Mam autyzm i nie zbieram pieniędzy na konto. Za to piszę, co mi się podoba.
Kategorie: Wszystkie | Info | Ja i ASD | KSIĄŻKA | Komentuję | Konstruktywnie | Opisuję
RSS
czwartek, 22 października 2015

 

Niezdiagnozowany Sysadmin zmienił ostatnio swój status na Zdiagnozowanego, co potwierdziło moje przypuszczenia - nie jest normalny. Dla przypomnienia: sysadmin to administrator systemów, czyli osoba, która dba o dobre działanie serwerów, na których znajdują się wasze maile, zdjęcia, blogi, konta bankowe, sklepy i inne dane. Fajna rzecz i dobra dla ludzi z autyzmem - nie ma dużo kontaktu z ludźmi, jest za to sporo kompów i możliwości wykazania się. Jednak mimo to nasz Sysadmin ma problemy z utrzymaniem pracy ze względu na niezamierzoną arogancję i niekontaktowość. Postanowił się więc wybrać w końcu na diagnozę.

Dostał ją od razu, bo ZA ma ewidentne i każdy, kto zna się na rzeczy, to zauważy. Jeśli natomiast ktoś spodziewa się upośledzonego sawanta walącego głową w ścianę, to cóż... wtedy nie zauważy. Sysadmin to stary chłop i do tego bardzo inteligentny, więc dobrze kompensuje braki i jako tako panuje nad sobą.

Myślimy nad wyrobieniem orzeczenia o niepełnosprawności, które mogłoby pomóc Sysadminowi w utrzymaniu pracy. Dopłaty z PFRONu to jednak nie byle co. No i zniżki na przejazdy też są kuszące, kiedy skończyło się już studia i trzeba jeździć na normalnym.

Nie ma natomiast żadnej terapii dla ludzi takich jak on i ja. Wszystko jest nastawione na dzieci i nastolatków, do tego o maksymalnie średnim poziomie inteligencji. Dla dorosłych, którzy mają skończone studia i czasem nawet pracę, nie ma nic.

A takie coś jest bardzo potrzebne, chociaż wymaga większego wysiłku. Takiej grupie nie pomoże rysowanie obrazków, rozpoznawanie emocji z buziek i zasady mówienia dzień dobry. Tu potrzebne są podstawy socjotechniki i treningi podobne do tych, co mają politycy. Tu już nie chodzi o dzień dobry, ale o zdobycie i utrzymanie pracy, dobre stosunki z otoczeniem i pozbycie się niechcianej etykietki izolującego się świra, aroganckiego buca czy wywyższającego się chama.

To nie takie proste, zwłaszcza że prowadzący musiałby dorównywać inteligencją grupie. Inaczej nic by z tego nie wyszło, bo nikt by go nie szanował.

 

 

 

Szwedzkie idiomy w akcji. Zabrakło mi dwóch punktów do zdania egzaminu. No ale "prawie" nie ustrzeli króliczka.
W sensie: "prawie" to za mało, by osiągnąć cel. Przy okazji: włosy tej dziewczyny przypominają mi autystycznego ogrodnika.

 

 

Ponad pół roku temu zamieściłam ankietę dla osób zdiagnozowanych w wieku dorosłym. Otrzymałam odpowiedź od 22 osób, niestety jedna nie spełniała założeń. Siedemnastoletni Kamil został zdiagnozowany rok temu na prośbę szkoły i dzięki diagnozie oraz orzeczeniu o niepełnosprawności dostał zwolnienie z lekcji wuefu, z czego się bardzo cieszy.

Kamilu, ja też się cieszę, bo wiem jakie te lekcje potrafią być paskudne (choć mam nadzieję, że ćwiczysz we własnym zakresie). Twój scenariusz jest jednak dosyć typowy - niepokoi się przedszkole lub szkoła, uczeń dostaje diagnozę. Standard. Mnie natomiast interesowały osoby, które same podjęły inicjatywę i same zgłosiły się do poradni. Ludźmi w wieku dorosłym nikt się już właściwie nie przejmuje. Byłam ciekawa, co skłania ich do podjęcia procesu diagnostycznego, jak go oceniają i co to zmieniło w ich życiu.

Poznajcie więc 21 uczestników ankiety - 12 kobiet i 9 mężczyzn. Grafikę przygotowałam specjalnie na potrzeby artykułu. Twarze dobrane są całkowicie losowo i niekoniecznie przypominają prawdziwych uczestników. Chciałam jednak, żebyście widzieli ich jako żywe osoby, nie tylko anonimowe numerki.

Liczby podane pod imieniem (lub ksywą) oznaczają kolejno wiek obecny oraz wiek w trakcie diagnozy. Przy okazji zastanawiam się, czy Ziuta podała prawidłowe dane - różnica wieku jest duża, do tego 24 lata temu praktycznie nie diagnozowano dorosłych w kierunku autyzmu, nie istniała też taka jednostka jak ZA. Być może miało to być 45/41 lub 25/21. Ziuto, jeśli to czytasz, odezwij się - ewentualne poprawki nie są problemem.

 

 

 

 

 

A teraz będzie to, co lubimy najbardziej, czyli trochę statystyki. Nasi bohaterowie to ludzie około trzydziestki z diagnozą zrobioną mniej więcej 3 lata temu. To wystarczająco dużo czasu, żeby zastanowić się nad sensem diagnozy i wystąpić o ewentualne orzeczenie o niepełnosprawności. Piątka ankietowanych zdecydowała się na ten krok - co im to dało, dowiecie się później. Póki co, możecie podziwiać strukturę wiekową. Mam nadzieję, że wszystko jest zrozumiałe. Jeśli nie, to zajrzyjcie tu: średnia, mediana, ale po co dwie wartości.

Na pewno już widzicie, że kobiety są nieco starsze od mężczyzn. Od siebie jeszcze dodam, że wszystkie rozkłady są prawostronnie skośne, czyli zjeżdżają z lewej strony na prawą. To znaczy, że młodszych osób było trochę więcej.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Co właściwie skłania dorosłych ludzi do robienia sobie diagnozy, która w dorosłym wieku jest mało użyteczna? Zwykle jest to po prostu ciekawość. Ludzie, którzy przez całe życie byli inni, znajdują prawdopodobną przyczynę swoich problemów i idą ją potwierdzić. Część z nich jest po prostu inna, część ma poważne problemy z codziennym życiem. Czasem leczą się już na coś innego, np. depresję lub nerwicę i w końcu ktoś wpadnie na pomysł, że prawdziwa przyczyna leży w ASD. Część uczestników ma autystyczne dzieci i specjaliści podczas wizyt zauważyli, że ten autyzm nie wziął się znikąd - rodzice też są jacyś dziwni.

No to po co ludzie robią sobie te diagnozy? Najlepiej jak sami powiedzą.

 

Marzą mi się studia i praca zgodna z zainteresowaniami, dalszy rozwój w ich obrębie. Bez żadnego wsparcia (głównie w organizacji, indywidualnego trybu nauczania) nie jestem w stanie skończyć studiów. Z diagnozą, w kraju, w którym obecnie mieszkam (UK) otrzymam takie wsparcie.  
- Marta

 

Częściowo wymuszona ze strony partnerki. Bezpośrednią przyczyną były problemy we wzajemnym porozumieniu, ewidentne problemy z rozumieniem innych, anomalie w zachowaniu (podobno, według mnie zachowuję się OK ;) )
- Master/Pentium

 

Wspomniane inne zaburzenia:

Jak już się dostałam w łapy psychologów z powodu ADHD to przy okazji powiedziano mi, że spełniam większość kryteriów ZA. Zawsze czułam że jestem inna, ale traktowałam to mocno z przymrużeniem oka - nie miałam też z tego powodu problemów. Jednak diagnozę doceniam - wyjaśniła wiele i pozwoliła poukładać niektóre rzeczy w mojej głowie. 
- Mary

 

- po to, żeby wreszcie dowiedzieć się, co jest ze mną nie tak i przestać mieć do siebie pretensje,
- po to, żeby wyjaśnić, dlaczego mam depresję, bo w diagnozę depresji endogennej nigdy nie wierzyłam (w schizoidalne zaburzenie osobowości też nie) - diagnozę dostałam 15 lat temu i od tamtego czasu leczę kolejne "epizody",
- po to, żeby dobrać odpowiednią dla mnie terapię - do tej pory chodziłam na terapię psychodynamiczną, z której niewiele wynikało,
- po to, żeby choć trochę zmniejszyć własne oczekiwania wobec siebie i dostać dowód na to, że pewnych rzeczy nie da się zmienić,
- po to, żeby ktoś potwierdził, że moje przypuszczenia są słuszne
- Reckless Sleeper

 

Albo desperacja:

By nie umrzeć.
- Łukasz

 

 

 Susan Boyle całe życie była inna, jednak diagnozę ZA dostała dopiero niedawno.

 

 

 

 

Zapytałam się uczestników, kto uczestniczył w ich diagnozie. Odpowiedzi mnie zaskoczyły. Zawsze myślałam, że standardem jest rozmowa z pacjentem oraz z jego bliskimi, o ile jest to możliwe. Tymczasem okazało się, że nie jest to wcale takie oczywiste, właściwie to nawet mniejszość. Sporo osób zostało zdiagnozowanych bez swojego własnego udziału. Sami zobaczcie:

 

 

 

 

 

Sam proces diagnostyczny badani oceniają raczej dobrze - jest to 3,7 punktów w skali 1-5. Jedynka oznaczała to był jakiś koszmar, natomiast piątka było wspaniale. Uważam, że 3,7 to niezły wynik i cieszę się, że specjaliści przyjaźnie do was podchodzą.

Zobaczmy więc konkretne wypowiedzi dotyczące wrażeń po diagnozie.

 

Niektórzy po prostu lubią takie rzeczy:

Bardzo lubię takie rozmowy.
- Siegfryd

Bardzo spokojnie i ciepło, nawet pozwolili mi samemu sprawdzić test z czytania twarzy (co sprawdziłem źle, wyszło dużo lepiej niż przy moim sprawdzianie).
- Paweł

 

Niektórzy narzekają na drobne niedogodności:


Długo to trwało - w sumie 4 pełne dni, od rana do późnego popołudnia (15-17).
- M


Przesympatyczna młoda i energiczna terapeutka, bardzo fajna rozmowa na poziomie. Niestety następnego dnia po diagnozie musiałam jeszcze wypełnić dość schematyczne testy w ramach formalności.
- Szarosen


Pójście do psychiatry było dość stresujące, oswojenie się z diagnozą też problematyczną. Lekarz całkiem fachowy. Drugie podejście u psycholożki/psychoanalityka. IMHO to była kosztowna i mało efektywna rozmowa.
- Master/Pentium

Na końcu nie wiedziałem, czy się nabijają czy nie.
- Siergiej

 

Pozostali mają dużo do powiedzenia:

 

Jeżeli diagnoza jest słuszna w moim wypadku, to jestem bardzo wysoko funkcjonujący, jednak chyba nadal wpisujący się w podejście Tony'ego Attwooda (przynajmniej całkiem pasowałbym w przeszłości). Wydaje mi się, że takie podejście ma również fundacja Synapsis. Mam wrażenie, że gdyby okazało się, że nic mi nie jest albo mam coś innego, to również okazaliby mi jakieś wsparcie i pomogli szukać dalej. Wkurzały mnie u nich tylko drobne problemy organizacyjne, z drugiej strony takie fundacje raczej nie mają lekko.
- Statsfucker


Odniosłam wrażenie, że mam do czynienia z kompetentnymi ludźmi, zupełnie nieprzystającymi do panującej w Polsce opinii o psychologach. Przez cały proces ani razu nie zostałam potraktowana jak debil - zresztą ci ludzie stale podkreślają, iż wg nich ASD nie jest upośledzeniem, lecz innym stylem myślenia. Przesłuchiwano moją wieloletnią partnerkę, analizowano też obszerny kwestionariusz, który wypełniałam ja, ona (pytania dot. funkcjonowania w dorosłości, opisy moich porażek na każdym polu) oraz moja mama (pyt. dot. dzieciństwa/niemowlęctwa). Diagnozowałam się jednak w UK, to pewnie zmienia postać rzeczy.
- Marta


Zaskoczyło mnie bardzo, że na ZA można dostać orzeczenie o niepełnosprawności.
Niestety, wiele osób uznaje ZA za ciężką niepełnosprawność, więc albo ktoś mnie traktuje jak niedorozwiniętego człowieka (jeśli się dowie), albo twierdzi że ja wcale żadnego ZA nie mam, bo ma inny obraz Aspergera.
- Mary

Rozmawiałam z bardzo rozumiejącą, aczkolwiek mocno sceptyczną psycholożką (dziwiła się np. że dość dużo mówię...). Wydaje mi się, że i tak dobrze trafiłam, bo osoba była zaznajomiona z genderowymi różnicami, jeśli chodzi o cechy charakterystyczne wynikające z ASD. W dodatku nie była homofobką - zgodziła się, żebym na drugie spotkanie przyszła z moją byłą partnerką, która zna mnie najlepiej. Poradziła mi, na jaką terapię najlepiej pójść, co też zrobiłam i na razie jestem zadowolona.
- Reckless Sleeper

 

 

 Jeden z plakatów organizacji Asperger East Anglia.

 

 

Niewielka część osób postanowiła wyrobić sobie orzeczenia o niepełnosprawności. Jedna miała je już z innego powodu, natomiast cztery udały się na komisję i otrzymały stopień umiarkowany (chyba obecnie standard przy ZA). Dwie osoby poszły na komisję same, a dwóm pozostałym towarzyszyli rodzice.

Oceny pojawiły się wszystkie możliwe - na pięć osób każda dała inną w skali 1-5. Najwyższą ocenę dał Siegfryd, który musi być niezłym optymistą - podobała mu się zarówno diagnoza, jak i komisja. M natomiast odniósł wrażenie, że komisję interesowały tylko papiery, bo prawie nie zadawali pytań.

Do czego dorosłemu Aspikowi potrzebne jest orzeczenie? Zobaczmy:

  • Ułatwienia w założeniu/prowadzeniu działalności, dostęp do  środków UE.
  • Dofinansowanie do studiów, bez którego nie mogłabym już studiować.
  • Żeby dostać pracę w zakładzie pracy chronionej.
  • Może pomóc w wielu sprawach, jak np. praca, przystosowanie miejsca pracy, stypendium itd.

 

 

  Na górze przypuszczenia, na dole potwierdzone.

 

 

Co zmieniło się po diagnozie? Sześć osób odpowiedziało, że nic. Spodziewałam się, że będzie ich więcej, ponieważ utarło się, że diagnoza w wieku dorosłym nic nie daje poza informacją.

Dla niektórych jednak ta informacja jest bardzo ważna.

Lepiej mi. Teraz już wiem dlaczego myślę inaczej, dlaczego nie mam znajomych, dlaczego nie rozumiem ludzi. Wreszcie wiem kim jestem...
- Katarzyna

 

Mam więcej luzu dla siebie, mniej się spinam w różnych sytuacjach, bardziej siebie rozumiem. poza tym różne moje zachowania stały się dla mnie samej bardziej racjonalne - skoro mam ASD, przestają być "dziwne".
- Reckless Sleeper

 

Zaakceptowałem się dużo bardziej niż do tej pory. Wiele problemów, które do mnie nie docierały nagle zaczęło mieć sens. Szukam rozwiązań dla problemów, korzystam z pozytywnych elementów AS.
- Paweł

 

Poukładałam sobie w głowie wiele rzeczy i wydaje mi się, że lepiej umiem się zachować wśród ludzi odkąd zdałam sobie sprawę, z czego mogą wynikać moje dziwne zachowania.
- Mary

 

Rozumiem teraz, że pewne moje zachowania nie są przypadkowe, a należą do konkretnego repertuaru. Poczucie, że to zostało zidentyfikowane, nazwane i opisane sprawia, że lepiej znam siebie i jestem bardziej przewidywalna - dla siebie samej i osób w moim otoczeniu. Diagnoza usprawniła komunikację z bliskimi.
 - Olga

 

Uzyskałam spokój. Wcześniej cały czas zastawiałam się, co ze mną nie tak i jak to zmienić. Czułam się jak dziwoląg - jedyny we wszechświecie, któremu nie można pomóc i z którym nikt tak naprawdę nie wie, co się dzieje i na co choruje. Diagnoza pomogła mi się z pogodzić z pewnymi rzeczami - po prostu mój mózg działa inaczej i pewnych rzeczy nie zmienię, Jestem nadwrażliwa na zmiany światła - teraz wiem, że to nie nerwica, więc nie ma co z tym walczyć, po prostu pewne bodźce zmysłowe odbieram mocniej niż inni. To tylko mój mózg, działający trochę inaczej, ale NORMALNY. I już :) Dałam sobie z tym spokój i łatwiej mi się żyje.
- Janina

 

Zmiana świadomości z "jestem zerem, świrem, debilem" na "mam zespół Aspergera".
- Mia

 

 

Niektórzy uzyskali pomoc...

 

Obecnie mam dostęp do wsparcia w zaplanowaniu dalszego rozwoju (sensowna praca, studia), wsparcia psychologicznego i ogólnego uporządkowania codziennych aktywności.
Zakładam też, że diagnoza będzie dla mnie dużą pomocą w doprowadzeniu studiów do końca.
Dodatkowo, wcześniej mogłam sobie jedynie gdybać na temat podłoża moich problemów. Teraz, gdy zostało to potwierdzone przez zespół specjalistów (choć nigdy nie można mieć pewności), odpuściłam sobie trochę. W sensie - ulżyło mi i spadła ze mnie część ciężaru. Jest nadzieja, że nie skończę pod mostem. Poza tym, jestem już kurewsko zmęczona "próbowaniem" i miło mi, że nie zostaję z tym sama.
- Marta

 

Chodzę na terapię behawioralną, dzięki której wróciłam na studia, zaczęłam realizować własne plany i ogólnie zmieniło się więcej, niż się spodziewałam - zdecydowanie na plus. Całkowicie też przestałam wstydzić się swoich różnych "dziwactw", których wcześniej nie rozumiałam.
- Szarosen

 

Mam kontakt z fundacją i jednak jakieś wsparcie od niej w razie potrzeby. Mam też papier, ale nie chcę go nigdy wykorzystywać do czegokolwiek.
- Statsfucker

 

Dzięki diagnozie zmieniło się podejście terapeutów do prowadzonej ze mną terapii zaburzeń lękowych społecznych. Moja obecna terapeutka stara się tłumaczyć mi sytuacje społeczne i dopiero wtedy zastanawiamy się, co powoduje u mnie zdenerwowanie. Dowiedziałam się też, że to ja mam wyczulone zmysły, a nie inni ludzie mało wrażliwi.
- Agnieszka

 

...a u innych po prostu...

Rodzinka mi się uspokoiła.
- M

Bo najważniejsze to mieć w domu spokój! Jeeee!

 

 

 

 

Na koniec zapytałam uczestników, czy gdyby mogli cofnąć się w czasie, poszliby jeszcze raz na diagnozę. Większość odpowiedziała, że tak. Cztery osoby nie były pewne - może spodziewały się większych zmian w swoim życiu? Tylko jedna osoba odpowiedziała nie.

Jeśli podejrzewacie u siebie Aspergera i rozważacie diagnozę, to z przeprowadzonych przeze mnie minibadań wynika, że warto to zrobić. Jeśli nawet nie nastąpi cudowne objawienie ani nie pojawią się nowe możliwości, to świadomość przyczyny swoich problemów wydaje się być bezcenna.

 

 

 

niedziela, 11 października 2015

 

Jakiś czas temu Foch linkował do mnie. Dzisiaj ja linkuję do nich - jakiś czas temu przeczytałam u nich o komiksie Czarne fale. Postanowiłam zdobyć egzemplarz, bo lubię różne edukacyjne materiały, a poza tym temat depresji bezpośrednio mnie dotyczy. Właściwie wszyscy Aspi, z którymi się zetknęłam, mieli depresję i/lub myśli samobójcze. Niekoniecznie aktywne, bo u części należało to już do przeszłości. W każdym razie można powiedzieć, że przy wyżej funkcjonującym autyzmie depresja jest wliczona w pakiet. Nie wiem, jak to wygląda w grupie niżej funkcjonującej, ale podejrzewam, że też łatwo nie mają.

Ludzie często myślą, że ci inni-niż-wszyscy są inni z wyboru. Wielokrotnie spotkałam się z opiniami, że jestem taka dziwna, bo pragnę być alternatywna i oryginalna, wywyższam się, jestem niewychowana albo po prostu wredna i złośliwa. Nigdy nie chciałam być alternatywna ani wredna, chciałam po prostu mieć spokój, ale wychodziło dokładnie na odwrót.

Ludziom wydaje się, że depresję także ma się z wyboru i w każdej chwili można z niej zrezygnować. A w ogóle to nie jest żadna choroba, żadne zaburzenie, wystarczy po prostu wziąć się w garść i szeroko uśmiechnąć.

A gówno, proszę państwa, wielka gówno prawda.

Lubię ten obrazek, pokazuje absurd ludzkich odzywek.

 

 

 

 

 

 Czarne fale zostały narysowane przez faceta, który sam zmagał się z depresją. Zalewanie postaci przez wielkiego, czarnego gluta uważam za trafione - też czułam się mniej więcej w tym stylu. Pamiętam jeszcze bardzo silne pragnienie, żeby wchłonął mnie jakiś czwarty wymiar i zabrał mnie z tej rzeczywistości. No i oczywiście standard: zasnąć i się nie obudzić. Moje sny zniknęły, po prostu urywał mi się film na parę godzin. A potem jednak oczy się otwierały i znów pojawiało się to cholerne uczucie, że jednak dalej żyję - no i po co, pytam się? Dlaczego nie umarłam? Po cholerę mi to wszystko?!

 

 

 

 

Scenariusz komiksu jest dość standardowy - bohater wpada w depresję, uświadamia to sobie dzięki przyjaciołom, trafia do psychiatry, bierze leki, chodzi na terapię i żyje długo i szczęśliwie. Króciutko i optymistycznie.

Ale może książeczka i akcja z nią powiązana uświadomi dorosłym, że dzieci i nastolatki także mogą cierpieć na depresję. Zabawne, że oni w ogóle nie pamiętają samych siebie te dwadzieścia lat wcześniej. Wydaje im się, że ludzie bardzo młodzi nie mogą mieć problemów, najwyżej banalne smuteczki. No bo dzieciństwo to taki czas zabawy i beztroski, hahaha.

Tak nie jest. Nawet, jeśli jesteś młody, możesz czuć się jak ostatnie gówno i pragnąć śmierci. Jeśli w dodatku masz ASD, to szanse na depresję rosną - nie rozumiesz ludzi, nie masz znajomych, a w szkole jesteś obiektem żartów. Nie tylko ze strony dzieciaków, nawet dorośli cię nie znoszą i nieraz gnoją.

 

 

 

 

 

Podoba mi się, że w książeczce pokazano brak siły bohatera do czegokolwiek. Kiedy masz depresję, czujesz się jak rozwalony na milion kawałków i pragniesz po prostu zdechnąć, rozpłynąć się w niebycie. A tu jeszcze każą ci wstawać, robić jakieś bezsensowne zadania i jeszcze bredzą o wzięciu się w garść. Kurde, człowieku, nie widzisz, że chodzę na automacie? Chcę zniknąć, nie brać się w garść! Przywalić ci?

Pisałam już, że w wieku dziesięciu lat chciałam się już zabić. W wieku szesnastu lat przestałam żyć tam w środku i było mi już po prostu wszystko jedno. Szkoła to jakieś gówno i strata czasu. Można pochodzić po torach ze słuchawkami. Nie ma znaczenia, czy wpadnę pod pociąg - jak wpadnę, to trudno. I tak już nie żyję. Zjem wszystkie tabletki, jakie znajdę i zapiję wódą - może nie wstanę już więcej, ale czy to ma znaczenie? Nawet lepiej.

Mówią, że objawy ASD ustępują z wiekiem. To prawda, ale to zanikanie objawów nie postępuje liniowo. Duże załamanie jest właśnie w okresie nastoletnim. Człowiek zaczyna już zdawać sobie sprawę, że jest zjebany i jak bardzo się różni, ale jeszcze nie umie sobie z tym poradzić. Nie ma doświadczenia, nie ma strategii na kompensację, rówieśnicy stają się jacyś dziwni... Nie jest łatwo.

 

 

 

 

 

 

Obrazek powyżej to jedyny, który pokazuje bohatera po rozpoczęciu terapii. Fajnie, że napisali, że świat nie staje się piękny a życie proste, ale mogli to nieco bardziej rozwinąć. Robi się z tego trochę bajeczka.

Ciekawe jest to, że główny bohater ma na imię Dominik - tak samo jak bohater Sali samobójców oraz rzeczywisty chłopak, który niedawno popełnił samobójstwo. Ale inna sprawa, że jest to ostatnio popularne imię.

Trwa nagonka na chamskie komentarze w internecie. Ktoś lub coś musi być przecież winny. Za moich szkolnych czasów internetu nie było, więc winę zrzucano na telewizję, muzykę, Pokemony i Bravo. Chamstwo i dręczenie było jednak takie samo. Było bicie, wyzwiska, szkalująca twórczość. Były dzieciaki, które się zabijały. Tylko nie było to aż tak bardzo nagłaśniane w mediach.

Śmieszą mnie artykuły tego typu. To szukanie problemu na siłę. Też byłam wyzywana od pedałów, downów i Korkich. Imigranci i in vitro nie byli wówczas w modzie, ale dzieciaki sobie zawsze coś znajdą. Można nawet wyśmiać, że ktoś nosi majtki. Tak, dobrze czytacie - haha, Kasia nosi majtki, ale śmieszne. W ostateczności można wyzwać kogoś innego po prostu od Kaś - to imię to synonim zjebstwa. Niepotrzebni tu imigranci ani pedały.

Jest jednak taka różnica - w czasach bez internetu wyzwiska kończyły się po szkole. W domu człowiek dręczony miał spokój. Obecnie chamstwo wpełźnie mu przez kompa. Pokażę wam z czym mniej więcej mogą się zetknąć wasze dzieciaki. Parę dni temu zauważyłam dużo wejść z pewnego adresu. Kliknęłam i trafiłam na jakieś dziwne forum dla gimbazy. Ostrzegam, jest to obrzydliwe i dlatego nie wkleiłam tego jawnie: klik.

Gdybym była w wieku nastoletnim, kiedy szkoła i rówieśnicy są całym światem, to pewnie bym się bardzo przejęła. Obecnie mam wywalone na takie rzeczy, bo mam już inne priorytety. Ale czytają mnie głównie rodzice, więc uznałam, że to świetny materiał edukacyjny.

 

 

 

 

 

 

Wracając do głównego tematu: mówienie o depresji stało się ostatnio trochę modne. Powstają takie akcje jak właśnie Czarne fale czy książka Twarze depresji. Trzy lata temu mówiła i śpiewała też na ten temat Maria Peszek. Rok temu Justyna Kowalczyk. Spotkałam się ze stwierdzeniami, że gwiazdy nie mają depresji, bo są znane i mają dużo kasy. Albo że ludzie mówiący o swojej depresji to oszuści szukający uwagi, bo prawdziwie zdołowany człowiek o tym nie mówi. A bo ja znałem takiego chłopaka i on nic nie gadał, tylko pewnego dnia po prostu się zabił, bla bla bla.

Cóż, gdybym się zabiła te dziesięć lat temu, to już nie mogłabym o tym mówić. Martwi głosu nie mają. Ale jakoś przeżyłam, wcinam magiczne tabletki i mogę tutaj opowiedzieć jak to jest. Po to właściwie jest ten blog - żeby dzieciaki młodsze ode mnie mogły uniknąć pewnych błędów. Żeby rodzice, nauczyciele i psychocosie wiedzieli, na co zwrócić uwagę. W sumie, kiedy to piszę, to pojawia się taka myśl, że dla mnie już za późno na cokolwiek i mogę najwyżej przestrzegać innych. Ychhhhhh...

 

 

 

----

 

Dodatek

Niezdiagnozowany Sysadmin zmienił niedawno status na Zdiagnozowanego Sysadmina. Z tej okazji następny wpis będzie o diagnozach ASD wśród dorosłych. Jakiś czas temu zamieszczałam ankietę - jeśli ktoś jeszcze jej nie wypełnił, to ma ostatnią szansę.

 

 

 

czwartek, 24 września 2015

 

Moi czytelnicy ciągle domagają się wpisu o Lisberth Salander. Zwłaszcza po niedawnej notce pokazało się ogromne rozczarowanie, że to jednak nie o Lisbeth. No bo ona jest super, być może ma Aspergera i w ogóle jesteście podobne do siebie, blablabla...

Już wcześniej słyszałam porównania do Lisbeth, chociaż nie mamy ze sobą zbyt wiele wspólnego. Różni nas wygląd, zachowanie, przebieg życia i zwyczaje. Nie jestem też fanką tej postaci (chociaż serię Millennium bardzo lubię) i niespecjalnie bym chciała, żeby weszła mi do domu. Kojarzy mi się z żulicą.

Przygotowałam tabelkę, w której możecie zobaczyć podobieństwa i różnice między Lisbeth a moją zamulaszczą osobą. To tak w ramach ciekawostki - dalej już będę rozważać ewentualne ASD u bohaterki Millennium.

Specjalnie nie użyłam zdjęć z filmów, ale z sesji anonimowych osób przebierających się za Lisbeth. Pierwsze wybrałam ze względu na typ urody charakterystyczny dla rudych osób, drugie natomiast pokazuje niską i chudą osobę. Jedynie wersja z Irene Nesser pochodzi z filmu, bo jeszcze nikt się za nią nie przebrał (albo przynajmniej nie wstawił zdjęć do internetu).

 

 

 

 

 

Jestem na tak

Głównym powodem, dla którego Lisbeth jest określana jako osoba z zespołem Aspergera, jest to, że ostatnio jest moda na klasyfikowanie w ten sposób wszystkich inteligentnych i mało towarzyskich osób. Salander jest inteligentna, myśli w sposób analityczny, potrafi się też zafiksować na konkretnym temacie i intensywnie go zgłębiać.

Potrafi udzielać się społecznie, ale głównie w internecie, gdzie organizuje kolejne akcje z Republiką Hakerów. Na żywo jest osobą raczej wycofaną i małomówną. Nie umie się zaangażować emocjonalnie ani towarzysko. Jeśli zadaje się z ludźmi, to w konkretnym celu - przebywanie w czyimś towarzystwie nie sprawia jej przyjemności. Nie jest również zainteresowana dotykiem ani bliskością.

Taka właśnie jest - zimna, zamknięta w sobie i wredna.

 

 

 

 

 

Jej wygląd natomiast pasuje do wizerunku ekscentrycznego odludka i świra. Skąd wiem? Kiedy pewna czytelniczka bloga poznała mnie na żywo, była mocno rozczarowana. Prawdziwy zjeb powinien mieć kolorowe, postawione włosy, ostry makijaż i rzucające się w oczy ciuchy. Ja tak nie wyglądam, ponieważ zwyczajnie nie daję rady utrzymać stylu i dobierać sobie ciuchów. Po prostu męczy mnie pilnowanie wyglądu. Niezbyt też zależy mi na rzucaniu się w oczy.

Lisbeth ma inaczej. Dopasowała swój styl do stereotypu dziwaka, społecznego wyrzutka i czystego zła. Kupuje punkowe ubrania, nosi ćwieki i ostry makijaż. Ma kolczyki w różnych częściach ciała, zrobiła też sobie kilka tatuaży, w tym jeden na całe plecy. Czytałam gdzieś, że może być to forma ostrzeżenia - uwaga, nie podchodź, trzymaj się z dala ode mnie. Taki sam cel ma kontrastowe ubarwienie os - pokazuje otoczeniu, że obiekt jest niebezpieczny i będzie gryzł. A Lisbeth jest przecież Osą (Wasp).

Konsekwentnie trzyma się swojego stylu, przez co jest bardzo łatwa do zauważenia i zapamiętania. Trochę tego nie rozumiem, bo gdybym była groźną hakerką i ukrywała się przed policją i/lub różnymi przestępcami, to starałabym się wyglądać możliwie nijako.

Lisbeth jest ekscentryczna, zamknięta w sobie, ma problemy z emocjami i zajmuje się hakerstwem. Ma fotograficzną pamięć i doskonale radzi sobie z matematyką. Idealny model zespołu Aspergera, nieprawdaż?

 

 

 

 

 

No ale z drugiej strony...

Jestem na nie

Kiedy pierwszy raz przeczytałam Millennium, rzuciła mi się w oczy łatwość, z jaką Lisbeth potrafi analizować ludzi i ich zachowania. Potrafi przewidzieć ich reakcje i zachować się tak, by osiągnąć swój cel. Nie jest to łatwe dla osoby ze spektrum. Wręcz przeciwnie - jest to cholernie trudne. Mówię to jako ktoś, kto interesuje się psychologią, socjologią i socjotechniką jako sztuką przetrwania w neurotypowym świecie. Moim znajomi z ASD, którzy są kompletnie niezainteresowani zagrywkami socjotechnicznymi, radzą sobie z ludźmi jeszcze gorzej.

Uważam, że treningi umiejętności społecznych są kluczowe w autyzmie. Nie tylko podstawowe umiejętności, ale także socjotechnika dla nastolatków i dorosłych. Wiedza w tym zakresie jest bardzo potrzebna, chociaż mistrzem manipulacji porywajacym tłumy nigdy się z autyzmem nie zostanie.

Jeśli Lisbeth ma ZA, to musiała bardzo długo i intensywnie trenować umiejętności społeczne. Tymczasem ona swoją młodość spędziła albo na ulicy, albo w zakładzie zamkniętym.

Pisałam już kiedyś, że gdybym chciała zdobyć narkotyki lub fałszywe dokumenty, to nie wiedziałabym gdzie i musiałabym wyprodukować je sama. Z autyzmem jest bowiem taki problem, że bardzo trudno nawiązać jakiekolwiek znajomości. Lisbeth natomiast nie ma z tym problemów. Owszem, nie jest towarzyska, ale ma swoje wtyki gdzie trzeba i wie kogo zagadać.

Zmiana tożsamości jest dla niej bardzo prosta. Potrafi ot tak sobie zostać Irene Nesser lub Monicą Sholes i załatwiać interesy w szwajcarskim banku. Doskonale wie jak się zachować i nie zrobić żadnej wpadki. Dla mnie kosmos.

 

 

 

 

 

Lisbeth ma totalnie gdzieś normy społeczne i autorytety, co pasuje zarówno do spektrum autyzmu, jak i do psychopatii. Różnica jest taka, że osoby autystyczne nie potrafią tego wyczuć, natomiast psychopaci potrafią, ale gardzą tym wszystkim lub wykorzystują do swoich celów.

Z ostatniej części serii, Co nas nie zabije, dowiadujemy się, że Camilla Salander, siostra bliźniaczka Lisbeth, jest psychopatką. Ich sposoby działania się różnią, ale obie siostry są pozbawione empatii, okrutne i skłonne do manipulacji. Żadna z nich nie ma wyrzutów sumienia ani oporów przed zabijaniem, a ludzie służą im wyłącznie do osiągania własnych celów.

Postać Camilli ma duże znaczenie w mojej diagnozie, ponieważ psychopatia ma podłoże genetyczne. Jeśli jedna siostra ma odmiennie działający mózg, jest spora szansa na to samo u drugiej. Zresztą Aleksander Zalaczenko i Ronald Niedermann też nie grzeszą empatią, więc zapewne całej rodzinie trafiły się psychopatyczne geny.

Jest tylko jedno, za to bardzo duże ALE. Lisbeth ma własny kodeks moralny i zasady, których przestrzega. Może te zasady nie zawsze zgadzają się z normami społecznymi, ale nie zgadzają się także z modelem psychopatii. Ludzie z tym zaburzeniem nie mają bowiem kodeksów moralnych ani swojej porąbanej etyki. Dla nich najważniejsze są własne korzyści i nic więcej. Lisbeth natomiast działa w imię jakiegoś dobra i generalnie ma misję ratowania świata. Może niekoniecznie robi to zgodnie z prawem, ale ma dobre intencje.

Pamiętajmy też, że sam Hans Asperger nazwał odkryte przez siebie zaburzenie psychopatią autystyczną. Ludzie z ASD z reguły nabijają dużo punktów w psychopatycznej skali. Sama uzyskałam wysoki wynik Pd w teście MMPI-2, chociaż dupa ze mnie, nie manipulator - mam problemy nawet z reklamacją butów w sklepie.

 

 

 

 

 

To była moja własna analiza postaci Lisbeth Salander. Jeśli chcecie poczytac coś bardziej profesjonalnego, to polecam książkę The Psychology of the Girl with the Dragon Tattoo: Understanding Lisbeth Salander and Stieg Larsson’s Millennium Trilogy. A jeśli ktoś jest zainteresowany zagadnieniem empatii, czy raczej jej braku, to polecam opisywaną już tu przeze mnie książkę Teoria zła. O empatii i genezie okrucieństwa. Jedna z moich czytelniczek zwróciła mi uwagę, że książka ta ukazała się już w języku polskim. Dzięki wielkie, obczaję w księgarni.

A co wy sądzicie? Czy Lisbeth Salander jest dla was Aspijką, czy bardziej psychopatką?

 

 

 

 

piątek, 11 września 2015

 

Moja poprzednia notka opowiadała o tym, że prawdopodobnie jestem osobą z hipermnezją. Dla przypomnienia: jest to zaburzenie pamięci polegające na tym, że osoba nim dotknięta pamięta ze szczegółami całe swoje życie. Zjawisko to może występować podczas hipnozy, pod wpływem narkotyków lub w chwili zagrożenia życia (całe życie przeleciało mi przed oczami). Niewielka część ludzkości ma dostęp do wszystkich swoich wspomnień bez wspomagaczy.

Możliwe, że należę do tego nielicznego grona. Nie zostało to potwierdzone oficjalnie - ale jeśli czyta to jakiś neurocoś, to dam sobie przeskanować mózg, wystarczy poprosić. W każdym razie na pewno mam ekstremalnie dobrą pamięć, co potwierdzi każdy, kto zna mnie trochę lepiej osobiście.

Kiedy szukałam informacji o hipermnezji, znalazłam wypowiedzi różnych ludzi ze standardową pamięcią. Zastanawiali się oni, jak to jest cierpieć (w męczarniach) na hipermnezję. Postanowiłam więc zrobić notkę uzupełniającą do poprzedniej. Będzie ona w podobnym stylu co moja książeczka. Różnica jest taka, że ASD mam potwierdzone, natomiast sawantyzm pamięciowy niekoniecznie. No ale Wanderratte też pisze o ASD bez potwierdzenia.

Na pewno dowiecie się jak żyje osoba, która pamięta niemalże wszystko - nieważne czy faktycznie jest to już hipermnezja, czy jednego punktu zabrakło.

 

 

 

 

Cytaty pochodzą z różnych zakątków internetu.

 

1. Ale po co sobie mózg zaśmiecać?


Moim zdaniem to tak jakby zaśmiecać pamięć komputera zbędnymi plikami. Pewnie on sie z tym źle czuje, bo jak się za dużo pamięta to taki natłok myśli może na dłuższą metę nie być zdrowy. Ciekawe czy czasem boli go głowa przez to, że pamięta różne szczegóły.

Ludziom chyba się wydaje, że można wybrać sobie, co się zapamięta. Przypomina mi to odzywkę dresików w autobusie, którzy po zwróceniu uwagi na odtwarzanie muzyki z komórki, odpowiadają: Nie podoba ci się, to nie słuchaj.

Cóż, nie da się przestać słyszeć na zawołanie. Chyba, że nosimy aparat słuchowy, ale to już inna sprawa. Pamięć działa podobnie - nie wybieramy, co zapamiętamy i nie możemy wykasować sobie wspomnień na życzenie. To, co widzieliśmy, już się nie odwidzi.

Głowa na pewno nie boli od dobrej pamięci. Jeśli ktoś tak miał od zawsze, to jest to dla niego stan normalny. Ja do niedawna myślałam, że ludzie wokół mnie są upośledzeni lub leniwi. No bo jak tak można nie pamiętać różnych wydarzeń? Co to w ogóle za życie? Nie boli was głowa od tego?

 

2. Czy hipermnezja to dar, czy przekleństwo?

Standardowe pytanie we wszystkich artykułach, forach i programach telewizyjnych. Jak dla mnie jest ono dziwne. Ja swoja pamięć postrzegam jako dar - mogę sobie powspominać, przeanalizować różne sprawy, cofnąć się dwadzieścia lat wstecz i opowiedzieć moim czytelnikom jak to jest być dzieckiem autystycznym. Moje wspomnienia są całkiem świeże i przydatne do użytku, więc z nich korzystam. A że niektóre bywają niemiłe lub żenujące? Takie jest życie. Nie wierzę, że standardowi (chociaż neurotypowi też tu pasuje, bo chodzi o ludzi typowych neurologicznie) pamiętają tylko dobre rzeczy.

Zależy jakimi wspomnieniami zapełnimy pamięć, ja bym chciała, można dobrą biografię napisać.

Niestety mało kto ma naprawdę ciekawe życie. Na to mamy niewielki wpływ. Dobra pamięć nie gwarantuje ciekawych wydarzeń, jednak jeśli już się wydarzą, to na pewno przydaje się przy spisywaniu wspomnień.

 

 

3. Czy hipermnezja to choroba czy zaburzenie?

Śmieszy mnie uznawanie wszystkiego co nietypowe za zaburzenie. W takim razie Usain Bolt też jest zaburzony, bo kto to widział, żeby tak szybko biegać?

Już prędzaj uznam ZA za zaburzenie, no bo jednak zaburza kontakty społeczne i odbieranie świata. Można jednak nauczyć się działania ludzi i wyćwiczyć potrzebne umiejętności, żeby skorygować braki. W przypadku ekstremalnie dobrej pamięci co można ćwiczyć? Zapominanie w stylu a teraz nie myśl o różowych słoniach? Bez sensu. 

Większość ludzi z hipermnezją nie wie jednak, że coś takiego w ogóle istnieje i żyje sobie w przekonaniu, że ma standardową lub trochę lepszą pamięć.

 

 

4. Czy hipermnezja dotyczy tylko ludzi z autyzmem?

Nie. Jednak ludzie z autyzmem częściej mają różnego rodzaju niesamowite zdolności.

 

 

 



 

 

5. Ciekawi mnie co się dzieje u takich osób przy spożywaniu dużych ilości alkoholu?

Ja pamiętam wszystko - no chyba, że stracę przytomność. Jeśli jednak jestem przytomna, to cały czas rejestruję swoje zachowanie i potem mogę wspominać, co za głupie rzeczy robiłam i/lub gadałam. Jakaś część mojego mózgu pozostaje trzeźwa i widzi wszystko, chociaż nie może kontrolować ciała. Na szczęście nie jestem fanką picia alkoholu i zdarza się to bardzo rzadko.

 

6. Czy hipermnezja pomaga w zapamiętywaniu innych rzeczy, np. materiału na klasówki?

Trochę tak, jeżeli pamiętasz jak nauczyciel wyjaśniał dane zagadnienie. Jednak hipermnezja polega na zapamiętywaniu swojego nudnego życia, nie treści czytanych książek. Te rzeczy są obsługiwane przez różne kontrolery w mózgu.

Ja wolałabym wiedzieć wszystko niż zapominać po napisaniu sprawdzianu.

Ludzie z hipermnezją nie wiedzą wszystkiego. Pamięć używana do nauki szkolnej (semantyczna) różni się od tej autobiograficznej. Jej sprawność może być zupełnie inna. Ludzie, o których czytałam lub oglądałam filmy, zazwyczaj uczyli się przeciętnie.

Ludzie, którzy zapamiętują kosmiczne ilości informacji, to raczej synesteci ze świetną pamięcią semantyczną. Ciekawym przypadkiem był Sołomon Szerieszewski.

 

7. Czy hipermnezja i pamięć fotograficzna to to samo?

Nie, to dwie różne rzeczy. Pamięć fotograficzna polega np. na zapamiętywaniu całych stron tekstu i odczytywaniu ich z obrazu zapisanego w głowie. Całkiem przydatna rzecz. Hipermnezja to natomiast szczegółowe pamiętanie własnego życia - mówiłam już, że to taki z dupy sawantyzm, bo o ile nie masz ciekawego życia, to rzadko kiedy ma się z niej realne korzyści.

Nieraz bywam posądzana o pamięć fotograficzną, jednak jest to błędne. Myślę obrazami, więc informacje w mojej głowie są zapisane w formie obrazów, ale nie mają fotograficznej dokładności. Nie umiem odczytać książki z obrazka w głowie. Taką umiejętność posiada natomiast Temple Grandin.

 

8. Czy hipermnezja przydaje się w pracy?

Gdybym była terapeutką dzieci z ASD, na pewno użyłabym swoich wspomnień. Myślę, że hipermnezja jest pożądana u terapeuty (jakiegokolwiek), ponieważ nie występuje zjawisko zapomniał wół jak cielęciem był.

Inne zawody, w których pamięć autobiograficzna może być przydatna, to np. reporter, podróżnik, pisarz lub gwiazda wydająca autobiografię. Zwykli pracownicy firm mogą też spróbować szantażować szefa.

 

 

 

 

 

 

9. Czy przy hipermnezji ciągle przeżywa się wydarzenia z przeszłości?

Tak, ale nie wygląda to w ten sposób, że cały czas odtwarza się w kółko film ze swojego życia od początku do końca. To nie jest tak, że wspomnienia cały czas wpadają do głowy i trzeba o nich myśleć. Nie trzeba. Jeśli skoncentrujesz się na czymś innym, to można omijać trudne chwile z przeszłości. Można zbudować sobie w głowie skrzynkę z demonami i nie zaglądać do niej. Ale jak już zajrzysz, to pamiętasz wszystko, absolutnie wszystko i to ze szczegółami.

Takie osoby np tą śmierć kogoś bliskiego nawet po 15 latach przeżywają tak samo jak tamtego dnia.

Nie do końca, bo emocje jednak opadają, chociaż to pewnie też zależy od konkretnej osoby. Moja skrzynka z demonami zawiera między innymi dręczenie w szkole. Kiedy o tym myślę, to nadal jest jakiś smutek, żal i gniew, ale nie taki jak piętnaście lat temu. Kiedy wspominam jakiś dzień, to widzę to wszystko z wyciszonymi emocjami - jakby nie wydarzyło się przed chwilą, ale np. miesiąc temu.

Myślę, że ludzie z hipermnezją mogą być bardziej skłonni do depresji, bo pamiętają wszystkie smutne i żenujące historie ze swojego życia. Nawet głupie wpadki, o których pozostali uczestnicy zapomnieli po tygodniu. Nawet idiotyczne pomysły z dzieciństwa. Jednak nie ma przymusu rozmyślania o tym wszystkim.

Pamiętam doskonale nieprzyjemne wydarzenia. Pamiętam też te całkiem przyjemne, kiedy np. przez jakiś czas miałam koleżankę lub kolegę. Przez jakiś czas, bo potem znienacka się im nudziłam i z dnia na dzień nie miałam znajomych. Pamiętam wszystkich ludzi spotkanych w przeszłości, którzy zapewne już zapomnieli o moim istnieniu. Nieraz pojawiają się w moich snach.

 

 

10. Jaki jest zakres pamiętanego czasu przy hipermnezji?

Zwykle jest standardowy, czyli mniej więcej od wieku szkolnego lub okresu dojrzewania. W moim przypadku zakres ten jest dużo szerszy, ponieważ mam ogromną ilość wspomnień od drugiego roku życia.

Korzyści z tego są takie, że mogę rozmawiać z ludźmi starszymi od siebie o dziesięć lub więcej lat i wspominać wydarzenia np. z lat 90. na tym samym lub nawet wyższym poziomie szczegółowości. Minusem jest to, że kiedy przypomną sobie ile mam lat, to często zarzucają mi, że nic nie pamiętam i rodzice mi opowiedzieli. Nawet jeśli dołożę do tego opowieść o tym, co robiłam w tym czasie i całą otoczkę widzianą z mojej perspektywy, to i tak kłamię.

Kiedy rozmawiam z rówieśnikami, to od początku uważają, że zmyślam, bo przecież człowiek tyle nie pamięta.

Kiedy matka opowiada jakieś (zwykle żenujące) historie z mojego dzieciństwa swoim znajomym, to często są one przekręcone. Ale jak tylko zacznę robić sprostowanie i opowiadać rzeczywistą wersję wydarzeń, to rozlega się tylko śmiech i komentarze starych bab a co ty tam pamiętasz, mała byłaś wtedy.

Aha, czyli własnego życia nie pamiętam. A spieprzajcie, upośledzie. 

 

11. Hehe, wszystkie kobity mają hipermnezję i potem wypominają chłopom zapomniane rocznice czegoś tam hehehehe.

To tak nie działa. Ja pamiętam daty różnych wydarzeń, np. czyichś urodzin, ale niekoniecznie pamiętam o złożeniu życzeń. Nie pamiętam o płaceniu rachunków i że mam zjeśc twaróg. Przypominacz w komórce przyda się każdemu.

 

12. Czy hipermnezja to nie tyle ekstremalnie dobra pamięć, co niezdolność do zapominania?

Można to tak ująć. Jak już wspomniałam w pierwszym punkcie - to, co widzieliśmy, już się nie odwidzi. Jak już wspomnienie się zapisze, to na amen. Nie da się zapomnieć, można najwyżej unikać tego tematu.

 

13. Czy hipermnezja jest połączona z obsesyjnością?

Oczywiście, bo różne wydarzenia ciągle powracają do głowy i to niekoniecznie w momencie, w którym byłoby to wskazane. Niekiedy bywa to natrętne i męczące. A kiedy ktoś opowiada przekręconą wersję wydarzenia, to po prostu TRZEBA to sprostować.

Obejrzałem film dokumentalny o hipermnezji i zacząłem myśleć "Co za fajni ludzie, byłoby miło kogoś takiego poznać". Wtedy przypomniała mi się moja była dziewczyna, która pamięta wszystko, co kiedykolwiek powiedziałem, nawet nie do końca i wygłasza do tego uwagi. Chyba już wiem, dlaczego cztery z pięciu osób z tego filmu nie mają dzieci.

A coś w tym jest.

Dorzucę jeszcze skłonność do prokrastynacji, bo ciągle coś nasuwa wspomnienia i trzeba koniecznie zacząć czytać na ten temat.

 

 

 

 

 

 

14. Jak wygląda połączenie hipermnezji z prozopagnozją?

Pamiętam różne wydarzenia, ale niekoniecznie ludzi biorących w nich udział. Psuje to okrutnie całokształt tej umiejętności.

 

15. Wykorzystanie bazy danych

Komentarz Zakładki:

Sytuacja w mojej kuchni: " Pamiętasz, jak w 197..." zaczyna mój Brat i tu mogę być pewna, że opisze kolor dywanu w mieszkaniu u państwa X, w którym chyba-bo ja nie pamiętam, że w ogóle -byliśmy w owym 197... przez pięć minut. A za chwilę okaże się, że nie pamięta o kartce na stole z trzema pozycjami zakupów koniecznych, które miał zrealizować aby powstał obiad, choć obecność kartki i jej przeczytanie ze zrozumieniem potwierdził maksimum pięć godzin wcześniej. W tym kontekście trudno mi się dziwić, że raczej nie przepadam za tego rodzaju 'sawantyzmem" prezentowanym przez trzech moich panów, z których jeden koncentruje się na "własnym nudnym życiu" a dwóch na wszelkich możliwych schematach konstrukcyjnych. W konsekwencji ja kupuję jajka i uszczelki oraz je wymieniam, choć aby to zrobić czytam schemat w wersji papierowej zamiast wyciągnąć go z pamięci. Taka pamięć jest "do niczego" bez narzędzia, takiego jak wyszukiwarki internetowe: dopiero umiejętność selekcji i nadawania wagi informacjom czyni jakąś wartość z bazy danych, jakakolwiek by ona nie była obszerna. Samo posiadanie takiej bazy to ot, ciekawostka. Wręcz marnotrawstwo-dysk zapchany a pożytku żadnego. Ot, tak sobie ponarzekałam :) 

Tak niestety działa pamięć autobiograficzna, a jej ekstremalna forma to z dupy sawantyzm. Jeśli łączy się z dobrze wykształconymi pozostałymi formami pamięci - zwłaszcza semantyczną - to można tę bazę danych sobie jakoś zorganizować. Jeśli się nie łączy, to człowiek zostaje tylko z zapchanym dyskiem. Jednak w obu przypadkach nie ma się wpływu na zapisywanie informacji - to się dzieje automatycznie i nie da się wyłączyć.

 

16. Czy hipermnezja wygląda tak jak w serialu Zapisane w pamięci?

Oczywiście, że nie. Carrie Wells oprócz hipermnezji ma także pamięć fotograficzną i jest doskonałą mnemonistką. Bliżej jej do Sołomona Szerieszewskiego. Twórcy filmu posługują się także oczywistą bzdurą, którą jest powrót do jakiegoś wydarzenia i obejrzenie go pod innym kątem. Tak się nie da. Jeśli czegoś nie widzieliśmy, to nie zapamiętamy. Nie da się też wyostrzyć obrazu widzianego kątem oka, bo to fizycznie niemożliwe. Niemożliwe jest również przybliżanie obrazu w nieskończoność - przypomina mi to popularne w serialach kryminalnych zjawisko robienia obrazu full HD z kamery przemysłowej.

 

 

 

----

 

A teraz coś dla rozrywki: kupiłam sobie takie buty we wtorek. Od podstawówki uwielbiam buty na koturnie i oczywiście pamiętam wszystkie pary, które dotychczas miałam i gdzie zostały kupione. Najważniejsze w takich butach jest niewielkie nachylenie podeszwy - jeśli jest zbyt duże, to nie da się na tym chodzić. W tym przypadku różnica między przodem a tyłem wynosi 2,5 cm (tył 6,5; przód 3,5). Przy moim rozmiarze (42) nachylenie jest niewielkie. Najwyższe koturny, jakie mam w szafie, mają 16 cm i niestety duże nachylenie, ale zakładam je wyłącznie na koncerty.

A wy lubicie buty na koturnie?

 

 

 

 

 

 

 

czwartek, 03 września 2015

 

Ogłuchłam tydzień temu. Byłam na wakacjach nad jeziorem, chlupałam się w wodzie, spacerowałam po Borach Tucholskich i napieprzałam kajakowymi wiosłami po kilkanaście kilometrów. Pewnego ranka obudziłam się ze straszliwym bólem ucha. Pojechałam do najbliższego miasta i kupiłam krople w aptece oraz nową część Millennium w księgarni.

Ból ucha minął, ale przestałam słyszeć. Na szczęście nie całkowicie, jak się skoncentrowałam, to dało się porozmawiać. Trwało to kilka dni. Zdążyłam wrócić do domu i odebrać telefon z firmy rekrutacyjnej. Po raz kolejny ktoś chciał mnie zatrudnić na słuchawce przy obsłudze klienta zagranicznego. Nienawidzę rozmawiać przez telefon, zwłaszcza z obcymi ludźmi. A już na pewno nie z porządnym niedosłuchem.

Kij tam jednak z głuchotą - laryngolog naprawił mi uszka i już jest w porządku. Zastanawiam się jednak co kieruje tymi ludźmi, że chcą mnie zatrudniać w obozie pracy przy wciskaniu kitu callcenter. Już chyba wolałabym jeździć mopem, przynajmniej nie trzeba rozmawiać. Jednak... po cholerę mi wykształcenie techniczne, języki i mózg przetwarzający kosmiczne ilości danych? Praca na słuchawce? Serio?

 

 

 

 

Niełatwo emanować zjebstwem. Możesz wtedy rozwiązywać dziesiątki tego typu zagadek, a i tak gówno z tego wyniknie.

Niełatwo być sawantem autystycznym.

W nowym Millennium sawantyzm autystyczny odgrywa dużą rolę. Autor przedstawił to w maksymalnie stereotypowy sposób, czyli upośledzone dziecko z autyzmem, brak mowy, walenie głową w ścianę i niesamowite zdolności. Rzeczywistość jest nudna i tak nie wygląda, no ale z drugiej strony, kto chciałby czytać nudną książkę?

Pojawienie się motywu sawanta w książce było ciekawym zbiegiem okoliczności, ponieważ dwa tygodnie wcześniej odkryłam, że sama również mogę być sawantką. Od razu zastrzegam, że jest to wyłącznie niepotwierdzona hipoteza. Ale jeśli czyta to jakiś spec od mózgu i chce przeprowadzić testy, to proszę o kontakt.

 

 

 

 

 

Ale o co chodzi?

Otóż odkryłam niedawno, że prawdopodobnie cierpię na hipermnezję. Cierpię w bólach i męczarniach, rzecz jasna, dokładnie tak jak na autyzm.

Jakby ktoś się jeszcze nie domyślił: nie cierpię tak naprawdę. Autyzm nie sprawia mi problemów, one pojawiają się dopiero w kontaktach z ludźmi, którzy dostrzegają inność i odrzucają mnie, celowo wprowadzają w błąd lub dręczą mnie sensorycznie. Hipermnezja też mnie nie boli. Problemem jest czynnik ludzki, czyli ciągłe oskarżenia o kłamstwa, które pojawiają się, kiedy opowiadam o wydarzeniach sprzed dwudziestu lat jakby wydarzyły się wczoraj.

Jeśli już mowa o wydarzeniach sprzed dwudziestu lat, to moje wakacje w Borach Tucholskich były częściową rekonstrukcją moich pierwszych kolonii w 1995 roku. Odnalezienie ośrodka, w którym wówczas mieszkałam, zajęło mi parę minut. Doskonale pamiętałam wygląd budynków, układ pokoi, trasy i wycieczki. Nic, tylko jechać. No to pojechałam.

 

 

 

Cierpię na straszliwe zaburzenia.

 

 

Pewnie chcecie wiedzieć jak to się stało, że dopiero teraz wpadłam na to, że cierpię?

Kiedy już zarezerwowałam sobie pokój w ośrodku w Borach Tucholskich, usiadłam nad mapą satelitarną i postanowiłam wyszukać wszystkie miejsca, w których kiedykolwiek byłam na wakacjach. Nie mylić z koloniami, bo na te zaczęłam jeździć dopiero w 1995 roku. Wyszukiwałam sobie miejsca, które odwiedziłam od 1990 roku (dla przypomnienia jestem rocznik 1988). Nie zawsze pamiętałam adresy, ale nie było to problemem - pamiętałam otoczenie, przebywane trasy oraz najważniejsze - jak dojść do ośrodka np. z centrum miejscowości, znad jeziora itp.

Wszystko było formalnością. Przy okazji zobaczyłam jak bardzo zmieniły się te miejsca.

Fotografia ruin poniżej to hotel w Nadolu nad Jeziorem Żarnowieckim. Byłam tam na wakacjach w 1990 roku. Postanowiłam zweryfikować swoje wspomnienia, więc zawołałam matkę, pokazałam jej zdjęcie (inne, nie dałam go tu ze względu na słabą jakość) i zapytałam, czy mieszkaliśmy w tym pokoju. Okazało się, że tak. Wzięłam kartkę i narysowałam plan budynku oraz układ mebli w pokoju. Wszystko się zgadzało.

Pojeździłam sobie po okolicach i znalazłam przebyte dawno temu trasy wycieczkowe, miejsca w których były place zabaw, odwiedzane sklepy. Moje wspomnienia były tak cholernie żywe.

 

 

 

 

 

 

Poszukałam sobie ciekawych treści o ludzkiej pamięci i odkryłam, że większość ludzi może przywołać jednocyfrową liczbę wspomnień sprzed 7. roku życia. Że co? Przecież ja mogłabym napisać o tym książkę o grubości cegły. A o późniejszych to już w ogóle całą sagę. Nie żeby ktokolwiek chciał to wszystko czytać, bo to straszne nudy - no ale dałoby się zrobić.

Jednym z rodzajów pamięci jest pamięć autobiograficzna, która doskonale pasuje do tego typu wspomnień. Okazało się, że mało kto dysponuje świetną pamięcią tego typu. To zjawisko nazywa się hipermnezja i jest bardzo rzadkie.

Nagle wszystko zaczęło mi się układać. To nie ludzie wokół mnie są upośledzeni lub leniwi. Do tej pory tak uważałam - że są mało inteligentni lub nie chce im się ruszyć trochę mózgiem i przypomnieć paru spraw. Nie są też wrednymi mendami, które uwielbiają się czepiać i zarzucać kłamstwo lub powtarzanie relacji rodziców. To ja tu jestem sawantem, chociaż mój sawantyzm jest taki trochę z dupy, bo pamiętam tylko ze szczegółami swoje nudne życie. To nie są operacje w pamięci na ogromnych liczbach, recytowanie pi do iluśtysięcznego miejsca po przecinku (znam tylko osiem) ani rysowanie fotorealistycznych obrazów z pamięci. Do tego dochodzi prozopagnozja, która wypacza nieco moje zdolności.

W tym momencie przypomina mi się kawał, który kiedyś zobaczyłam w internecie:

-273,15°C
Absolutne zero. Ustaje ruch cząstek elementarnych.
Lapończyk, ssąc kawałek lodu, przyznaje: "No, mamy troszkę większą zimę". 

Mogę go sobie przerobić tak:

Rok 2015.
Katja, opowiadając swoje przygody ze żłobka, przyznaje: No, mam trochę lepszą pamięć.

 

 

 

 

 

Nieraz się zdarzało, że ludzie pytali mnie, czy z racji ASD mam jakieś sawanckie zdolności. Zawsze odpowiadałam, że nie... no, może tak trochę. Przecież mam wbudowany słownik ortograficzny i nigdy nie robiłam błędów, ale to dlatego, że dużo czytam od wczesnego dzieciństwa. Teraz się okazało, że chyba muszę zmienić odpowiedź na to pytanie. Podkreślam jeszcze raz, że chyba - nie zostało to jeszcze potwierdzone. Na razie mam tylko wyjaśnienie dziwnego zjawiska, z którym zawsze miałam do czynienia.

Nieraz mówię znajomym mi osobom w sytuacjach, kiedy pamiętam coś doskonale, a oni nie:

Wasze marne ludzkie mózgi, pamięć dziurawa jak sito.

Oczywiście mówię to tylko dla żartu i tylko do dobrze znanych mi osób. Wiem, że postronni pewnie strzeliliby focha. Ale teraz już wiem, że jest to całkiem uzasadniony tekst.

 

 

 

 

 

Jeśli zaczniecie czytać o hipermnezji, to na pewno zauważycie, że osoby z tym ciężkim zaburzeniem są opisywane jako skrajnie introwertyczne i żyjące w przeszłości. Tak właśnie jest. Żyję przeszłością, ale dzięki temu mogę opisywać na blogu wydarzenia z mojego życia jako dziwacznego dziecka z autyzmem i odpowiedzieć na pytania, dlaczego czyjeś dzieci mogą reagować w taki a nie inny sposób. Dla mnie to całkiem świeże wspomnienia.

Trudno też nie żyć przeszłością, kiedy dawne wydarzenia ciągle wracają do głowy i są niesamowicie szczegółowe i realistyczne. Zwykły człowiek już nic nie pamięta. Dla mnie to wszystko wydarzyło się niedawno.

Obrazek powyżej pochodzi z serialu Zapisane w pamięci (Unforgettable), który opowiada o policjantce cierpiącej na hipermnezję. Obejrzałam już jeden odcinek i niedługo zabiorę się za kolejny. Jest to film, więc wiele rzeczy jest ponaciąganych, ale i tak fajnie się ogląda. Zachęcam, zwłaszcza że Mr Robot już się skończył. Zachęcam też do czytania nowego Millennium, jeśli chcecie coś o typowych sawantach i ASD. W tej części pojawiają się aż trzy osoby ze spektrum - Lisbeth, August i Frans.

Książka nosi tytuł Co nas nie zabije i wpisuje się w model x som y. Widziałam gdzieś opinie, że tytuł nie pasuje do reszty serii, ale wystarczy zobaczyć tytuł oryginału, żeby przekonać się, że tak nie jest. Dosłowne tłumaczenie brzmiałoby To, które nie zabije nas (det som inte dödar oss) i jeśli komuś brakuje tego słówka które, to niech sobie zaklei tytuł i wpisze właśnie to.

A ja sobie mogę powiedzieć: co nas nie zabije... będzie powracało przez resztę życia.

 

 

 

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 25
Tagi