Mam autyzm i nie zbieram pieniędzy na konto. Za to piszę, co mi się podoba.
Kategorie: Wszystkie | Info | Ja i ASD | KSIĄŻKA | Komentuję | Konstruktywnie | Opisuję
RSS
poniedziałek, 07 grudnia 2015

 

Już tylko parę dni dzieli mnie od pierwszego występu na konferencji. Jeśli jeszcze nie wiecie, to występuję 13.12.2015 (niedziela) o godzinie 13 na Gdynia Game Festival. Wejście jest darmowe, należy się tylko zarejestrować u organizatora. Możecie się także cieszyć wydarzeniem u mnie na fejsbóku.

Występ będzie nagrywany, ale dużo lepiej jest posłuchać mnie na żywo. Wiem o czytelnikach, którzy przyjadą z Koszalina, Warszawy, a nawet Katowic specjalnie na mój występ. Jeśli oni mogą, to wy też ruszcie zady i przybywajcie.

 

 

  Występuję o 13:00!

 

 

Byłam już na niejednej konfie i nieraz wyobrażałam sobie, co ja bym zrobiła, gdybym miała występować. W ogóle mam tak, że oglądam ludzi w różnych sytuacjach i robię sobie w głowie symulacje ze mną w roli głównej. Nieraz się to potem przydaje.

Zastanawiałam się jak poradziłabym sobie z pytaniami od publiczności. Mam taki niefajny problem z przetwarzaniem informacji audio, o którym wam zaraz opowiem. Nie mam za to problemów z przetwarzaniem obrazu, dlatego publiczność będzie zadawać mi pytania pisemnie.

Jak? To bardzo proste. Jeśli podczas mojego wystąpienia przyjdzie wam jakieś ciekawe pytanie do głowy, wejdziecie na stronę Ask.fm i wpiszecie o co chodzi. Pytania wyświetlą się na moim kompie i na koniec występu wybiorę sobie najfajniejsze, na które odpowiem na żywo. Na resztę odpowiem na blogu, na chamskie lub naruszające moją prywatność nie odpowiem wcale.

 

 

 

  Na obrazku dworzec Gdynia Główna.

 

 

 

Nie mam problemów ze słuchem jako takim. Słyszę bardzo dobrze, tylko niekoniecznie rozumiem słowa. Ludzie bardzo lubią dyskutować na różne tematy. Dla mnie brzmi to właśnie jak komunikaty na dworcu PKP - niewyraźne, bełkotliwe i odbijające się od ścian. Spróbowałam narysować wam jak to widzę - możecie zobaczyć obrazki poniżej.

Nienawidziłam, kiedy w szkole jakiś temat był omawiany głosowo. Nie rozumiałam z niego prawie nic. Najgorsze było ustalanie np. terminu sprawdzianu albo w ogóle planowanie czegoś. Wtedy do dyskusji włączało się więcej osób i słyszałam tylko wiele nakładających się głosów. Próbowałam wyłowić z tego szumu jakieś słowa, ale nie zawsze były to słowa kluczowe. No i informacje ciągle się zmieniały, więc nie miałam gwarancji, że wyłapałam aktualną wersję.

Zaczepiałam więc jakąś osobę i pytałam o co chodzi. Czasem dostawałam odpowiedź. Czasem odpowiedź brzmiała TRZEBA BYŁO SŁUCHAĆ. A czasem ludzie byli wredni i specjalnie podawali mi błędne informacje. I tak nie miałam ich gdzie zweryfikować. Potem przychodziłam w złe miejsce lub o złej godzinie i wszyscy się cieszyli.

Nauczyciele też się nieraz wkurzali, kiedy po zadaniu czegoś i odpowiedzeniu na pytania dostawali prośbę o powtórzenie. No bo trzeba było słuchać, prawda? Nauczyciele byli o tyle bezpieczni, że dawali poprawne informacje. Kiedy odpowiedzią było proszę się zapytać koleżanki, to już gwarancji poprawności nie było.

 

 

 

Słowa rozjeżdżają się i odbijają od ścian.

 

 

 

Zbyt jasno, zbyt niewyraźnie.

 

 

 

Moje problemy przypominają nieco centralne zaburzenia przetwarzania słuchowego. Nigdy nie miałam jednak dysleksji ani problemów z nauką. Nigdy nie myliłam głosek ani nie robiłam błędów ortograficznych. Jeśli chodzi o ortografię, to pod tym względem jestem takim mini sawantem, bo od najmłodszych lat wiedziałam jak się coś pisze, nawet bardzo trudne słowa, których znaczenia w ogóle nie znałam. Jak to robiłam? Nie wiem, po prostu mam wbudowany słownik ortograficzny w głowie.

Zostałam nawet wysłana na konkurs ortograficzny, gdzie byłam jedynym dzieckiem wśród tłumu dorosłych. Nie było jednak żadnej sensacji, ponieważ niczego nie wygrałam. Konkurs odbywał się na dużej sali, a prowadzący mówił przez mikrofon. Nie zrozumiałam prawie nic, bo brzmiało to właśnie jak komunikat na dworcu. Potem mama przeczytała mi konkursowy tekst w domu i potrafiłam zapisać go całkowicie poprawnie. Ale wtedy było już za późno. Na szczęście nikt nie miał do mnie pretensji.

Kiedy rozmawiam z kimś 1:1, to rozumiem wszystko. Kiedy jest więcej osób, pojawiają się problemy.

Znalazłam taki filmik, który całkiem nieźle przedstawia te problemy. Uczestnicy badania musieli ułożyć figury geometryczne w określonej kolejności. Jeśli zrobili to dobrze, to pokazywał się obrazek dziewczynki z kwiatkiem.

 

 

 

 

 

 

Konkurs ortograficzny nie był taki najgorszy, bo o mojej porażce wiedziała tylko rodzina i organizatorzy, którzy zapewne mieli to gdzieś. O wiele gorszy był konkurs wiedzy o Unii Europejskiej, w którym brałam udział w gimnazjum. Wychowawca mi kazał, no to poszłam. Okazało się, że konkurs miał formułę programu Jeden z dziesięciu. Musiałam odpowiadać na pytania przed publicznością, która wyła ze śmiechu, kiedy prosiłam o powtórzenie pytania po kilka razy. Ostatecznie zajęłam w tym konkursie drugie miejsce, ale żenada była potworna.

Żenujące było też, kiedy na angielskim w szkole trzeba było słuchać tekstów z kaset i odpowiadać na pytania. Rzadko kiedy rozumiałam, co na tych kasetach było. Do pewnego momentu robiłam obejście i wykorzystywałam dźwięki z tła, np. z dworca. Potem autorzy testów się wycwanili i zaczęli dawać czyste dialogi.

Dialogi były dla mnie całkiem zrozumiałe na słuchawkach. Niestety na maturze nie dają słuchawek i musiałam męczyć się z magnetofonem w na biurku. Ogólnie zdałam bardzo dobrze, ale jeśli coś uwaliłam, to było to właśnie słuchanie.

 

 

 

 



 

 

Na szczęście to zaburzenie słuchu cofa się z wiekiem. Kiedy byłam dzieckiem, nie rozumiałam prawie w ogóle tekstów POLSKICH piosenek. Musiałam zobaczyć je na kartce. Czytać nauczyłam się w wieku dwóch lat, pamięć zawsze miałam dobrą, więc zapamiętywałam te teksty bardzo szybko i nikt nie widział moich problemów.

Filmy oglądam zawsze z napisami - najlepiej w wersji dla niesłyszących, bo wtedy uczę się różnych określeń na dźwięki, np. wycie, mruczenie, zawodzenie, bzyczenie, jęki. Dawno temu zauważyłam, że ja nie uczę się prawie ze słuchu - nawet kiedy słyszę słowa, to i tak są one konwertowane na obraz. Widzę zarówno sam tekst, jak i jego obrazowy odpowiednik. Kiedy wymyślam tekst na bloga, to najpierw widzę w głowie serię obrazów, a potem widzę jak wpisuję słowa do edytora.

Polecenia głosowe zabierają mi więcej mocy obliczeniowej, bo najpierw muszę odebrać sygnał dźwiękowy, przetworzyć go na obraz i dopiero mogę rozpocząć analizę logiczną. Kiedy widzę polecenia zapisane na kartce, to pomijam etap tłumaczenia z języka mówionego na obrazowy. A jeśli zapis jest w punktach lub ze strzałkami i ma fajna formę graficzną, to w ogóle jest super. Pisałam już trochę o tym w notce Dane jest x.

 

 

 

 

Część po prawej działa dobrze, część po lewej niekoniecznie.

 

 

 

 

Język słuchano-mówiony nie jest naturalny dla mnie ani dla wielu osób z ASD. Owszem, posługuję się nim całkiem sprawnie, ale angielski też znam bardzo dobrze mimo bycia Polką. O wiele bardziej wolę komunikować się z użyciem tekstu i rysunków. Niestety ludziom trudno to zrozumieć i nawet jeśli o tym wiedzą, to i tak upierają się przy rozmowach głosowych, a potem mają pretensje, że ich nie słucham albo nie rozumiem tematu.

 

 

 

 

 

 

Jesli chcecie poczytać więcej na ten temat, obejrzyjcie film o Temple Grandin lub zajrzyjcie do książki Myślenie obrazami. A jeśli macie w otoczeniu osobę ze spektrum, to przestańcie się jej czepiać, że was nie słucha. My musimy widzieć, żeby zrozumieć.

 

 

----

 

Dodatek do pośmiania się: jeden, dwa :)

 

 

 

 

niedziela, 29 listopada 2015

 

Równo za dwa tygodnie (13.12.2015) wystąpię na konferencji Gdynia Game Festival. Moje przemówienie będzie trwało godzinę i będzie częścią ścieżki innowacje w edukacji. Opowiem wam o postrzeganiu świata przez osoby autystyczne - czyli mniej więcej to, co na blogu. Z tą różnicą, że opowiem jeszcze o symulowaniu tego w grze, bo wymyśliłam sobie jakiś czas temu symulator autyzmu. Będzie to pomoc naukowa dla nauczycieli, psychocosiów, studentów - dlatego właśnie innowacje w edukacji.

Utworzyłam już wydarzenie na fejsbóku, na które możecie się zapisywać. Póki co zadeklarowały się jedynie dwie osoby, co jest dla mnie przykre, zwłaszcza że wiem, że na te fejsbókowe wydarzenia przychodzi mniej więcej 1/4 zapisanych osób. Może nie pasuje wam, że osoba z ASD występuje na scenie i jeszcze próbuje sobie sponsorów znaleźć - to mocno nietypowe. Uwierzcie mi, że dla mnie to cholernie trudne, zwłaszcza że to mój sceniczny debiut. No chyba, że policzymy wiersze mówione w szkole i piosenki śpiewane w kościele, wtedy... i tak się nie liczy, bo to było 15 lat temu.

 

 

 

 

 

Zdałam sobie sprawę, że w pewnym sensie dobijam już do ściany. Mogę siedzieć w domu lub pracować w callcenter, bo tylko stamtąd mam propozycje. O magazyn musiałabym się już starać. Jestem stara i się marnuję coraz bardziej. Nie mam żadnych dokonań, w ogóle nic nie mam. Jak w tej piosence Cool Kids Of Death:

Dwadzieścia kilka lat
Niczego nie dokonałem
Dwadzieścia kilka lat
Żadnych na przyszłość planów
Dwadzieścia kilka lat
Żadnych ideałów

Tyle, że zaraz się z tego trzydzieści zrobi. Nie mam chyba szans na zdobycie roboty w normalny sposób. Muszę zrobić z siebie szalonego wizjonera, może ktoś to kupi. Muszę albo się przełamać i pokazać na żywo, albo iść do callcenter NIE UMIEM GADAĆ Z LUDŹMI magazynu jeździć na paleciaku.

Motywuję się myślą, że Temple Grandin też ma ASD i daje radę występować. Tak, wiem, że nie jestem Temple Grandin, ale jak równać, to lepiej w górę.

 

 

 

 

Podczas wystąpienia będę mówić, więc pewnie potem pojawi się standardowa reakcja, czyli ŁEEEEE, ALE TY MÓWISZ NORMALNIE. Zdarzyło mi się to już kilka razy. Prawdziwy autyk powinien bowiem brzmieć tak:

 

 

Magda w programie "Jaka to melodia"

niesamowita dziewczyna gratulacje Magda - świetny występ

Posted by Byle do przodu on 6 listopada 2015

 

 

Spinacz

 

 

Paulina

 

 

Inny szuka szczęścia

 

 

 

A jeśli nie brzmi, to powinien chociaż wyglądać oryginalnie. Tak, spotkałam się już z zarzutam, że za dobrze mówię i do tego wyglądam zbyt przeciętnie. Powinnam mieć kolorowe włosy i alternatywne ciuchy. A nie mam, bo ubieranie się i czesanie jest dla mnie zbyt męczące. Tak samo jak mówienie do ludzi - okazyjnie można się zmusić, ale padłabym, gdybym miała robić to codziennie.

 

 

Rosie King

 

 

Niektórzy ludzie ze spektrum mówią normalnie. Jak powinno się na to reagować?

Źle: Łeeee, za dobrze mówisz, brzmisz zupełnie normalnie, eeeetaaaam!
Dobrze: Łał, ale dobrze mówisz! Dużo musiałaś ćwiczyć?

Bo jakoś nikomu nie przychodzi do głowy, że można mieć wyćwiczony głos. Ja mam i bardzo mnie to cieszy, ponieważ zdaje sobie sprawę, że wymowa taka jak w powyższych filmikach jest bardzo niekorzystnie odbierana. Osoby mówiące w ten sposób są odbierane jako mało inteligentne, czasem wręcz upośledzone. I nie ma znaczenia, że mówią z sensem, nieraz na trudne tematy. Jeśli mówisz dziwnie, to twoje IQ spada o 20-40 punktów. Jeśli nie mówisz wcale, to pewnie nie myślisz.

A najgorsze jest to, że ludzie robią to raczej podświadomie, niż specjalnie.

 

 

 

Przeanalizowałam temat i doszłam do wniosku, że wymowa ludzi z autyzmem zależy od:

  • punktu startowego - część zaczyna od zera i poziom z filmików to sukces, część zaczyna właśnie od poziomu z filmików,
  • słuchu muzycznego - nie musi być absolutny, ale chociaż minimalny pozwala na lepsze rozróżnianie tonów,
  • zainteresowania tematem - ludzie zainteresowani językami i/lub fonetyką bardziej zwracają uwagę na wymowę,
  • wieku - dorośli mówią lepiej niż dzieci,
  • ćwiczeń - jest praktyka, jest postęp.

 

Kiedy byłam dzieckiem, miałam parę wad wymowy i nieco dziwny akcent. Poza tym mówiłam głośno i wyraźnie, ale jakoś mało sympatycznie. Mało sympatycznie czyli jak? Nie wiem, ale kiedy byłam w gimnazjum, udało mi się uzyskać pewne informacje na ten temat. Słyszałam mnóstwo razy NIE TYM TONEM, ale jakoś nikt nie chciał powiedzieć o co chodzi. Jedna osoba odpowiedziała mi na to pytanie i dowiedziałam się, że mówię mało sympatycznie, jakbym chciała wszystkich pozabijać.

Jaki jest na to sposób? Mieć pod ręką kogoś, kto powie to samo właściwym tonem.

 

 

 

 

 

 

Opowiem wam, w jaki sposób ćwiczyłam głos.

Typowy sposób to logopeda - można pozbyć się różnych wad wymowy. Do dnia dzisiejszego pozostała mi jedna, ale jest na tyle zredukowana, że niektórzy zauważają ją po kilku miesiącach. Akcent mam jak należy. W rozwoju cofam się wtedy, kiedy próbuję mówić w językach germańskich, konkretnie w niemieckim, norweskim i szwedzkim.

Drugą rzeczą jest nagrywanie swojego głosu. Robię to od podstawówki - najpierw na kasetach, potem na kompie. Głos słyszany od środka jest inny, niż słyszny na zewnątrz, poza tym wielu rzeczy zwyczajnie nie dostrzegamy. Na początku słucha się tego strasznie, potem można się przyzwyczaić i zacząć analizować. Po kilkunastu latach takich praktyk mogę powiedzieć, że daje to niezłe rezultaty.

Co nagrywam? Głównie śpiewam jakieś piosenki. Nie ma znaczenia, że mój poziom śpiewu to słuchalny - lepiej od większości ludzi, ale z X-Factora by mnie pogonili i zabronili wracać. Chodzi o panowanie nad głosem i rozwijanie go w miarę możliwości. Chętnie pochodziłabym na lekcje śpiewu, ale mnie nie stać. Dziwię się, że ludzie tego nie robią. Kółka plastyczne mają chętnych, chociaż mało kto idzie na ASP i ludzie to rozumieją. Lekcje śpiewu i emisji głosu są natomiast postrzegane jako wyłącznie dla wokalistów i aktorów.

Na szczęście w szkołach, kościołach i domach kultury są chóry oraz zespoły, w których można sobie pośpiewać i poćwiczyć głos. Chodziłam na takie zajęcia w podstawówce i gimnazjum. Nie było zbyt fajnie, bo wszyscy się ze mnie śmiali, ale nauczyłam się wielu piosenek i poznałam parę ćwiczeń wokalnych. Teraz oglądam sobie filmiki na youtube i drę paszczę w domu. Na szczęście nie mieszkam w bloku.

 

 

 

 

 

Jeśli chodzi o aktorstwo, to w przypadku dążenia do mówienia normalnie jest jeszcze lepsze od śpiewania. Śpiew poprawia samo wydobywanie głosu i uczy wrażliwości na tony, ale odgrywanie ról zwraca uwagę także na modulację głosu i postawę ciała. Moja mama była tego samego zdania, ponieważ dużo ćwiczyła ze mną w domu. Mówiłam różne wierszyki, dialogi, scenki - wszystko z bardzo silną ekspresją głosu i ciała. Lubiłam te zabawy. Byłam nawet parę razy na konkursach recytatorskich, ale z większości odpadałam ze względu na wady wymowy. Raz tylko zdobyłam trzecie miejsce, ponieważ przygotowałam dość długi występ z tańcem, śpiewem i podziałem na role - oczywiście wszystko jednoosobowo.

Pochodziłabym sobie jeszcze na zajęcia teatralne. Są nawet grupy dla dorosłych w Gdańsku i Gdyni, ale sporo kosztują. Ale jeśli się kiedyś dorobię, to zapiszę się i będę sobie odgrywać role. Może to być nawet lepsze od TUS, bo mówić dzień dobry już umiem.

Grupy teatralne organizują co jakiś czas publiczne występy, więc może moglibyście mnie obejrzeć w jakiejś roli. Na razie możecie sprawdzić jak radzę sobie z mówieniem na konfie. To nawet trudniejsze, bo nie ma tu ściśle określonego scenariusza i nie wiadomo, co z tego wyniknie. Mam nadzieję, że będzie dobrze.

 

 

 

środa, 04 listopada 2015

 

Przez ostatnie dni zauważyłam słabe zainteresowanie moimi fotami, chociaż każda z nich ma za sobą jakąś ciekawą historię. Komentarzy nie ma wcale. Dla własnego komfortu psychicznego zakładam, że z zachwytu odebrało wam mowę.

Następna notka będzie już o autyzmach, żebyście mieli co klikać i udostępniać. Dzisiaj wrzucam jednak po raz kolejny cmentarze - tym razem nieco nietypowe.

 

Kurhany

Mieszkanie na północy Polski ma taką wadę, że większość starych cmentarzy została zlikwidowana lub znajduje się w ruinie. Nieźle jednak zachowały się kurhany z czasów starożytnych i średniowiecznych. Postanowiłam włączyć je do swoich łowów, ponieważ jakby nie patrzeć, są to cmentarze. Mieszkamy też od nie wiadomo ilu pokoleń na terenie Pomorza, więc może mam coś genetycznie wspólnego z ludźmi pochowanymi w kurhanach? Nie wiem, czy to prawda, ale na pewno fajnie się zwiedza z tą myślą.

Zwiedzanie rozpoczęłam wiosną od wsi Lewino, gdzie przez długi czas kurhany był uważane za pozostałości starych pieców hutniczych. Na Pomorzu wiele wsi ma nazwy typu Jakaś Huta, co w obecnych czasach kojarzy się bardziej z południem Polski. Tak, Nowa Huta też jest, a w jej okolicach znajduje się piękny diabelski kamień, groty i bunkier. A to wszystko przy kilku jeziorach i rezerwatach z np. żurawiami. Polecam, zwłaszcza tym, którym krakowska Nowa Huta obrzydła.

 

 

 

Lewino

 

 

Wczesnym latem zaliczyłam też kurhany w Szklanej Hucie, a potem ruszyłam w okolice Kościerzyny zobaczyć wielkie kurhanowiska oraz kamienne kręgi. Największe znajdują się we wsi Odry. Kręgi te są rajem dla radiestetów, więc skorzystałam z okazji i poszłam leczyć swój autyzm promieniowaniem z kosmosu. Dowiedziałam się też o takich bajerach jak skala Bovisa, która mimo ładnej nazwy nie ma konkretnie zdefiniowanej i zmierzalnej jednostki. Nie ma też urządzeń pomiarowych. Radiesteta macha wahadełkiem i wyznacza wartość na czuja. Też można.

 

 

 

 

Odry

 

 

 

Większość kamiennych kręgów to także rezerwaty porostów. W Odrach można poprosić o lupę i poprzyglądać się okazom z bliska. Jednak nie wolno ich dotykać, bo są pod ochroną.

W budce przewodnika kupiłam przewodnik po kurhanach i kamiennych kręgach, który potem nieraz mi się przydał.

 

 

 

Odry

 

 

W pobliskim Leśnie nie ma budki z przewodnikiem, ale jest bardzo ładnie zorganizowana trasa z tablicami informacyjnymi. Można naprawdę dużo dowiedzieć się o pogrzebach i innych zwyczajach kultury pomorskiej i wielbarskiej.

 

 

 

Leśno

 

 

 

W drodze z Kościerzyny w kierunku Gdańska zjechałam jeszcze troszkę w bok i odwiedziłam kurhany w Węsiorach oraz Trątkownicy. Dotarcie do Węsiorów było bardzo proste, natomiast w przypadku Trątkownicy mapa z internetu (Google lub Open Street Map) sprawdziła się tak sobie. W dokładnym trafieniu na miejsce najbardziej pomogła mi książeczka kupiona w Odrach.

 

 

 

 Trątkownica

 

 

 

Niestety nie wszystkie kurhany zachowały się w dobrym stanie. Słyszałam o przypadkach, kiedy ludzie wykopywali z nich gliniane urny, wysypywali prochy liczące przynajmniej kilkaset lat i używali naczyń jako doniczki w ogródkach. To bardzo smutne historie.

 

 

Cmentarze demolki

Zniszczenia spowodowane czynnikiem ludzkim nie są wyłącznie domeną kurhanów. W prawie każdej miejscowości można znaleźć jakiś stary cmentarzyk, z którego prawie nic nie zostało i który służy głównie jako miejscówka dla lokalnych pijaczków.

Cmentarz na Szubienicznej Górze jest spośród nich całkiem nieźle zachowany, ale i tak nie jest traktowany jako cmentarz, w sensie z szacunkiem, tylko właśnie jako miejscówka do picia.

 

 

 Szubieniczna Góra

 

 

 

Amarena na Szubienicznej Górze

 

 

 

Szubieniczna Góra ma swój artykuł na Wiki i można ją znaleźc na mapie. Są jednak miejsca, o których wiadomo tylko z przedwojennych map i które są w bardzo złym stanie. Znajdują się gdzieś w zaroślach, często przysypane śmieciami.

Poniżej możecie zobaczyć cmentarz w Bychowie, który w tej kategorii i tak się nieźle zachował. Kilka tablic da się odczytać. A poza tym smród, syf i śmieci dookoła.

 

 

 

Bychowo

 

 

 

Schody na poniższym zdjęciu to pozostałości po kaplicy cmentarnej we wsi Słuszewo. Wokół znajduje się mnóstwo poprzewracanych nagrobków, no i oczywiście kupa śmieci.

Kiedy chodzę po takich cmentarzach, to myślę sobie o tym, że kiedyś były one w dobrym stanie i ludzie odwiedzali je tak samo jak obecne cmentarze parę dni temu z okazji Wszystkich Świętych. Obecnie te miejsca nikogo nie obchodzą, tak samo jak pamięć o ludziach, którzy zostali tam pochowani. Myślę sobie wtedy, że życie ludzkie jest jednak gówno warte.

 

 

 

 Słuszewo

 

 

Pole, pole... a pośrodku kępka drzew. Dlaczego ciągniki tamtędy nie jeżdżą? Bo nikt nie ma ochoty wykopywać starych trupów. Za to jeśli chodzi o wynoszenie śmieci do lasu, to nikt nie ma nic przeciwko trupom.

 

 

 

Strzebielinko

 

 

Gdzie to? W Strzebielinku, niedaleko słynnego Żarnowca. Zaraz obok stoi wieża widokowa Kaszubskie Oko. Grobów jednak nie widać, bo to betonowe coś na zdjęciu to jedyne, co z nich zostało.

 

 

 Strzebielinko

 

 

 

Niedaleko Żarnowca znajduje się także wieś Lubocino, a w lesie za nim pozostałości starego cmentarza. Ktoś ogrodził to miejsce drewnianym płotem. Wewnątrz można znaleźć resztki nagrobków, takie jak na poniższym zdjęciu.

 

 

 

Lubocino

 

 

 

Nikt nie dba o takie miejsca, a przecież kiedyś to były normalne cmentarze. Ludzie pochowani na nich to czyjaś rodzina - czy oni też zapomnieli? Niedługo te miejsca znikną całkowicie i jedyną pamiątką o nich będą stare mapy oraz zdjęcia takie jak moje.

 

 

 

wtorek, 03 listopada 2015

 

Dziś publikuję kolejną porcję z mojej ogromnej kolekcji cmentarzy. Zrobiłam sobie mały album z ładnymi i/lub ciekawymi fotami. Wczoraj była pierwsza część, dzisiaj druga, została jeszcze trzecia.

Po co to wrzucam na bloga? Żebyście mogli się pozachwycać czymś innym, niż tylko moimi przemyśleniami na temat spektrum autyzmu. Nie krępujcie się i komentujcie, które foty podobają się wam najbardziej.

Zwracajcie też uwagę na podpisy, zwłaszcza przy fotografiach rzeźb.

 

 

Niepokojące napisy

W poprzedniej części pojawiła się żydokomuna, dzisiaj będzie tylko komuna. Ale za to jaka! To jedno z moich ulubionych epitafiów na nagrobkach. Jakość niestety słaba, ale da się odczytać napis. Będę musiała wybrać się tam ponownie i zrobić porządne zdjęcie.

Jeśli chcecie zobaczyć nagrobek na własne oczy, odwiedźcie stary cmentarz w Wejherowie.

 

 

Towarzysz Henryk Jerzy Klimaszewski, * 1.1.1911 syn Cezarego i Zofii, I sekretarz PKR-PPS w Wejherowie, padł od kuli zdradzieckiej broniąc spraw Partii, dnia 13.9.1945.

 

 

A jeśli szukacie bramy do krainy zombi, zajrzyjcie na warszawskie Powązki. Wchodzicie na własną odpowiedzialność!

 

 

 

 

 

Cmentarze Pragi

W zeszłym roku miałam okazję odwiedzić Pragę i zakochać się w tamtejszych cmentarzach. To miasto to prawdziwa gratka dla amatorów grobbingu. Nekropolie są ogromne i nie uległy zniszczeniu w takim stopniu jak polskie. Jedyną wada było to, że byłam tam z matką, która wówczas jeszcze nie doceniała artystycznych zalet zwiedzania cmentarzy i cały czas mnie poganiała. Jeśli kiedyś tam jeszcze pojadę, to poświęcę kilka dni na focenie i zrobię to samodzielnie. Ewentualnie z Sysadminem, bo on też lubi cmentarze (zaraził się ode mnie).

 

Cmentarz Wyszehradzki

Jedno z pierwszych miejsc, które zwiedziłam w Pradze. Można tam spotkać różne znane osoby. Albo raczej ich nagrobki, bo same osoby gniją radośnie w ziemi.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Gadające rzeźby. Tutaj: smutne życie singla. Jakaś para romantycznie się przytula, a kobieta w tle patrzy i zazdrości.

 

 

 

 

 

Postać wychyla się zza nagrobka i wita nadchodzące główki. Szykuje się cmentarna impreza!

 

 

 

 

Cmentarz Olszański

Gigantyczny cmentarz na dwa miliony trupków i jakieś sto tysięcy nagrobków. Nie da się przejść po nim pobieżnie, trzeba poświęcić cały dzień.

 

 

Gadające rzeźby: pomóż mi zerwać kasztana!

 

 

 

 

Zrujnowane grobowce.

 

 

 

 

 

 

Być albo nie być - oto jest pytanie.

 

 

 

 

 

 

Żydowska Praga

W Pradze świetnie się zachowały cmentarze żydowskie. Najbardziej znany to oczywiście Stary Cmentarz na Józefowie. Oprócz nagrobków, można zobaczyć jeszcze wystawy dotyczące kultury pogrzebowej przedwojennych Żydów - znajdują się w budynkach obok. Są tam także unikatowe drewniane macewy, których już nie zobaczycie nigdzie w akcji, w sensie na cmentarzu. Te zachowane znajdują się za szybką w muzeum i nie wolno ich fotografować. Na szczęście mam dobrą pamięć.

 

 

 

 

 

 

A to z kolei nagrobki żydowskiej części Cmentarza Olszańskiego.

 

 

 

 

Kafka we własnej osobie. Łatwo do niego trafić, bo od samej bramy znajdują się drogowskazy. Prażanie w ogóle są fanami Kafki, bo w mieście jest mnóstwo obiektów z nim powiązanych.

 

 

 

 

 

 

Brama cmentarza. Wbrew pozorom był to sierpień - zeschnięte liście to sprawka szrotówka, prawdziwej plagi niszczącej kasztanowce.

 

 

 

 

 

 

A to cmentarz zaraz pod wieżą telewizyjną Žižkov. W przeszłości był większy, ale podczas budowy wieży jego powierzchnia została mocno zredukowana. Tak, wieża stoi na cmentarzu.

 

 

 

 

 

Zimowe łowy

Profesjonalny grobbing to nie tylko chodzenie po cmentarzach latem, kiedy jest ciepło i słonecznie. Czasem okazja do zwiedzenia cmentarza pojawia się zimą. Należy się wtedy ciepło ubrać i nie narzekać, że wieje i wali śniegiem po oczach.

Na zdjęciach cmentarz w Nowym Wiśniczu.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

A to cmentarze w polskim Cieszynie. Pierwsza fota jest konkursowa i wzbudzała już nieraz zachwyty. Wy też możecie się pozachwycać w komentarzach.

 

 

 

 

 

Nowy cmentarz, który leży zaraz obok starego, ale jest dużo brzydszy.

 

 

 

 

Następna część będzie zawierała zdjęcia totalnie zrujnowanych cmentarzy. Będą tam także kurhany - może na nagrobki lepiej jechać na południe, ale kurhany trafiły się nam akurat na północy. Jakaś sprawiedliwość chyba jednak istnieje.

Fajnie by było wydać album ze zdjęciami i opisami cmentarzy, nie sądzicie?

 

 

 

 

poniedziałek, 02 listopada 2015

 

Byliście na cmentarzu? Ja chodzę tam dużo częściej, niż tylko na Wszystkich Świętych. Głupawy test z Na Temat powiedział mi, że jestem nie-grobberem. No na pewno nie we wsiuńsko-gimbazjalnym stylu. Dzisiaj pokażę wam po raz kolejny jak grobbują profesjonaliści.

Jeśli mowa o profesjonalistach, to moja matka przekonała się niedawno do zwiedzania cmentarzy. Wystarczyło wygrać zestaw czytników Kindle dla całej rodziny w konkursie fotograficznym. Możliwe, że niedługo będę dysponować lepszym sprzętem, niż aparat za stówę z Lidla.

Dzisiaj nie będzie za dużo pisaniny, bo nawet nie chce mi się pisać. Będzie za to sporo fot - a mam na kompie jeszcze więcej i nie zawaham się ich użyć. Podziwiajcie profesjonalny grobbing.

 

 

Dawne dzieje

Niektóre cmentarze już nie istnieją i zwiedzanie ich odbywa się bardziej w wyobraźni, niż w rzeczywistości. Czasem zachowają się resztki tablic, czasem stoi tylko pomnik ku pamięci. Szkoda mi starych cmentarzy, które zostały wyburzone po wojnie. Naprawdę bardzo mi szkoda.

 

 

Słupsk

 

 

Wrocław

 

 

Duchy

Jeśli traficie w nocy do Kalwarii Zebrzydowskiej i zobaczycie białą postać wśród krzyży, to postarajcie się nie dostać zawału. To nie duch, tylko biała figura świętego Franciszka. Prawdopodobnie jest całkowicie nieszkodliwa.

 

 

Kalwaria Zebrzydowska

 

 

Żydokomuna

Cmentarze żydowskie mają niepowtarzalny klimat i pięknie wychodzą na zdjęciach. Jeśli chcecie wziąć udział w konkursie fotograficznym, to łatwiej pójdzie wam na cmentarzu żydowskim. Chrześcijańskie foci się dużo trudniej.

A dlaczego komuna? Zaraz się dowiecie.

 

 

 

Cmentarz Remuh w Krakowie - turystyczny standard.

 

 

 

Katowice - fota konkursowa.

 

 

 

Katowice

 

 

 

Katowice

 

 

 

Katowice

 

 

A oto żydokomuna:

 

Katowice

 

 

Sosnowiec

 

 

 

 

Częstochowa - fota konkursowa.

 

 

 

Oświęcim

 

 

Na cmentarzach chrześcijańskich najlepiej polować na ciekawe pomniki z zielenią w tle.

 

 

Sosnowiec

 

 

 

Cmentarze wojenne

 

Niestety często bywają brzydkie. Ale jeśli pojawi się coś ładnego, to warto sfotografować.

 

 

 Kwatera angielska, Cmentarz Rakowicki, Kraków

 

 

 

 Cmentarz polski, Wrocław

 

 

 

Cmentarz austriacki, Tarnów

 

 

Kwatera angielska, Cmentarz Olszański, Praga

 

 

 

Radzieckie cmentarze wojenne

 

Zazwyczaj najbardziej efektowne w kategorii wojennej.

 

 

 

Wrocław

 

 

Praga

 

 

 

Praga

 

 

 

 

 

 

Gdańsk, rocznica zakończenia wojny

 

 

 Gdańsk

 

 

 

W kolejce do pokazania czekają cmentarze zagraniczne, zimowe oraz totalnie zdemolowane.

 

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 25
Tagi