzyskich osób. Salander jest inteligentna, myśli w sposób analityczny, potrafi się też zafiksować na konkretnym temacie i intensywnie go zgłębiać.

Potrafi udzielać się społecznie, ale głównie w internecie, gdzie organizuje kolejne akcje z Republiką Hakerów. Na żywo jest osobą raczej wycofaną i małomówną. Nie umie się zaangażować emocjonalnie ani towarzysko. Jeśli zadaje się z ludźmi, to w konkretnym celu - przebywanie w czyimś towarzystwie nie sprawia jej przyjemności. Nie jest również zainteresowana dotykiem ani bliskością.

Taka właśnie jest - zimna, zamknięta w sobie i wredna.

 

 

 

 

 

Jej wygląd natomiast pasuje do wizerunku ekscentrycznego odludka i świra. Skąd wiem? Kiedy pewna czytelniczka bloga poznała mnie na żywo, była mocno rozczarowana. Prawdziwy zjeb powinien mieć kolorowe, postawione włosy, ostry makijaż i rzucające się w oczy ciuchy. Ja tak nie wyglądam, ponieważ zwyczajnie nie daję rady utrzymać stylu i dobierać sobie ciuchów. Po prostu męczy mnie pilnowanie wyglądu. Niezbyt też zależy mi na rzucaniu się w oczy.

Lisbeth ma inaczej. Dopasowała swój styl do stereotypu dziwaka, społecznego wyrzutka i czystego zła. Kupuje punkowe ubrania, nosi ćwieki i ostry makijaż. Ma kolczyki w różnych częściach ciała, zrobiła też sobie kilka tatuaży, w tym jeden na całe plecy. Czytałam gdzieś, że może być to forma ostrzeżenia - uwaga, nie podchodź, trzymaj się z dala ode mnie. Taki sam cel ma kontrastowe ubarwienie os - pokazuje otoczeniu, że obiekt jest niebezpieczny i będzie gryzł. A Lisbeth jest przecież Osą (Wasp).

Konsekwentnie trzyma się swojego stylu, przez co jest bardzo łatwa do zauważenia i zapamiętania. Trochę tego nie rozumiem, bo gdybym była groźną hakerką i ukrywała się przed policją i/lub różnymi przestępcami, to starałabym się wyglądać możliwie nijako.

Lisbeth jest ekscentryczna, zamknięta w sobie, ma problemy z emocjami i zajmuje się hakerstwem. Ma fotograficzną pamięć i doskonale radzi sobie z matematyką. Idealny model zespołu Aspergera, nieprawdaż?

 

 

 

 

 

No ale z drugiej strony...

Jestem na nie

Kiedy pierwszy raz przeczytałam Millennium, rzuciła mi się w oczy łatwość, z jaką Lisbeth potrafi analizować ludzi i ich zachowania. Potrafi przewidzieć ich reakcje i zachować się tak, by osiągnąć swój cel. Nie jest to łatwe dla osoby ze spektrum. Wręcz przeciwnie - jest to cholernie trudne. Mówię to jako ktoś, kto interesuje się psychologią, socjologią i socjotechniką jako sztuką przetrwania w neurotypowym świecie. Moim znajomi z ASD, którzy są kompletnie niezainteresowani zagrywkami socjotechnicznymi, radzą sobie z ludźmi jeszcze gorzej.

Uważam, że treningi umiejętności społecznych są kluczowe w autyzmie. Nie tylko podstawowe umiejętności, ale także socjotechnika dla nastolatków i dorosłych. Wiedza w tym zakresie jest bardzo potrzebna, chociaż mistrzem manipulacji porywajacym tłumy nigdy się z autyzmem nie zostanie.

Jeśli Lisbeth ma ZA, to musiała bardzo długo i intensywnie trenować umiejętności społeczne. Tymczasem ona swoją młodość spędziła albo na ulicy, albo w zakładzie zamkniętym.

Pisałam już kiedyś, że gdybym chciała zdobyć narkotyki lub fałszywe dokumenty, to nie wiedziałabym gdzie i musiałabym wyprodukować je sama. Z autyzmem jest bowiem taki problem, że bardzo trudno nawiązać jakiekolwiek znajomości. Lisbeth natomiast nie ma z tym problemów. Owszem, nie jest towarzyska, ale ma swoje wtyki gdzie trzeba i wie kogo zagadać.

Zmiana tożsamości jest dla niej bardzo prosta. Potrafi ot tak sobie zostać Irene Nesser lub Monicą Sholes i załatwiać interesy w szwajcarskim banku. Doskonale wie jak się zachować i nie zrobić żadnej wpadki. Dla mnie kosmos.

 

 

 

 

 

Lisbeth ma totalnie gdzieś normy społeczne i autorytety, co pasuje zarówno do spektrum autyzmu, jak i do psychopatii. Różnica jest taka, że osoby autystyczne nie potrafią tego wyczuć, natomiast psychopaci potrafią, ale gardzą tym wszystkim lub wykorzystują do swoich celów.

Z ostatniej części serii, Co nas nie zabije, dowiadujemy się, że Camilla Salander, siostra bliźniaczka Lisbeth, jest psychopatką. Ich sposoby działania się różnią, ale obie siostry są pozbawione empatii, okrutne i skłonne do manipulacji. Żadna z nich nie ma wyrzutów sumienia ani oporów przed zabijaniem, a ludzie służą im wyłącznie do osiągania własnych celów.

Postać Camilli ma duże znaczenie w mojej diagnozie, ponieważ psychopatia ma podłoże genetyczne. Jeśli jedna siostra ma odmiennie działający mózg, jest spora szansa na to samo u drugiej. Zresztą Aleksander Zalaczenko i Ronald Niedermann też nie grzeszą empatią, więc zapewne całej rodzinie trafiły się psychopatyczne geny.

Jest tylko jedno, za to bardzo duże ALE. Lisbeth ma własny kodeks moralny i zasady, których przestrzega. Może te zasady nie zawsze zgadzają się z normami społecznymi, ale nie zgadzają się także z modelem psychopatii. Ludzie z tym zaburzeniem nie mają bowiem kodeksów moralnych ani swojej porąbanej etyki. Dla nich najważniejsze są własne korzyści i nic więcej. Lisbeth natomiast działa w imię jakiegoś dobra i generalnie ma misję ratowania świata. Może niekoniecznie robi to zgodnie z prawem, ale ma dobre intencje.

Pamiętajmy też, że sam Hans Asperger nazwał odkryte przez siebie zaburzenie psychopatią autystyczną. Ludzie z ASD z reguły nabijają dużo punktów w psychopatycznej skali. Sama uzyskałam wysoki wynik Pd w teście MMPI-2, chociaż dupa ze mnie, nie manipulator - mam problemy nawet z reklamacją butów w sklepie.

 

 

 

 

 

To była moja własna analiza postaci Lisbeth Salander. Jeśli chcecie poczytac coś bardziej profesjonalnego, to polecam książkę The Psychology of the Girl with the Dragon Tattoo: Understanding Lisbeth Salander and Stieg Larsson’s Millennium Trilogy. A jeśli ktoś jest zainteresowany zagadnieniem empatii, czy raczej jej braku, to polecam opisywaną już tu przeze mnie książkę Teoria zła. O empatii i genezie okrucieństwa. Jedna z moich czytelniczek zwróciła mi uwagę, że książka ta ukazała się już w języku polskim. Dzięki wielkie, obczaję w księgarni.

A co wy sądzicie? Czy Lisbeth Salander jest dla was Aspijką, czy bardziej psychopatką?

 

 

 

 

piątek, 11 września 2015

 

Moja poprzednia notka opowiadała o tym, że prawdopodobnie jestem osobą z hipermnezją. Dla przypomnienia: jest to zaburzenie pamięci polegające na tym, że osoba nim dotknięta pamięta ze szczegółami całe swoje życie. Zjawisko to może występować podczas hipnozy, pod wpływem narkotyków lub w chwili zagrożenia życia (całe życie przeleciało mi przed oczami). Niewielka część ludzkości ma dostęp do wszystkich swoich wspomnień bez wspomagaczy.

Możliwe, że należę do tego nielicznego grona. Nie zostało to potwierdzone oficjalnie - ale jeśli czyta to jakiś neurocoś, to dam sobie przeskanować mózg, wystarczy poprosić. W każdym razie na pewno mam ekstremalnie dobrą pamięć, co potwierdzi każdy, kto zna mnie trochę lepiej osobiście.

Kiedy szukałam informacji o hipermnezji, znalazłam wypowiedzi różnych ludzi ze standardową pamięcią. Zastanawiali się oni, jak to jest cierpieć (w męczarniach) na hipermnezję. Postanowiłam więc zrobić notkę uzupełniającą do poprzedniej. Będzie ona w podobnym stylu co moja książeczka. Różnica jest taka, że ASD mam potwierdzone, natomiast sawantyzm pamięciowy niekoniecznie. No ale Wanderratte też pisze o ASD bez potwierdzenia.

Na pewno dowiecie się jak żyje osoba, która pamięta niemalże wszystko - nieważne czy faktycznie jest to już hipermnezja, czy jednego punktu zabrakło.

 

 

 

 

Cytaty pochodzą z różnych zakątków internetu.

 

1. Ale po co sobie mózg zaśmiecać?


Moim zdaniem to tak jakby zaśmiecać pamięć komputera zbędnymi plikami. Pewnie on sie z tym źle czuje, bo jak się za dużo pamięta to taki natłok myśli może na dłuższą metę nie być zdrowy. Ciekawe czy czasem boli go głowa przez to, że pamięta różne szczegóły.

Ludziom chyba się wydaje, że można wybrać sobie, co się zapamięta. Przypomina mi to odzywkę dresików w autobusie, którzy po zwróceniu uwagi na odtwarzanie muzyki z komórki, odpowiadają: Nie podoba ci się, to nie słuchaj.

Cóż, nie da się przestać słyszeć na zawołanie. Chyba, że nosimy aparat słuchowy, ale to już inna sprawa. Pamięć działa podobnie - nie wybieramy, co zapamiętamy i nie możemy wykasować sobie wspomnień na życzenie. To, co widzieliśmy, już się nie odwidzi.

Głowa na pewno nie boli od dobrej pamięci. Jeśli ktoś tak miał od zawsze, to jest to dla niego stan normalny. Ja do niedawna myślałam, że ludzie wokół mnie są upośledzeni lub leniwi. No bo jak tak można nie pamiętać różnych wydarzeń? Co to w ogóle za życie? Nie boli was głowa od tego?

 

2. Czy hipermnezja to dar, czy przekleństwo?

Standardowe pytanie we wszystkich artykułach, forach i programach telewizyjnych. Jak dla mnie jest ono dziwne. Ja swoja pamięć postrzegam jako dar - mogę sobie powspominać, przeanalizować różne sprawy, cofnąć się dwadzieścia lat wstecz i opowiedzieć moim czytelnikom jak to jest być dzieckiem autystycznym. Moje wspomnienia są całkiem świeże i przydatne do użytku, więc z nich korzystam. A że niektóre bywają niemiłe lub żenujące? Takie jest życie. Nie wierzę, że standardowi (chociaż neurotypowi też tu pasuje, bo chodzi o ludzi typowych neurologicznie) pamiętają tylko dobre rzeczy.

Zależy jakimi wspomnieniami zapełnimy pamięć, ja bym chciała, można dobrą biografię napisać.

Niestety mało kto ma naprawdę ciekawe życie. Na to mamy niewielki wpływ. Dobra pamięć nie gwarantuje ciekawych wydarzeń, jednak jeśli już się wydarzą, to na pewno przydaje się przy spisywaniu wspomnień.

 

 

3. Czy hipermnezja to choroba czy zaburzenie?

Śmieszy mnie uznawanie wszystkiego co nietypowe za zaburzenie. W takim razie Usain Bolt też jest zaburzony, bo kto to widział, żeby tak szybko biegać?

Już prędzaj uznam ZA za zaburzenie, no bo jednak zaburza kontakty społeczne i odbieranie świata. Można jednak nauczyć się działania ludzi i wyćwiczyć potrzebne umiejętności, żeby skorygować braki. W przypadku ekstremalnie dobrej pamięci co można ćwiczyć? Zapominanie w stylu a teraz nie myśl o różowych słoniach? Bez sensu. 

Większość ludzi z hipermnezją nie wie jednak, że coś takiego w ogóle istnieje i żyje sobie w przekonaniu, że ma standardową lub trochę lepszą pamięć.

 

 

4. Czy hipermnezja dotyczy tylko ludzi z autyzmem?

Nie. Jednak ludzie z autyzmem częściej mają różnego rodzaju niesamowite zdolności.

 

 

 



 

 

5. Ciekawi mnie co się dzieje u takich osób przy spożywaniu dużych ilości alkoholu?

Ja pamiętam wszystko - no chyba, że stracę przytomność. Jeśli jednak jestem przytomna, to cały czas rejestruję swoje zachowanie i potem mogę wspominać, co za głupie rzeczy robiłam i/lub gadałam. Jakaś część mojego mózgu pozostaje trzeźwa i widzi wszystko, chociaż nie może kontrolować ciała. Na szczęście nie jestem fanką picia alkoholu i zdarza się to bardzo rzadko.

 

6. Czy hipermnezja pomaga w zapamiętywaniu innych rzeczy, np. materiału na klasówki?

Trochę tak, jeżeli pamiętasz jak nauczyciel wyjaśniał dane zagadnienie. Jednak hipermnezja polega na zapamiętywaniu swojego nudnego życia, nie treści czytanych książek. Te rzeczy są obsługiwane przez różne kontrolery w mózgu.

Ja wolałabym wiedzieć wszystko niż zapominać po napisaniu sprawdzianu.

Ludzie z hipermnezją nie wiedzą wszystkiego. Pamięć używana do nauki szkolnej (semantyczna) różni się od tej autobiograficznej. Jej sprawność może być zupełnie inna. Ludzie, o których czytałam lub oglądałam filmy, zazwyczaj uczyli się przeciętnie.

Ludzie, którzy zapamiętują kosmiczne ilości informacji, to raczej synesteci ze świetną pamięcią semantyczną. Ciekawym przypadkiem był Sołomon Szerieszewski.

 

7. Czy hipermnezja i pamięć fotograficzna to to samo?

Nie, to dwie różne rzeczy. Pamięć fotograficzna polega np. na zapamiętywaniu całych stron tekstu i odczytywaniu ich z obrazu zapisanego w głowie. Całkiem przydatna rzecz. Hipermnezja to natomiast szczegółowe pamiętanie własnego życia - mówiłam już, że to taki z dupy sawantyzm, bo o ile nie masz ciekawego życia, to rzadko kiedy ma się z niej realne korzyści.

Nieraz bywam posądzana o pamięć fotograficzną, jednak jest to błędne. Myślę obrazami, więc informacje w mojej głowie są zapisane w formie obrazów, ale nie mają fotograficznej dokładności. Nie umiem odczytać książki z obrazka w głowie. Taką umiejętność posiada natomiast Temple Grandin.

 

8. Czy hipermnezja przydaje się w pracy?

Gdybym była terapeutką dzieci z ASD, na pewno użyłabym swoich wspomnień. Myślę, że hipermnezja jest pożądana u terapeuty (jakiegokolwiek), ponieważ nie występuje zjawisko zapomniał wół jak cielęciem był.

Inne zawody, w których pamięć autobiograficzna może być przydatna, to np. reporter, podróżnik, pisarz lub gwiazda wydająca autobiografię. Zwykli pracownicy firm mogą też spróbować szantażować szefa.

 

 

 

 

 

 

9. Czy przy hipermnezji ciągle przeżywa się wydarzenia z przeszłości?

Tak, ale nie wygląda to w ten sposób, że cały czas odtwarza się w kółko film ze swojego życia od początku do końca. To nie jest tak, że wspomnienia cały czas wpadają do głowy i trzeba o nich myśleć. Nie trzeba. Jeśli skoncentrujesz się na czymś innym, to można omijać trudne chwile z przeszłości. Można zbudować sobie w głowie skrzynkę z demonami i nie zaglądać do niej. Ale jak już zajrzysz, to pamiętasz wszystko, absolutnie wszystko i to ze szczegółami.

Takie osoby np tą śmierć kogoś bliskiego nawet po 15 latach przeżywają tak samo jak tamtego dnia.

Nie do końca, bo emocje jednak opadają, chociaż to pewnie też zależy od konkretnej osoby. Moja skrzynka z demonami zawiera między innymi dręczenie w szkole. Kiedy o tym myślę, to nadal jest jakiś smutek, żal i gniew, ale nie taki jak piętnaście lat temu. Kiedy wspominam jakiś dzień, to widzę to wszystko z wyciszonymi emocjami - jakby nie wydarzyło się przed chwilą, ale np. miesiąc temu.

Myślę, że ludzie z hipermnezją mogą być bardziej skłonni do depresji, bo pamiętają wszystkie smutne i żenujące historie ze swojego życia. Nawet głupie wpadki, o których pozostali uczestnicy zapomnieli po tygodniu. Nawet idiotyczne pomysły z dzieciństwa. Jednak nie ma przymusu rozmyślania o tym wszystkim.

Pamiętam doskonale nieprzyjemne wydarzenia. Pamiętam też te całkiem przyjemne, kiedy np. przez jakiś czas miałam koleżankę lub kolegę. Przez jakiś czas, bo potem znienacka się im nudziłam i z dnia na dzień nie miałam znajomych. Pamiętam wszystkich ludzi spotkanych w przeszłości, którzy zapewne już zapomnieli o moim istnieniu. Nieraz pojawiają się w moich snach.

 

 

10. Jaki jest zakres pamiętanego czasu przy hipermnezji?

Zwykle jest standardowy, czyli mniej więcej od wieku szkolnego lub okresu dojrzewania. W moim przypadku zakres ten jest dużo szerszy, ponieważ mam ogromną ilość wspomnień od drugiego roku życia.

Korzyści z tego są takie, że mogę rozmawiać z ludźmi starszymi od siebie o dziesięć lub więcej lat i wspominać wydarzenia np. z lat 90. na tym samym lub nawet wyższym poziomie szczegółowości. Minusem jest to, że kiedy przypomną sobie ile mam lat, to często zarzucają mi, że nic nie pamiętam i rodzice mi opowiedzieli. Nawet jeśli dołożę do tego opowieść o tym, co robiłam w tym czasie i całą otoczkę widzianą z mojej perspektywy, to i tak kłamię.

Kiedy rozmawiam z rówieśnikami, to od początku uważają, że zmyślam, bo przecież człowiek tyle nie pamięta.

Kiedy matka opowiada jakieś (zwykle żenujące) historie z mojego dzieciństwa swoim znajomym, to często są one przekręcone. Ale jak tylko zacznę robić sprostowanie i opowiadać rzeczywistą wersję wydarzeń, to rozlega się tylko śmiech i komentarze starych bab a co ty tam pamiętasz, mała byłaś wtedy.

Aha, czyli własnego życia nie pamiętam. A spieprzajcie, upośledzie. 

 

11. Hehe, wszystkie kobity mają hipermnezję i potem wypominają chłopom zapomniane rocznice czegoś tam hehehehe.

To tak nie działa. Ja pamiętam daty różnych wydarzeń, np. czyichś urodzin, ale niekoniecznie pamiętam o złożeniu życzeń. Nie pamiętam o płaceniu rachunków i że mam zjeśc twaróg. Przypominacz w komórce przyda się każdemu.

 

12. Czy hipermnezja to nie tyle ekstremalnie dobra pamięć, co niezdolność do zapominania?

Można to tak ująć. Jak już wspomniałam w pierwszym punkcie - to, co widzieliśmy, już się nie odwidzi. Jak już wspomnienie się zapisze, to na amen. Nie da się zapomnieć, można najwyżej unikać tego tematu.

 

13. Czy hipermnezja jest połączona z obsesyjnością?

Oczywiście, bo różne wydarzenia ciągle powracają do głowy i to niekoniecznie w momencie, w którym byłoby to wskazane. Niekiedy bywa to natrętne i męczące. A kiedy ktoś opowiada przekręconą wersję wydarzenia, to po prostu TRZEBA to sprostować.

Obejrzałem film dokumentalny o hipermnezji i zacząłem myśleć "Co za fajni ludzie, byłoby miło kogoś takiego poznać". Wtedy przypomniała mi się moja była dziewczyna, która pamięta wszystko, co kiedykolwiek powiedziałem, nawet nie do końca i wygłasza do tego uwagi. Chyba już wiem, dlaczego cztery z pięciu osób z tego filmu nie mają dzieci.

A coś w tym jest.

Dorzucę jeszcze skłonność do prokrastynacji, bo ciągle coś nasuwa wspomnienia i trzeba koniecznie zacząć czytać na ten temat.

 

 

 

 

 

 

14. Jak wygląda połączenie hipermnezji z prozopagnozją?

Pamiętam różne wydarzenia, ale niekoniecznie ludzi biorących w nich udział. Psuje to okrutnie całokształt tej umiejętności.

 

15. Wykorzystanie bazy danych

Komentarz Zakładki:

Sytuacja w mojej kuchni: " Pamiętasz, jak w 197..." zaczyna mój Brat i tu mogę być pewna, że opisze kolor dywanu w mieszkaniu u państwa X, w którym chyba-bo ja nie pamiętam, że w ogóle -byliśmy w owym 197... przez pięć minut. A za chwilę okaże się, że nie pamięta o kartce na stole z trzema pozycjami zakupów koniecznych, które miał zrealizować aby powstał obiad, choć obecność kartki i jej przeczytanie ze zrozumieniem potwierdził maksimum pięć godzin wcześniej. W tym kontekście trudno mi się dziwić, że raczej nie przepadam za tego rodzaju 'sawantyzmem" prezentowanym przez trzech moich panów, z których jeden koncentruje się na "własnym nudnym życiu" a dwóch na wszelkich możliwych schematach konstrukcyjnych. W konsekwencji ja kupuję jajka i uszczelki oraz je wymieniam, choć aby to zrobić czytam schemat w wersji papierowej zamiast wyciągnąć go z pamięci. Taka pamięć jest "do niczego" bez narzędzia, takiego jak wyszukiwarki internetowe: dopiero umiejętność selekcji i nadawania wagi informacjom czyni jakąś wartość z bazy danych, jakakolwiek by ona nie była obszerna. Samo posiadanie takiej bazy to ot, ciekawostka. Wręcz marnotrawstwo-dysk zapchany a pożytku żadnego. Ot, tak sobie ponarzekałam :) 

Tak niestety działa pamięć autobiograficzna, a jej ekstremalna forma to z dupy sawantyzm. Jeśli łączy się z dobrze wykształconymi pozostałymi formami pamięci - zwłaszcza semantyczną - to można tę bazę danych sobie jakoś zorganizować. Jeśli się nie łączy, to człowiek zostaje tylko z zapchanym dyskiem. Jednak w obu przypadkach nie ma się wpływu na zapisywanie informacji - to się dzieje automatycznie i nie da się wyłączyć.

 

16. Czy hipermnezja wygląda tak jak w serialu Zapisane w pamięci?

Oczywiście, że nie. Carrie Wells oprócz hipermnezji ma także pamięć fotograficzną i jest doskonałą mnemonistką. Bliżej jej do Sołomona Szerieszewskiego. Twórcy filmu posługują się także oczywistą bzdurą, którą jest powrót do jakiegoś wydarzenia i obejrzenie go pod innym kątem. Tak się nie da. Jeśli czegoś nie widzieliśmy, to nie zapamiętamy. Nie da się też wyostrzyć obrazu widzianego kątem oka, bo to fizycznie niemożliwe. Niemożliwe jest również przybliżanie obrazu w nieskończoność - przypomina mi to popularne w serialach kryminalnych zjawisko robienia obrazu full HD z kamery przemysłowej.

 

 

 

----

 

A teraz coś dla rozrywki: kupiłam sobie takie buty we wtorek. Od podstawówki uwielbiam buty na koturnie i oczywiście pamiętam wszystkie pary, które dotychczas miałam i gdzie zostały kupione. Najważniejsze w takich butach jest niewielkie nachylenie podeszwy - jeśli jest zbyt duże, to nie da się na tym chodzić. W tym przypadku różnica między przodem a tyłem wynosi 2,5 cm (tył 6,5; przód 3,5). Przy moim rozmiarze (42) nachylenie jest niewielkie. Najwyższe koturny, jakie mam w szafie, mają 16 cm i niestety duże nachylenie, ale zakładam je wyłącznie na koncerty.

A wy lubicie buty na koturnie?

 

 

 

 

 

 

 

czwartek, 03 września 2015

 

Ogłuchłam tydzień temu. Byłam na wakacjach nad jeziorem, chlupałam się w wodzie, spacerowałam po Borach Tucholskich i napieprzałam kajakowymi wiosłami po kilkanaście kilometrów. Pewnego ranka obudziłam się ze straszliwym bólem ucha. Pojechałam do najbliższego miasta i kupiłam krople w aptece oraz nową część Millennium w księgarni.

Ból ucha minął, ale przestałam słyszeć. Na szczęście nie całkowicie, jak się skoncentrowałam, to dało się porozmawiać. Trwało to kilka dni. Zdążyłam wrócić do domu i odebrać telefon z firmy rekrutacyjnej. Po raz kolejny ktoś chciał mnie zatrudnić na słuchawce przy obsłudze klienta zagranicznego. Nienawidzę rozmawiać przez telefon, zwłaszcza z obcymi ludźmi. A już na pewno nie z porządnym niedosłuchem.

Kij tam jednak z głuchotą - laryngolog naprawił mi uszka i już jest w porządku. Zastanawiam się jednak co kieruje tymi ludźmi, że chcą mnie zatrudniać w obozie pracy przy wciskaniu kitu callcenter. Już chyba wolałabym jeździć mopem, przynajmniej nie trzeba rozmawiać. Jednak... po cholerę mi wykształcenie techniczne, języki i mózg przetwarzający kosmiczne ilości danych? Praca na słuchawce? Serio?

 

 

 

 

Niełatwo emanować zjebstwem. Możesz wtedy rozwiązywać dziesiątki tego typu zagadek, a i tak gówno z tego wyniknie.

Niełatwo być sawantem autystycznym.

W nowym Millennium sawantyzm autystyczny odgrywa dużą rolę. Autor przedstawił to w maksymalnie stereotypowy sposób, czyli upośledzone dziecko z autyzmem, brak mowy, walenie głową w ścianę i niesamowite zdolności. Rzeczywistość jest nudna i tak nie wygląda, no ale z drugiej strony, kto chciałby czytać nudną książkę?

Pojawienie się motywu sawanta w książce było ciekawym zbiegiem okoliczności, ponieważ dwa tygodnie wcześniej odkryłam, że sama również mogę być sawantką. Od razu zastrzegam, że jest to wyłącznie niepotwierdzona hipoteza. Ale jeśli czyta to jakiś spec od mózgu i chce przeprowadzić testy, to proszę o kontakt.

 

 

 

 

 

Ale o co chodzi?

Otóż odkryłam niedawno, że prawdopodobnie cierpię na hipermnezję. Cierpię w bólach i męczarniach, rzecz jasna, dokładnie tak jak na autyzm.

Jakby ktoś się jeszcze nie domyślił: nie cierpię tak naprawdę. Autyzm nie sprawia mi problemów, one pojawiają się dopiero w kontaktach z ludźmi, którzy dostrzegają inność i odrzucają mnie, celowo wprowadzają w błąd lub dręczą mnie sensorycznie. Hipermnezja też mnie nie boli. Problemem jest czynnik ludzki, czyli ciągłe oskarżenia o kłamstwa, które pojawiają się, kiedy opowiadam o wydarzeniach sprzed dwudziestu lat jakby wydarzyły się wczoraj.

Jeśli już mowa o wydarzeniach sprzed dwudziestu lat, to moje wakacje w Borach Tucholskich były częściową rekonstrukcją moich pierwszych kolonii w 1995 roku. Odnalezienie ośrodka, w którym wówczas mieszkałam, zajęło mi parę minut. Doskonale pamiętałam wygląd budynków, układ pokoi, trasy i wycieczki. Nic, tylko jechać. No to pojechałam.

 

 

 

Cierpię na straszliwe zaburzenia.

 

 

Pewnie chcecie wiedzieć jak to się stało, że dopiero teraz wpadłam na to, że cierpię?

Kiedy już zarezerwowałam sobie pokój w ośrodku w Borach Tucholskich, usiadłam nad mapą satelitarną i postanowiłam wyszukać wszystkie miejsca, w których kiedykolwiek byłam na wakacjach. Nie mylić z koloniami, bo na te zaczęłam jeździć dopiero w 1995 roku. Wyszukiwałam sobie miejsca, które odwiedziłam od 1990 roku (dla przypomnienia jestem rocznik 1988). Nie zawsze pamiętałam adresy, ale nie było to problemem - pamiętałam otoczenie, przebywane trasy oraz najważniejsze - jak dojść do ośrodka np. z centrum miejscowości, znad jeziora itp.

Wszystko było formalnością. Przy okazji zobaczyłam jak bardzo zmieniły się te miejsca.

Fotografia ruin poniżej to hotel w Nadolu nad Jeziorem Żarnowieckim. Byłam tam na wakacjach w 1990 roku. Postanowiłam zweryfikować swoje wspomnienia, więc zawołałam matkę, pokazałam jej zdjęcie (inne, nie dałam go tu ze względu na słabą jakość) i zapytałam, czy mieszkaliśmy w tym pokoju. Okazało się, że tak. Wzięłam kartkę i narysowałam plan budynku oraz układ mebli w pokoju. Wszystko się zgadzało.

Pojeździłam sobie po okolicach i znalazłam przebyte dawno temu trasy wycieczkowe, miejsca w których były place zabaw, odwiedzane sklepy. Moje wspomnienia były tak cholernie żywe.

 

 

 

 

 

 

Poszukałam sobie ciekawych treści o ludzkiej pamięci i odkryłam, że większość ludzi może przywołać jednocyfrową liczbę wspomnień sprzed 7. roku życia. Że co? Przecież ja mogłabym napisać o tym książkę o grubości cegły. A o późniejszych to już w ogóle całą sagę. Nie żeby ktokolwiek chciał to wszystko czytać, bo to straszne nudy - no ale dałoby się zrobić.

Jednym z rodzajów pamięci jest pamięć autobiograficzna, która doskonale pasuje do tego typu wspomnień. Okazało się, że mało kto dysponuje świetną pamięcią tego typu. To zjawisko nazywa się hipermnezja i jest bardzo rzadkie.

Nagle wszystko zaczęło mi się układać. To nie ludzie wokół mnie są upośledzeni lub leniwi. Do tej pory tak uważałam - że są mało inteligentni lub nie chce im się ruszyć trochę mózgiem i przypomnieć paru spraw. Nie są też wrednymi mendami, które uwielbiają się czepiać i zarzucać kłamstwo lub powtarzanie relacji rodziców. To ja tu jestem sawantem, chociaż mój sawantyzm jest taki trochę z dupy, bo pamiętam tylko ze szczegółami swoje nudne życie. To nie są operacje w pamięci na ogromnych liczbach, recytowanie pi do iluśtysięcznego miejsca po przecinku (znam tylko osiem) ani rysowanie fotorealistycznych obrazów z pamięci. Do tego dochodzi prozopagnozja, która wypacza nieco moje zdolności.

W tym momencie przypomina mi się kawał, który kiedyś zobaczyłam w internecie:

-273,15°C
Absolutne zero. Ustaje ruch cząstek elementarnych.
Lapończyk, ssąc kawałek lodu, przyznaje: "No, mamy troszkę większą zimę". 

Mogę go sobie przerobić tak:

Rok 2015.
Katja, opowiadając swoje przygody ze żłobka, przyznaje: No, mam trochę lepszą pamięć.

 

 

 

 

 

Nieraz się zdarzało, że ludzie pytali mnie, czy z racji ASD mam jakieś sawanckie zdolności. Zawsze odpowiadałam, że nie... no, może tak trochę. Przecież mam wbudowany słownik ortograficzny i nigdy nie robiłam błędów, ale to dlatego, że dużo czytam od wczesnego dzieciństwa. Teraz się okazało, że chyba muszę zmienić odpowiedź na to pytanie. Podkreślam jeszcze raz, że chyba - nie zostało to jeszcze potwierdzone. Na razie mam tylko wyjaśnienie dziwnego zjawiska, z którym zawsze miałam do czynienia.

Nieraz mówię znajomym mi osobom w sytuacjach, kiedy pamiętam coś doskonale, a oni nie:

Wasze marne ludzkie mózgi, pamięć dziurawa jak sito.

Oczywiście mówię to tylko dla żartu i tylko do dobrze znanych mi osób. Wiem, że postronni pewnie strzeliliby focha. Ale teraz już wiem, że jest to całkiem uzasadniony tekst.

 

 

 

 

 

Jeśli zaczniecie czytać o hipermnezji, to na pewno zauważycie, że osoby z tym ciężkim zaburzeniem są opisywane jako skrajnie introwertyczne i żyjące w przeszłości. Tak właśnie jest. Żyję przeszłością, ale dzięki temu mogę opisywać na blogu wydarzenia z mojego życia jako dziwacznego dziecka z autyzmem i odpowiedzieć na pytania, dlaczego czyjeś dzieci mogą reagować w taki a nie inny sposób. Dla mnie to całkiem świeże wspomnienia.

Trudno też nie żyć przeszłością, kiedy dawne wydarzenia ciągle wracają do głowy i są niesamowicie szczegółowe i realistyczne. Zwykły człowiek już nic nie pamięta. Dla mnie to wszystko wydarzyło się niedawno.

Obrazek powyżej pochodzi z serialu Zapisane w pamięci (Unforgettable), który opowiada o policjantce cierpiącej na hipermnezję. Obejrzałam już jeden odcinek i niedługo zabiorę się za kolejny. Jest to film, więc wiele rzeczy jest ponaciąganych, ale i tak fajnie się ogląda. Zachęcam, zwłaszcza że Mr Robot już się skończył. Zachęcam też do czytania nowego Millennium, jeśli chcecie coś o typowych sawantach i ASD. W tej części pojawiają się aż trzy osoby ze spektrum - Lisbeth, August i Frans.

Książka nosi tytuł Co nas nie zabije i wpisuje się w model x som y. Widziałam gdzieś opinie, że tytuł nie pasuje do reszty serii, ale wystarczy zobaczyć tytuł oryginału, żeby przekonać się, że tak nie jest. Dosłowne tłumaczenie brzmiałoby To, które nie zabije nas (det som inte dödar oss) i jeśli komuś brakuje tego słówka które, to niech sobie zaklei tytuł i wpisze właśnie to.

A ja sobie mogę powiedzieć: co nas nie zabije... będzie powracało przez resztę życia.

 

 

 

piątek, 14 sierpnia 2015

 

Na facebooku pojawiła się propozycja, żebym napisała co robię w wakacje. Jest to w sumie całkiem dobry pomysł - i tak się nikomu nie chce czytać o autyzmach. Do tego można powstawiać fajne foty. Dzisiejsza notka będzie bardziej przypominała Aspi Photography i słitaśny pamiętniczek, no ale to mój prywatny blogasek i mogę pisać sobie na nim to co chcę. Jeśli ktoś ma z tym problem, to niech spojrzy w górę na fioletowy napis.

Mam tylko nadzieję, że Blox to wszystko utrzyma - w końcu nieraz musiałam dzielić notkę na dwie części. Mówiłam wam niedawno, że Gazeta postanowiła wydymać użytkowników. Zmiana ta ma wpływ na funkcjonowanie bloga, ponieważ nieraz korzystałam z Dysku Google, żeby móc wam coś udostępnić. Cóż, zrobiłam sobie konto na Gmailu i jakoś to będzie.

Dzisiaj foty lecą z Imgura, może Blox się nie zatka.

Na pewno mój telefon już się nie zatyka ani nie zacina, ponieważ pozbyłam się w końcu cholernego Alcatela. Miarka się przebrała, kiedy nastawiłam sobie budzik, który nie zadzwonił, ponieważ aplikacja zegar została zatrzymana, wymuś zamknięcie. Niewiele wcześniej nie mogłam zadzwonić w kilka miejsc, bo Alcatel nie reagował na wpisywany numer, tylko go kasował i tak w kółko. Teraz mam nowy, działający i ładny telefon.

Jeśli mowa o ładnych rzeczach, to porobiłam sobie parę w Blenderze. Są to mapki do gry w kocią demolkę. Gra polega na tym, żeby skakać kotem po meblach i zrzucać przedmioty. Niestety blenderowy silnik gry nie jest zbyt dobry i nie generuje jak należy. W trybie render sceny są bardzo ładne, ale po rozpoczęciu grania tekstury się wykrzaczają.

 

 



 

 

 

 

Chociaż może da się to jakoś zrobić, ale trzeba być Piotrem Arłukowiczem. Ja nie jestem, więc mi się wykrzacza.

Jeśli mowa o Piotrze i Polskim Kursie Blendera, to kontaktowałam się z nim w sprawie przetłumaczenia Blendera na polski. Nie każdy radzi sobie z anglojęzycznym oprogramowaniem a ja tłumaczyłam już z powodzeniem różne rzeczy, więc mam w tym wprawę. Wyszło tak jak zwykle, czyli nic nie wyszło. Cóż, nie można uszczęśliwiać ludzi na siłę.

Zrobiłam sobie mały filmik pod tytułem Burzliwa noc (można włączyć 1080p). Jest to trochę wyraz mojej  tęsknoty za burzami, ponieważ w tym roku omijają one Trójmiasto. Udało mi się zastosować w filmiku fajny efekt deszczowych kręgów na wodzie. Chciałam jeszcze dodać trawę w formie włosów, ale ten plik ma z tym jakieś problemy - program zawiesza się podczas tworzenia tego efektu. Nie chodzi tu o zbyt duży obszar, bo dzieje się tak nawet na kwadraciku 1x1 bez tekstur.

 

 

 

 

 

Poza Blenderem zajmuję się jeszcze lutowaniem kabelków i scalaczków. To, co widzicie poniżej, to router uceglony (doprowadzony do użyteczności cegły, czyli po prostu zepsuty) przez Niezdiagnozowanego Sysadmina. Fizycznie routerowi nic nie jest, ale w wyniku działań Sysadmina nie da się go uruchomić. Dolutowałam do niego piny do złącza szeregowego oraz kabelek do procesora. Piny działają, bo idzie przez nie napięcie - zrobiłam sobie specjalny zasilacz 3,3 V z końcówkami typu goldpin, podłączyłam i działało. Programowo jeszcze nie wiem - będę to sprawdzać.

Wkurza mnie, że Sysadmin uważa się za wielkiego specjalistę od systemów i informatyki, natomiast ja jestem dla niego debilem. Jednak kiedy coś zepsuje, to wtedy jest płaku płaku, pomóż. Bo on lutownicę wsadziłby sobie pewnie w oko, a napięcie połączył z masą. Czasem mu o tym przypominam i wtedy wysuwa Ostateczny Argument: ale to ja mam robotę!

Cóż, ma. To ja ju jestem specem od rozmów kwalifikacyjnych i testów w kilku językach, zaliczania wszystkich etapów i usłyszenia na koniec pani dziękujemy. O ile w ogóle coś usłyszę, bo większość pracodawców nie raczy w ogóle przekazać żadnej informacji, chociaż przez ostatni miesiąc człowiek latał do nich co kilka dni na kolejne etapy.

Wkurzyłam się i zaczęłam aplikować na stanowiska typu serwisant sprzętu, monter elektroniki, sprzedawca w sklepie komputerowym. Byłam nawet na rozmowie kwalifikacyjnej na sprzedawcę. Była to najdziwniejsza rozmowa w moim życiu, ponieważ facet przez pół godziny gadał, że jestem za mądra i mam sobie znaleźć normalną robotę w IT. Nie wiem, po co w ogóle mnie zapraszał w takim razie. Może chciał mi to powiedzieć osobiście.

W każdym razie zajmuję się sprzątaniem, praniem dywanów, czyszczeniem auta (wczoraj byłam na przeglądzie i dostałam w pakiecie płyn do spryskiwaczy) i zmywaniem garów. Może zacznę to robić zawodowo, np. prać dywany? Zawsze coś.

 

 



 

Wracając do routerów: podczas moich ostatnich wizyt u jednego znajomego czytelnika zauważyłam, że ma on w swoim mieszkaniu około piętnastu sieci wifi. Oczywiście tylko jedna jest jego, reszta należy do pozostałych mieszkanów bloku. Sieci nakładają się na siebie, w wyniku czego sygnał jest gówniany i ludzie kupują jeszcze mocniejsze sprzęty. I tak w kółko. Gdyby każdy ograniczył się do swojego mieszkania, nic by się nie nakładało i byłby święty spokój. No ale cały blok musiałby się dogadać.

Nie wiem jak się dogaduje z sąsiadami, bo to nie ja jestem NT, ale wiem jak można dopasować sobie kanały, żeby nie wchodziły w interferencje. Tu macie instrukcję jak to zrobić. Ogólnie kanały w tym samym kolorze nie nachodzą na siebie (jeśli nie widzicie tego nachodzenia, rozciągnijcie kolorowe prostokąty wszerz). Jeśli sąsiedzi uwzięli się na kanał 1, ustaw sobie 6+ i miej spokój.

 

 

 

A teraz będą foty.

 

Mam w domu trzy koty i psa. W ogródku natomiast mieszka jeż. Nie jest łatwo go spotkać, ponieważ wychodzi głównie w nocy. Ale kiedy już przytrafi się taka okazja, mogę poczęstować go kocim żarciem. Najbardziej jeżowi smakuje domowa kocia karma, czyli mielone mięso z dodatkiem podrobów, twarogu, jajek i marchewki. Ale gotową karmę z saszetek też zje.

Jeśli chcecie poczęstować jeża, to dajcie mu surowe mięso, karmę dla kotów albo mleko. Jeże nie jedzą jabłek, są owadożerne. Chociaż niektóre nie pogardzą np. gołębiem.  

 

 

 

 

Nie wiem, czy wszystki jeże tak mają, ale nasz głośno mlaszcze przy jedzeniu.

 

 

 

 

Dzisiaj w nocy także spotkałam jeża. Poniższe foty powstały około godziny 2:30. Widać na nich, że jest to gatunek wschodni, ponieważ ma biały brzuszek.

 

 

 

 

 

 

Czasem wychodzę z domu i oglądam np. dawną lożę masońską w centrum Gdańska. W jednym z rozwalających się budynków zachowały się malowidła z wolnomularską symboliką. Przy okazji poczytałam sobie trochę o tej organizacji i okazało się, że w Polsce ma się świetnie.

 

 

 

 

 

 

 Cmentarz Nieistniejących Cmentarzy niedaleko Stoczni Gdańskiej.

 

 

 

Stary cmentarz na Górze Szubienicznej. Nazwa nieprzypadkowa, bo kiedyś była tam miejska szubienica. Groby nie należą jednak do skazańców.

 

 

 

Cmentarz Żołnierzy Francuskich z czasów II Wojny Światowej. Okazało się, że w czasach napoleońskich również istniał tam cmentarz francuski. Nikt o tym nie wiedział do momentu, kiedy zaczęto tam kopać.

Przy okazji - Brunet był, Blondyna nie znalazłam, chociaż uczciwie szukałam.

 

 

 

Cmentarz Brętowski w okolicach nowej stacji Niedźwiednik. Przy okazji przeszłam się po torach nowej linii Pomorskiej Kolei Metropolitalnej. Trzeba było wykorzystać okazję, bo od września zaczną tam jeździć pociągi.

 

 

 

 

Rozwalający się cmentarz ewangelicki we wsi Słuszewo.

 

 

 

 

 

Ładne widoki w rezerwacie Wąwóz Huzarów.

 

 

 

Przedziałek na głowie leśnego olbrzyma.

 

 

 

Był jeż, teraz pora na sarenkę.

 

 

 

 

Wiatraki w polu. Wiecie, że one mają na dole schody i wejścia?

 

 

 

Rezerwat przyrody Szklana Huta. Pojechałam tam zobaczyć kurhany. Niedługo pojadę na tydzień w okolice Kościerzyny, gdzie zobaczę kamienne kręgi starożytnych Słowian i Gotów. Przy okazji ciekawostka: będę mieszkała w tym samym ośrodku, w którym byłam na koloniach 20 lat temu.

 

 

 

 

 

Wyspa Sobieszewska, rezerwat Mewia Łacha. Na zdjęciu przekop Wisły. Ciekawostka: woda płynęła od morza, nie do morza.

 

 

 

 

 

 

 

Ten korzeń przypominał mi trochę szkielet jakiegoś zwierzęcia.

 

 

 

Mewy, w tle rafineria.

 

 

 

 

 

W poniedziałki i wtorki oglądam powtórkę początkowych odcinków Kryminalnych zagadek Las Vegas. We wtorek był odcinek opowiadający o autystycznym bibliotekarzu.

CSI: Kryminalne zagadki Las Vegas, odc. 207, sezon 2 - Caged

Na przejeździe kolejowym samochód wpada pod rozpędzony pociąg. Wygląda to na nieszczęśliwy wypadek. Gil Grissom jest jednak innego zdania. Catherine Willows i Sara Sidle znajdują podejrzane ślady. Rzeczywiście - prowadzony przez młodą kobietę samochód został rozmyślnie wepchnięty pod lokomotywę przez innego kierowcę, z którym kierująca spotkała się na parkingu. Grupa ekspertów bada przyczyny tragedii. Kolejna sprawa dotyczy tajemniczej śmierci młodej, atrakcyjnej konserwatorki starodruków w stanowej bibliotece. Grissomowi pomaga w śledztwie autystyczny bibliotekarz, który nieszczęśliwie podkochiwał się w zmarłej.



Autystyczny facet został przedstawiony pozytywnie - nie jako Rain Main ani upośledzone dziecko. Podkreślono jego doskonałą pamięć i uczciwość. Jeśli chcecie zobaczyć ten odcinek, to dziś o 20:55 będzie powtórka na kanale Puls 2.

 

niedziela, 12 lipca 2015

 

Media z całej Polski piszą o samobójstwie 14-letniego Dominika Szymańskiego z Bieżunia. Po raz kolejny rozpoczęła się dyskusja o dręczeniu w szkole, bezstresowym wychowaniu, dzisiejszej zdegenerowanej młodzieży i złym internecie. Ale internet nie jest sprawcą, jest tylko kolejnym kanałem komunikacji. Kiedyś były złośliwe wierszyki, piosenki i napisy na murach, dzisiaj dochodzą chamskie strony w internecie. Wiem, o czym mówię - sama byłam dręczona w szkole, o czym pisałam na przyklad tutaj albo tutaj.

O tym już wiecie. A teraz proszę rodziców dzieci autystycznych o opuszczenie tej strony lub przynajmniej schowanie się, ponieważ będę pisać o tym jak popełnić samobójstwo.

Dzisiejszy wpis jest przeznaczony dla młodych ludzi, którzy chcą się zabić - z autyzmem lub bez. Jeśli jesteś taką osobą, zapraszam do czytania. To nie jest kolejny blogerski bełkot, ponieważ w przeciwieństwie do dynamicznych śmieszków z lansiarskiej blogosfery, ja jestem kimś, kto był przez długie lata dręczony w szkole i wielokrotnie chciał się zabić. No i ja faktycznie podam ci sposoby na samobójstwo, nie tylko pseudomotywacyjny bełkot. Nie lubię bzdur wygadywanych przez ludzi, którzy nigdy nie przeżyli tego, o czym piszą.

Jedna sprawa na początek - musisz przeczytać WSZYSTKO, co tu piszę, w sensie całą notkę. Parę minut cię nie zbawi, umrzeć zdążysz tak czy siak.

Zgoda? To jedziemy.

 

 

 

 

 

Jestem taką samą osobą jak ty. Nie byłam, tylko jestem - w dalszym ciągu miewam myśli samobójcze i doskonale wiem, co to znaczy czuć się jak nieudacznik, śmieć i żywe gówno. Nie szkodzi, że prawdopodobnie jestem starsza od ciebie - wiek nie ma tu znaczenia.

W wieku 5 lat odkryłam, że człowiek jest w stanie zabić sam siebie. Kolejne 5 lat później chciałam się już zabić, ponieważ sytuacja w szkole mnie dobijała. Na przerwach wielokrotnie stawałam na szczycie schodów na najwyższym piętrze, wysuwałam stopy przez barierki i wyobrażałam sobie, że skaczę dokładnie w ten otwór pomiędzy schodami i ląduję na parterze. Rozmyślałam też o wyskoczeniu przez okno lub położeniu się na torach. Widziałam kiedyś jak pociąg potrącił faceta, więc łatwo było pomyśleć, że to samo dzieje się ze mną.

 

 

 

Słucham tej piosenki, kiedy mam chujowy nastrój - może tobie też przypadnie do gustu.

 

 

 

Nikomu o tym nie mówiłam, a już na pewno nie nauczycielom czy pedagogowi szkolnemu. Pewnie dobrze wiesz, dlaczego - blablabla, to twoja wina, musisz się zmienić, oni się tylko tak bawią. Nauczyciele to właściwie większe gnoje od uczniów - pozwalają na dręczenie, usprawiedliwiają sprawców, zrzucają winę na ofiarę, a wszystko co powiesz, może zostać wykorzystane przeciwko tobie. Rozmowa z nimi to strata czasu. Domyślam się, że masz tak samo. Gdybyś miał z kim porozmawiać, nie szukałbyś informacji jak popełnić samobójstwo.

Pewnie nieraz sobie wyobrażasz te lamenty na swoim pogrzebie i wyrzuty sumienia dręczycieli. Też tak myślałam, dopóki nie zrozumiałam, że raz: wcale by nie lamentowali, najwyżej byliby źli, że im problemy przynosisz (bo kuratorium i takie tam). Dwa: i tak byś o tym nie wiedział, ponieważ byłbyś martwy. Bycie martwym to nie jest jakiś cudowny stan typu ustawienie sobie statusu na niewidoczny - widzisz wszystko i masz radochę. Bycie martwym to po prostu bycie martwym. Nie ma cię i wszystko się kończy, łącznie z twoją świadomością.

Jeśli wydaje ci się, że twoja śmierć spowodowałaby jakieś wyrzuty sumienia i zmianę postępowania, to ci się wydaje. Pogadaliby trochę i tyle. Dwa tygodnie po pogrzebie mieliby cię już totalnie w dupie. Wiele lat później wspominaliby cię w stylu noooo, był taki typ, co się zabił, ale on jakiś dziwny był, miał problemy z psychiką. I tyle. Jakieś refleksje, że może sami przyczynili się do tego? Zapomnij, ludzie są za tępi.

Tak naprawdę się dzieje. Samobójstwa to problem stary jak świat i niejeden stracił kolegę ze szkoły. Patrzę, słucham, obserwuję - nie warto.

 

 

 

 

 

 

Powyższy gif to romantyczne wyobrażenie sobie samobójstwa jako przeniesienie do jakiegoś cudownego świata. To niestety tak nie działa. Po zawieszeniu pętli na szyję czeka cię wielkie nic. Jeb, koniec, do widzenia.

Śmierć Dominika wywołała dyskusję w całym kraju i szaleństwo w mediach. Problem jest taki, że podobnych samobójstw jest w Polsce kilkadziesiąt każdego roku. Nikt się nimi specjalnie nie przejmuje. Żeby ktoś się przejął, musiałbyś mieć szczęście lub odwalić coś w stylu Andreasa Lubicza.

Tylko ten, no... i tak byś o tym nie wiedział, ponieważ byłbyś martwy.

Wiemy już, że twoi prześladowcy to gnoje i to nie z tobą jest problem, ale z nimi. Dlaczego więc to TY masz się zabijać? Kiedy sobie pomyślę o moim ewentualnym samobójstwie w wieku nastoletnim, to stwierdzam, że zdecydowanie lepszym wyjściem byłoby zrobienie szkolnej masakry. Bez sensu jest oddawanie życia jakimś tępym śmieszkom. Nic bym im nie chciała dawać, nie chciałabym ich też ponownie oglądać.

Spieprzaj z tej szkoły. Zmień ją od nowego roku lub w połowie. Nie daj sobie wmówić, że został ci tylko rok do końca. Rok to dużo czasu i mnóstwo złych rzeczy może się wydarzyć. Jeśli już teraz chcesz się zabić, to dalsze dręczenie na pewno cię nie podniesie na duchu. Spróbuj innej szkoły. Generalnie mam takie założenie, że zabić się zawsze zdążysz, więc najpierw wypróbuj mniej radykalne środki.

Zmieniałeś już szkołę? Idź na nauczanie indywidualne. Edukacja zbiorowa niszczy bardziej wrażliwe jednostki. Uspołecznianie się jest gówno warte, jeśli polega na gnojeniu, biciu i prześladowaniu. Brałam udział w takim uspołecznianiu - nie zabiło mnie (choć niewiele brakowało), nie wzmocniło, ale zryło mi psychę na długie lata. Gdyby dało się pozwać szkołę i dostać odszkodowanie, pewnie bym to zrobiła.

Nie daj się torturować i przeprowadzać na sobie eksperymentów. Twoje zdrowie psychiczne jest ważniejsze, niż pseudouspołecznianie przez napieprzanie. Kontakt z ludźmi możesz mieć na jakichś zajęciach dodatkowych albo przez internet (ze spotkaniami na żywo). Uspołeczniajaca rola szkoły to jedno wielkie oszustwo.

Nie musisz być workiem treningowym dla jakichś debili. Dla ciebie i twoich rodziców najważniejszy jesteś TY, nie jakieś typy ze szkoły i ich durne sposoby na podbicie sobie ego. Jak dorosłego biją pod sklepem, to ucieka aż się kurzy. Jak dorosłego dręczą w pracy, znajduje inną. Jak dziecko biją w szkole, to ono ma się poświęcać... Przepraszam, w imię czego?!

Jeśli już skończyłeś szkołę, to miej swoich byłych pseudokolegów głęboko w dupie. Jeśli idziesz do kolejnej (np. liceum), to wybierz taką, w której nie spotkasz ludzi ze swojej byłej klasy. Nie ma znaczenia, że trochę dalej. Ja nie utrzymuję z nikim kontaktu i bardzo mnie to cieszy.

Próbowałeś z kimś rozmawiać? Rozmowa może sporo pomóc - robi się trochę lżej na duchu, można też poszukać rozwiązania. Jeśli nie masz z kim pogadać, możesz spróbować telefonu zaufania. Poczekaj aż nikogo nie będzie w domu (a jak masz duży dom i/lub cię nie słychać, to nie czekaj) i  zadzwoń. Jeśli się wstydzisz, wyślij maila. W mordę na pewno ci nie dadzą, a spróbować można. Samobójstwo nie zając, nie ucieknie.

 

 

 

Telefony zaufania dla innych grup społecznych podaję na końcu notki.

 

 

Próbowałeś tych słynnych leków na głowę? Jeśli nie, to zachęcam. Pewnie myślisz sobie, że to zawracanie dupy. No bo co, niby tabletki zmienią twoje życie i sprawią, że ludzie cię pokochają? Nagle zaczniesz mieć szczęście i zaczniesz wygrywać w życiu?

Nie, tak się nie stanie. Wszystko zostanie tak, jak było. Za to wyłączą się negatywne myśli i ponure emocje, które - bądźmy szczerzy - wypaczają logiczne myślenie. Wstaw sobie do mózgu filtr górnoprzepustowy, który zatrzyma ci doła i sprawi, że będziesz mieć wyjebane. Wtedy pomyślisz sobie na spokojnie, czy faktycznie jest sens się zabijać. 

Jesteś już stary i skończyłeś szkołę? Brałeś magiczne tabletki, chodziłeś na terapię i nadal uważasz, że twoje życie jest przegrane? Mam podobnie. Dałam sobie parę lat na jakieś zmiany i zobaczę jak to będzie. W wieku 24 lat ustawiłam sobie termin na 32 (czyli 25, ładny numer) i usiłuję się doprowadzić do porządku. Nie wiem, czy mi się uda, ale umrzeć zawsze zdążę. Kiedy skończę 32 lata, wtedy będę rozmyślać, czy moje życie jest cokolwiek warte.

Jedna uwaga: jeśli dajesz sobie jakiś termin, to niech to nie będzie rok czy dwa. To zdecydowanie za krótko na porządne zmiany.

 

 

 

 

 

Miałam podać sposoby na samobójstwo, no nie? Oto one. Nie będę wymyślać koła na nowo i użyję tego, co już istnieje i jest dobre. Oto Lost All Hope - strona założona przez gościa, który postanowił się zabić w 2002 roku. Znajdziesz tam opisy różnych rodzajów śmierci, statystyki oraz historie autora i innych ludzi. 

Poniżej wstawiam polskojęzyczną infografikę dotyczącą samobójstw oraz dane kontaktowe do różnych organizacji i forów. Wybierz te, które najbardziej ci odpowiadają i skorzystaj. Jeśli chcesz, możesz napisać coś tutaj w komentarzach (nie bój się chamskich reakcji, będę pilnować porządku) albo nawet napisać do mnie. Nie jestem psychologiem i z racji autyzmu słabo znam się na ludziach, ale jak chcesz pogadać z kimś podobnym do siebie, to mogę być to nawet ja. Już znasz mnie trochę z bloga, może będzie ci łatwiej. Nie uważam, że byłoby dobrze, gdybyś zdechł.

 

 

 

 

 

A tu film przygotowany przez kolesia, który prawdopodobnie nie chciał sam się zabić, ale fajnie podaje statystyki.

 

 

 

 

Tu znajdziesz pomoc:

  • inna duża lista - wybierz według profilu działalności, zignoruj nazwę strony
  • dzieci i młodzież: 116 111
  • linia kryzysowa: 116 123
  • forum dla dorosłych z ASD - jeśli jesteś w spektrum autyzmu (lub podejrzewasz, że możesz być) i masz problemy, możesz napisać.

 

 

 

 

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 25
Tagi