Mam autyzm i nie zbieram pieniędzy na konto. Za to piszę, co mi się podoba.
Kategorie: Wszystkie | Info | Ja i ASD | KSIĄŻKA | Komentuję | Konstruktywnie | Opisuję
RSS
niedziela, 29 listopada 2015

 

Równo za dwa tygodnie (13.12.2015) wystąpię na konferencji Gdynia Game Festival. Moje przemówienie będzie trwało godzinę i będzie częścią ścieżki innowacje w edukacji. Opowiem wam o postrzeganiu świata przez osoby autystyczne - czyli mniej więcej to, co na blogu. Z tą różnicą, że opowiem jeszcze o symulowaniu tego w grze, bo wymyśliłam sobie jakiś czas temu symulator autyzmu. Będzie to pomoc naukowa dla nauczycieli, psychocosiów, studentów - dlatego właśnie innowacje w edukacji.

Utworzyłam już wydarzenie na fejsbóku, na które możecie się zapisywać. Póki co zadeklarowały się jedynie dwie osoby, co jest dla mnie przykre, zwłaszcza że wiem, że na te fejsbókowe wydarzenia przychodzi mniej więcej 1/4 zapisanych osób. Może nie pasuje wam, że osoba z ASD występuje na scenie i jeszcze próbuje sobie sponsorów znaleźć - to mocno nietypowe. Uwierzcie mi, że dla mnie to cholernie trudne, zwłaszcza że to mój sceniczny debiut. No chyba, że policzymy wiersze mówione w szkole i piosenki śpiewane w kościele, wtedy... i tak się nie liczy, bo to było 15 lat temu.

 

 

 

 

 

Zdałam sobie sprawę, że w pewnym sensie dobijam już do ściany. Mogę siedzieć w domu lub pracować w callcenter, bo tylko stamtąd mam propozycje. O magazyn musiałabym się już starać. Jestem stara i się marnuję coraz bardziej. Nie mam żadnych dokonań, w ogóle nic nie mam. Jak w tej piosence Cool Kids Of Death:

Dwadzieścia kilka lat
Niczego nie dokonałem
Dwadzieścia kilka lat
Żadnych na przyszłość planów
Dwadzieścia kilka lat
Żadnych ideałów

Tyle, że zaraz się z tego trzydzieści zrobi. Nie mam chyba szans na zdobycie roboty w normalny sposób. Muszę zrobić z siebie szalonego wizjonera, może ktoś to kupi. Muszę albo się przełamać i pokazać na żywo, albo iść do callcenter NIE UMIEM GADAĆ Z LUDŹMI magazynu jeździć na paleciaku.

Motywuję się myślą, że Temple Grandin też ma ASD i daje radę występować. Tak, wiem, że nie jestem Temple Grandin, ale jak równać, to lepiej w górę.

 

 

 

 

Podczas wystąpienia będę mówić, więc pewnie potem pojawi się standardowa reakcja, czyli ŁEEEEE, ALE TY MÓWISZ NORMALNIE. Zdarzyło mi się to już kilka razy. Prawdziwy autyk powinien bowiem brzmieć tak:

 

 

Magda w programie "Jaka to melodia"

niesamowita dziewczyna gratulacje Magda - świetny występ

Posted by Byle do przodu on 6 listopada 2015

 

 

Spinacz

 

 

Paulina

 

 

Inny szuka szczęścia

 

 

 

A jeśli nie brzmi, to powinien chociaż wyglądać oryginalnie. Tak, spotkałam się już z zarzutam, że za dobrze mówię i do tego wyglądam zbyt przeciętnie. Powinnam mieć kolorowe włosy i alternatywne ciuchy. A nie mam, bo ubieranie się i czesanie jest dla mnie zbyt męczące. Tak samo jak mówienie do ludzi - okazyjnie można się zmusić, ale padłabym, gdybym miała robić to codziennie.

 

 

Rosie King

 

 

Niektórzy ludzie ze spektrum mówią normalnie. Jak powinno się na to reagować?

Źle: Łeeee, za dobrze mówisz, brzmisz zupełnie normalnie, eeeetaaaam!
Dobrze: Łał, ale dobrze mówisz! Dużo musiałaś ćwiczyć?

Bo jakoś nikomu nie przychodzi do głowy, że można mieć wyćwiczony głos. Ja mam i bardzo mnie to cieszy, ponieważ zdaje sobie sprawę, że wymowa taka jak w powyższych filmikach jest bardzo niekorzystnie odbierana. Osoby mówiące w ten sposób są odbierane jako mało inteligentne, czasem wręcz upośledzone. I nie ma znaczenia, że mówią z sensem, nieraz na trudne tematy. Jeśli mówisz dziwnie, to twoje IQ spada o 20-40 punktów. Jeśli nie mówisz wcale, to pewnie nie myślisz.

A najgorsze jest to, że ludzie robią to raczej podświadomie, niż specjalnie.

 

 

 

Przeanalizowałam temat i doszłam do wniosku, że wymowa ludzi z autyzmem zależy od:

  • punktu startowego - część zaczyna od zera i poziom z filmików to sukces, część zaczyna właśnie od poziomu z filmików,
  • słuchu muzycznego - nie musi być absolutny, ale chociaż minimalny pozwala na lepsze rozróżnianie tonów,
  • zainteresowania tematem - ludzie zainteresowani językami i/lub fonetyką bardziej zwracają uwagę na wymowę,
  • wieku - dorośli mówią lepiej niż dzieci,
  • ćwiczeń - jest praktyka, jest postęp.

 

Kiedy byłam dzieckiem, miałam parę wad wymowy i nieco dziwny akcent. Poza tym mówiłam głośno i wyraźnie, ale jakoś mało sympatycznie. Mało sympatycznie czyli jak? Nie wiem, ale kiedy byłam w gimnazjum, udało mi się uzyskać pewne informacje na ten temat. Słyszałam mnóstwo razy NIE TYM TONEM, ale jakoś nikt nie chciał powiedzieć o co chodzi. Jedna osoba odpowiedziała mi na to pytanie i dowiedziałam się, że mówię mało sympatycznie, jakbym chciała wszystkich pozabijać.

Jaki jest na to sposób? Mieć pod ręką kogoś, kto powie to samo właściwym tonem.

 

 

 

 

 

 

Opowiem wam, w jaki sposób ćwiczyłam głos.

Typowy sposób to logopeda - można pozbyć się różnych wad wymowy. Do dnia dzisiejszego pozostała mi jedna, ale jest na tyle zredukowana, że niektórzy zauważają ją po kilku miesiącach. Akcent mam jak należy. W rozwoju cofam się wtedy, kiedy próbuję mówić w językach germańskich, konkretnie w niemieckim, norweskim i szwedzkim.

Drugą rzeczą jest nagrywanie swojego głosu. Robię to od podstawówki - najpierw na kasetach, potem na kompie. Głos słyszany od środka jest inny, niż słyszny na zewnątrz, poza tym wielu rzeczy zwyczajnie nie dostrzegamy. Na początku słucha się tego strasznie, potem można się przyzwyczaić i zacząć analizować. Po kilkunastu latach takich praktyk mogę powiedzieć, że daje to niezłe rezultaty.

Co nagrywam? Głównie śpiewam jakieś piosenki. Nie ma znaczenia, że mój poziom śpiewu to słuchalny - lepiej od większości ludzi, ale z X-Factora by mnie pogonili i zabronili wracać. Chodzi o panowanie nad głosem i rozwijanie go w miarę możliwości. Chętnie pochodziłabym na lekcje śpiewu, ale mnie nie stać. Dziwię się, że ludzie tego nie robią. Kółka plastyczne mają chętnych, chociaż mało kto idzie na ASP i ludzie to rozumieją. Lekcje śpiewu i emisji głosu są natomiast postrzegane jako wyłącznie dla wokalistów i aktorów.

Na szczęście w szkołach, kościołach i domach kultury są chóry oraz zespoły, w których można sobie pośpiewać i poćwiczyć głos. Chodziłam na takie zajęcia w podstawówce i gimnazjum. Nie było zbyt fajnie, bo wszyscy się ze mnie śmiali, ale nauczyłam się wielu piosenek i poznałam parę ćwiczeń wokalnych. Teraz oglądam sobie filmiki na youtube i drę paszczę w domu. Na szczęście nie mieszkam w bloku.

 

 

 

 

 

Jeśli chodzi o aktorstwo, to w przypadku dążenia do mówienia normalnie jest jeszcze lepsze od śpiewania. Śpiew poprawia samo wydobywanie głosu i uczy wrażliwości na tony, ale odgrywanie ról zwraca uwagę także na modulację głosu i postawę ciała. Moja mama była tego samego zdania, ponieważ dużo ćwiczyła ze mną w domu. Mówiłam różne wierszyki, dialogi, scenki - wszystko z bardzo silną ekspresją głosu i ciała. Lubiłam te zabawy. Byłam nawet parę razy na konkursach recytatorskich, ale z większości odpadałam ze względu na wady wymowy. Raz tylko zdobyłam trzecie miejsce, ponieważ przygotowałam dość długi występ z tańcem, śpiewem i podziałem na role - oczywiście wszystko jednoosobowo.

Pochodziłabym sobie jeszcze na zajęcia teatralne. Są nawet grupy dla dorosłych w Gdańsku i Gdyni, ale sporo kosztują. Ale jeśli się kiedyś dorobię, to zapiszę się i będę sobie odgrywać role. Może to być nawet lepsze od TUS, bo mówić dzień dobry już umiem.

Grupy teatralne organizują co jakiś czas publiczne występy, więc może moglibyście mnie obejrzeć w jakiejś roli. Na razie możecie sprawdzić jak radzę sobie z mówieniem na konfie. To nawet trudniejsze, bo nie ma tu ściśle określonego scenariusza i nie wiadomo, co z tego wyniknie. Mam nadzieję, że będzie dobrze.

 

 

 

środa, 04 listopada 2015

 

Przez ostatnie dni zauważyłam słabe zainteresowanie moimi fotami, chociaż każda z nich ma za sobą jakąś ciekawą historię. Komentarzy nie ma wcale. Dla własnego komfortu psychicznego zakładam, że z zachwytu odebrało wam mowę.

Następna notka będzie już o autyzmach, żebyście mieli co klikać i udostępniać. Dzisiaj wrzucam jednak po raz kolejny cmentarze - tym razem nieco nietypowe.

 

Kurhany

Mieszkanie na północy Polski ma taką wadę, że większość starych cmentarzy została zlikwidowana lub znajduje się w ruinie. Nieźle jednak zachowały się kurhany z czasów starożytnych i średniowiecznych. Postanowiłam włączyć je do swoich łowów, ponieważ jakby nie patrzeć, są to cmentarze. Mieszkamy też od nie wiadomo ilu pokoleń na terenie Pomorza, więc może mam coś genetycznie wspólnego z ludźmi pochowanymi w kurhanach? Nie wiem, czy to prawda, ale na pewno fajnie się zwiedza z tą myślą.

Zwiedzanie rozpoczęłam wiosną od wsi Lewino, gdzie przez długi czas kurhany był uważane za pozostałości starych pieców hutniczych. Na Pomorzu wiele wsi ma nazwy typu Jakaś Huta, co w obecnych czasach kojarzy się bardziej z południem Polski. Tak, Nowa Huta też jest, a w jej okolicach znajduje się piękny diabelski kamień, groty i bunkier. A to wszystko przy kilku jeziorach i rezerwatach z np. żurawiami. Polecam, zwłaszcza tym, którym krakowska Nowa Huta obrzydła.

 

 

 

Lewino

 

 

Wczesnym latem zaliczyłam też kurhany w Szklanej Hucie, a potem ruszyłam w okolice Kościerzyny zobaczyć wielkie kurhanowiska oraz kamienne kręgi. Największe znajdują się we wsi Odry. Kręgi te są rajem dla radiestetów, więc skorzystałam z okazji i poszłam leczyć swój autyzm promieniowaniem z kosmosu. Dowiedziałam się też o takich bajerach jak skala Bovisa, która mimo ładnej nazwy nie ma konkretnie zdefiniowanej i zmierzalnej jednostki. Nie ma też urządzeń pomiarowych. Radiesteta macha wahadełkiem i wyznacza wartość na czuja. Też można.

 

 

 

 

Odry

 

 

 

Większość kamiennych kręgów to także rezerwaty porostów. W Odrach można poprosić o lupę i poprzyglądać się okazom z bliska. Jednak nie wolno ich dotykać, bo są pod ochroną.

W budce przewodnika kupiłam przewodnik po kurhanach i kamiennych kręgach, który potem nieraz mi się przydał.

 

 

 

Odry

 

 

W pobliskim Leśnie nie ma budki z przewodnikiem, ale jest bardzo ładnie zorganizowana trasa z tablicami informacyjnymi. Można naprawdę dużo dowiedzieć się o pogrzebach i innych zwyczajach kultury pomorskiej i wielbarskiej.

 

 

 

Leśno

 

 

 

W drodze z Kościerzyny w kierunku Gdańska zjechałam jeszcze troszkę w bok i odwiedziłam kurhany w Węsiorach oraz Trątkownicy. Dotarcie do Węsiorów było bardzo proste, natomiast w przypadku Trątkownicy mapa z internetu (Google lub Open Street Map) sprawdziła się tak sobie. W dokładnym trafieniu na miejsce najbardziej pomogła mi książeczka kupiona w Odrach.

 

 

 

 Trątkownica

 

 

 

Niestety nie wszystkie kurhany zachowały się w dobrym stanie. Słyszałam o przypadkach, kiedy ludzie wykopywali z nich gliniane urny, wysypywali prochy liczące przynajmniej kilkaset lat i używali naczyń jako doniczki w ogródkach. To bardzo smutne historie.

 

 

Cmentarze demolki

Zniszczenia spowodowane czynnikiem ludzkim nie są wyłącznie domeną kurhanów. W prawie każdej miejscowości można znaleźć jakiś stary cmentarzyk, z którego prawie nic nie zostało i który służy głównie jako miejscówka dla lokalnych pijaczków.

Cmentarz na Szubienicznej Górze jest spośród nich całkiem nieźle zachowany, ale i tak nie jest traktowany jako cmentarz, w sensie z szacunkiem, tylko właśnie jako miejscówka do picia.

 

 

 Szubieniczna Góra

 

 

 

Amarena na Szubienicznej Górze

 

 

 

Szubieniczna Góra ma swój artykuł na Wiki i można ją znaleźc na mapie. Są jednak miejsca, o których wiadomo tylko z przedwojennych map i które są w bardzo złym stanie. Znajdują się gdzieś w zaroślach, często przysypane śmieciami.

Poniżej możecie zobaczyć cmentarz w Bychowie, który w tej kategorii i tak się nieźle zachował. Kilka tablic da się odczytać. A poza tym smród, syf i śmieci dookoła.

 

 

 

Bychowo

 

 

 

Schody na poniższym zdjęciu to pozostałości po kaplicy cmentarnej we wsi Słuszewo. Wokół znajduje się mnóstwo poprzewracanych nagrobków, no i oczywiście kupa śmieci.

Kiedy chodzę po takich cmentarzach, to myślę sobie o tym, że kiedyś były one w dobrym stanie i ludzie odwiedzali je tak samo jak obecne cmentarze parę dni temu z okazji Wszystkich Świętych. Obecnie te miejsca nikogo nie obchodzą, tak samo jak pamięć o ludziach, którzy zostali tam pochowani. Myślę sobie wtedy, że życie ludzkie jest jednak gówno warte.

 

 

 

 Słuszewo

 

 

Pole, pole... a pośrodku kępka drzew. Dlaczego ciągniki tamtędy nie jeżdżą? Bo nikt nie ma ochoty wykopywać starych trupów. Za to jeśli chodzi o wynoszenie śmieci do lasu, to nikt nie ma nic przeciwko trupom.

 

 

 

Strzebielinko

 

 

Gdzie to? W Strzebielinku, niedaleko słynnego Żarnowca. Zaraz obok stoi wieża widokowa Kaszubskie Oko. Grobów jednak nie widać, bo to betonowe coś na zdjęciu to jedyne, co z nich zostało.

 

 

 Strzebielinko

 

 

 

Niedaleko Żarnowca znajduje się także wieś Lubocino, a w lesie za nim pozostałości starego cmentarza. Ktoś ogrodził to miejsce drewnianym płotem. Wewnątrz można znaleźć resztki nagrobków, takie jak na poniższym zdjęciu.

 

 

 

Lubocino

 

 

 

Nikt nie dba o takie miejsca, a przecież kiedyś to były normalne cmentarze. Ludzie pochowani na nich to czyjaś rodzina - czy oni też zapomnieli? Niedługo te miejsca znikną całkowicie i jedyną pamiątką o nich będą stare mapy oraz zdjęcia takie jak moje.

 

 

 

wtorek, 03 listopada 2015

 

Dziś publikuję kolejną porcję z mojej ogromnej kolekcji cmentarzy. Zrobiłam sobie mały album z ładnymi i/lub ciekawymi fotami. Wczoraj była pierwsza część, dzisiaj druga, została jeszcze trzecia.

Po co to wrzucam na bloga? Żebyście mogli się pozachwycać czymś innym, niż tylko moimi przemyśleniami na temat spektrum autyzmu. Nie krępujcie się i komentujcie, które foty podobają się wam najbardziej.

Zwracajcie też uwagę na podpisy, zwłaszcza przy fotografiach rzeźb.

 

 

Niepokojące napisy

W poprzedniej części pojawiła się żydokomuna, dzisiaj będzie tylko komuna. Ale za to jaka! To jedno z moich ulubionych epitafiów na nagrobkach. Jakość niestety słaba, ale da się odczytać napis. Będę musiała wybrać się tam ponownie i zrobić porządne zdjęcie.

Jeśli chcecie zobaczyć nagrobek na własne oczy, odwiedźcie stary cmentarz w Wejherowie.

 

 

Towarzysz Henryk Jerzy Klimaszewski, * 1.1.1911 syn Cezarego i Zofii, I sekretarz PKR-PPS w Wejherowie, padł od kuli zdradzieckiej broniąc spraw Partii, dnia 13.9.1945.

 

 

A jeśli szukacie bramy do krainy zombi, zajrzyjcie na warszawskie Powązki. Wchodzicie na własną odpowiedzialność!

 

 

 

 

 

Cmentarze Pragi

W zeszłym roku miałam okazję odwiedzić Pragę i zakochać się w tamtejszych cmentarzach. To miasto to prawdziwa gratka dla amatorów grobbingu. Nekropolie są ogromne i nie uległy zniszczeniu w takim stopniu jak polskie. Jedyną wada było to, że byłam tam z matką, która wówczas jeszcze nie doceniała artystycznych zalet zwiedzania cmentarzy i cały czas mnie poganiała. Jeśli kiedyś tam jeszcze pojadę, to poświęcę kilka dni na focenie i zrobię to samodzielnie. Ewentualnie z Sysadminem, bo on też lubi cmentarze (zaraził się ode mnie).

 

Cmentarz Wyszehradzki

Jedno z pierwszych miejsc, które zwiedziłam w Pradze. Można tam spotkać różne znane osoby. Albo raczej ich nagrobki, bo same osoby gniją radośnie w ziemi.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Gadające rzeźby. Tutaj: smutne życie singla. Jakaś para romantycznie się przytula, a kobieta w tle patrzy i zazdrości.

 

 

 

 

 

Postać wychyla się zza nagrobka i wita nadchodzące główki. Szykuje się cmentarna impreza!

 

 

 

 

Cmentarz Olszański

Gigantyczny cmentarz na dwa miliony trupków i jakieś sto tysięcy nagrobków. Nie da się przejść po nim pobieżnie, trzeba poświęcić cały dzień.

 

 

Gadające rzeźby: pomóż mi zerwać kasztana!

 

 

 

 

Zrujnowane grobowce.

 

 

 

 

 

 

Być albo nie być - oto jest pytanie.

 

 

 

 

 

 

Żydowska Praga

W Pradze świetnie się zachowały cmentarze żydowskie. Najbardziej znany to oczywiście Stary Cmentarz na Józefowie. Oprócz nagrobków, można zobaczyć jeszcze wystawy dotyczące kultury pogrzebowej przedwojennych Żydów - znajdują się w budynkach obok. Są tam także unikatowe drewniane macewy, których już nie zobaczycie nigdzie w akcji, w sensie na cmentarzu. Te zachowane znajdują się za szybką w muzeum i nie wolno ich fotografować. Na szczęście mam dobrą pamięć.

 

 

 

 

 

 

A to z kolei nagrobki żydowskiej części Cmentarza Olszańskiego.

 

 

 

 

Kafka we własnej osobie. Łatwo do niego trafić, bo od samej bramy znajdują się drogowskazy. Prażanie w ogóle są fanami Kafki, bo w mieście jest mnóstwo obiektów z nim powiązanych.

 

 

 

 

 

 

Brama cmentarza. Wbrew pozorom był to sierpień - zeschnięte liście to sprawka szrotówka, prawdziwej plagi niszczącej kasztanowce.

 

 

 

 

 

 

A to cmentarz zaraz pod wieżą telewizyjną Žižkov. W przeszłości był większy, ale podczas budowy wieży jego powierzchnia została mocno zredukowana. Tak, wieża stoi na cmentarzu.

 

 

 

 

 

Zimowe łowy

Profesjonalny grobbing to nie tylko chodzenie po cmentarzach latem, kiedy jest ciepło i słonecznie. Czasem okazja do zwiedzenia cmentarza pojawia się zimą. Należy się wtedy ciepło ubrać i nie narzekać, że wieje i wali śniegiem po oczach.

Na zdjęciach cmentarz w Nowym Wiśniczu.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

A to cmentarze w polskim Cieszynie. Pierwsza fota jest konkursowa i wzbudzała już nieraz zachwyty. Wy też możecie się pozachwycać w komentarzach.

 

 

 

 

 

Nowy cmentarz, który leży zaraz obok starego, ale jest dużo brzydszy.

 

 

 

 

Następna część będzie zawierała zdjęcia totalnie zrujnowanych cmentarzy. Będą tam także kurhany - może na nagrobki lepiej jechać na południe, ale kurhany trafiły się nam akurat na północy. Jakaś sprawiedliwość chyba jednak istnieje.

Fajnie by było wydać album ze zdjęciami i opisami cmentarzy, nie sądzicie?

 

 

 

 

poniedziałek, 02 listopada 2015

 

Byliście na cmentarzu? Ja chodzę tam dużo częściej, niż tylko na Wszystkich Świętych. Głupawy test z Na Temat powiedział mi, że jestem nie-grobberem. No na pewno nie we wsiuńsko-gimbazjalnym stylu. Dzisiaj pokażę wam po raz kolejny jak grobbują profesjonaliści.

Jeśli mowa o profesjonalistach, to moja matka przekonała się niedawno do zwiedzania cmentarzy. Wystarczyło wygrać zestaw czytników Kindle dla całej rodziny w konkursie fotograficznym. Możliwe, że niedługo będę dysponować lepszym sprzętem, niż aparat za stówę z Lidla.

Dzisiaj nie będzie za dużo pisaniny, bo nawet nie chce mi się pisać. Będzie za to sporo fot - a mam na kompie jeszcze więcej i nie zawaham się ich użyć. Podziwiajcie profesjonalny grobbing.

 

 

Dawne dzieje

Niektóre cmentarze już nie istnieją i zwiedzanie ich odbywa się bardziej w wyobraźni, niż w rzeczywistości. Czasem zachowają się resztki tablic, czasem stoi tylko pomnik ku pamięci. Szkoda mi starych cmentarzy, które zostały wyburzone po wojnie. Naprawdę bardzo mi szkoda.

 

 

Słupsk

 

 

Wrocław

 

 

Duchy

Jeśli traficie w nocy do Kalwarii Zebrzydowskiej i zobaczycie białą postać wśród krzyży, to postarajcie się nie dostać zawału. To nie duch, tylko biała figura świętego Franciszka. Prawdopodobnie jest całkowicie nieszkodliwa.

 

 

Kalwaria Zebrzydowska

 

 

Żydokomuna

Cmentarze żydowskie mają niepowtarzalny klimat i pięknie wychodzą na zdjęciach. Jeśli chcecie wziąć udział w konkursie fotograficznym, to łatwiej pójdzie wam na cmentarzu żydowskim. Chrześcijańskie foci się dużo trudniej.

A dlaczego komuna? Zaraz się dowiecie.

 

 

 

Cmentarz Remuh w Krakowie - turystyczny standard.

 

 

 

Katowice - fota konkursowa.

 

 

 

Katowice

 

 

 

Katowice

 

 

 

Katowice

 

 

A oto żydokomuna:

 

Katowice

 

 

Sosnowiec

 

 

 

 

Częstochowa - fota konkursowa.

 

 

 

Oświęcim

 

 

Na cmentarzach chrześcijańskich najlepiej polować na ciekawe pomniki z zielenią w tle.

 

 

Sosnowiec

 

 

 

Cmentarze wojenne

 

Niestety często bywają brzydkie. Ale jeśli pojawi się coś ładnego, to warto sfotografować.

 

 

 Kwatera angielska, Cmentarz Rakowicki, Kraków

 

 

 

 Cmentarz polski, Wrocław

 

 

 

Cmentarz austriacki, Tarnów

 

 

Kwatera angielska, Cmentarz Olszański, Praga

 

 

 

Radzieckie cmentarze wojenne

 

Zazwyczaj najbardziej efektowne w kategorii wojennej.

 

 

 

Wrocław

 

 

Praga

 

 

 

Praga

 

 

 

 

 

 

Gdańsk, rocznica zakończenia wojny

 

 

 Gdańsk

 

 

 

W kolejce do pokazania czekają cmentarze zagraniczne, zimowe oraz totalnie zdemolowane.

 

czwartek, 22 października 2015

 

Niezdiagnozowany Sysadmin zmienił ostatnio swój status na Zdiagnozowanego, co potwierdziło moje przypuszczenia - nie jest normalny. Dla przypomnienia: sysadmin to administrator systemów, czyli osoba, która dba o dobre działanie serwerów, na których znajdują się wasze maile, zdjęcia, blogi, konta bankowe, sklepy i inne dane. Fajna rzecz i dobra dla ludzi z autyzmem - nie ma dużo kontaktu z ludźmi, jest za to sporo kompów i możliwości wykazania się. Jednak mimo to nasz Sysadmin ma problemy z utrzymaniem pracy ze względu na niezamierzoną arogancję i niekontaktowość. Postanowił się więc wybrać w końcu na diagnozę.

Dostał ją od razu, bo ZA ma ewidentne i każdy, kto zna się na rzeczy, to zauważy. Jeśli natomiast ktoś spodziewa się upośledzonego sawanta walącego głową w ścianę, to cóż... wtedy nie zauważy. Sysadmin to stary chłop i do tego bardzo inteligentny, więc dobrze kompensuje braki i jako tako panuje nad sobą.

Myślimy nad wyrobieniem orzeczenia o niepełnosprawności, które mogłoby pomóc Sysadminowi w utrzymaniu pracy. Dopłaty z PFRONu to jednak nie byle co. No i zniżki na przejazdy też są kuszące, kiedy skończyło się już studia i trzeba jeździć na normalnym.

Nie ma natomiast żadnej terapii dla ludzi takich jak on i ja. Wszystko jest nastawione na dzieci i nastolatków, do tego o maksymalnie średnim poziomie inteligencji. Dla dorosłych, którzy mają skończone studia i czasem nawet pracę, nie ma nic.

A takie coś jest bardzo potrzebne, chociaż wymaga większego wysiłku. Takiej grupie nie pomoże rysowanie obrazków, rozpoznawanie emocji z buziek i zasady mówienia dzień dobry. Tu potrzebne są podstawy socjotechniki i treningi podobne do tych, co mają politycy. Tu już nie chodzi o dzień dobry, ale o zdobycie i utrzymanie pracy, dobre stosunki z otoczeniem i pozbycie się niechcianej etykietki izolującego się świra, aroganckiego buca czy wywyższającego się chama.

To nie takie proste, zwłaszcza że prowadzący musiałby dorównywać inteligencją grupie. Inaczej nic by z tego nie wyszło, bo nikt by go nie szanował.

 

 

 

Szwedzkie idiomy w akcji. Zabrakło mi dwóch punktów do zdania egzaminu. No ale "prawie" nie ustrzeli króliczka.
W sensie: "prawie" to za mało, by osiągnąć cel. Przy okazji: włosy tej dziewczyny przypominają mi autystycznego ogrodnika.

 

 

Ponad pół roku temu zamieściłam ankietę dla osób zdiagnozowanych w wieku dorosłym. Otrzymałam odpowiedź od 22 osób, niestety jedna nie spełniała założeń. Siedemnastoletni Kamil został zdiagnozowany rok temu na prośbę szkoły i dzięki diagnozie oraz orzeczeniu o niepełnosprawności dostał zwolnienie z lekcji wuefu, z czego się bardzo cieszy.

Kamilu, ja też się cieszę, bo wiem jakie te lekcje potrafią być paskudne (choć mam nadzieję, że ćwiczysz we własnym zakresie). Twój scenariusz jest jednak dosyć typowy - niepokoi się przedszkole lub szkoła, uczeń dostaje diagnozę. Standard. Mnie natomiast interesowały osoby, które same podjęły inicjatywę i same zgłosiły się do poradni. Ludźmi w wieku dorosłym nikt się już właściwie nie przejmuje. Byłam ciekawa, co skłania ich do podjęcia procesu diagnostycznego, jak go oceniają i co to zmieniło w ich życiu.

Poznajcie więc 21 uczestników ankiety - 12 kobiet i 9 mężczyzn. Grafikę przygotowałam specjalnie na potrzeby artykułu. Twarze dobrane są całkowicie losowo i niekoniecznie przypominają prawdziwych uczestników. Chciałam jednak, żebyście widzieli ich jako żywe osoby, nie tylko anonimowe numerki.

Liczby podane pod imieniem (lub ksywą) oznaczają kolejno wiek obecny oraz wiek w trakcie diagnozy. Przy okazji zastanawiam się, czy Ziuta podała prawidłowe dane - różnica wieku jest duża, do tego 24 lata temu praktycznie nie diagnozowano dorosłych w kierunku autyzmu, nie istniała też taka jednostka jak ZA. Być może miało to być 45/41 lub 25/21. Ziuto, jeśli to czytasz, odezwij się - ewentualne poprawki nie są problemem.

 

 

 

 

 

A teraz będzie to, co lubimy najbardziej, czyli trochę statystyki. Nasi bohaterowie to ludzie około trzydziestki z diagnozą zrobioną mniej więcej 3 lata temu. To wystarczająco dużo czasu, żeby zastanowić się nad sensem diagnozy i wystąpić o ewentualne orzeczenie o niepełnosprawności. Piątka ankietowanych zdecydowała się na ten krok - co im to dało, dowiecie się później. Póki co, możecie podziwiać strukturę wiekową. Mam nadzieję, że wszystko jest zrozumiałe. Jeśli nie, to zajrzyjcie tu: średnia, mediana, ale po co dwie wartości.

Na pewno już widzicie, że kobiety są nieco starsze od mężczyzn. Od siebie jeszcze dodam, że wszystkie rozkłady są prawostronnie skośne, czyli zjeżdżają z lewej strony na prawą. To znaczy, że młodszych osób było trochę więcej.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Co właściwie skłania dorosłych ludzi do robienia sobie diagnozy, która w dorosłym wieku jest mało użyteczna? Zwykle jest to po prostu ciekawość. Ludzie, którzy przez całe życie byli inni, znajdują prawdopodobną przyczynę swoich problemów i idą ją potwierdzić. Część z nich jest po prostu inna, część ma poważne problemy z codziennym życiem. Czasem leczą się już na coś innego, np. depresję lub nerwicę i w końcu ktoś wpadnie na pomysł, że prawdziwa przyczyna leży w ASD. Część uczestników ma autystyczne dzieci i specjaliści podczas wizyt zauważyli, że ten autyzm nie wziął się znikąd - rodzice też są jacyś dziwni.

No to po co ludzie robią sobie te diagnozy? Najlepiej jak sami powiedzą.

 

Marzą mi się studia i praca zgodna z zainteresowaniami, dalszy rozwój w ich obrębie. Bez żadnego wsparcia (głównie w organizacji, indywidualnego trybu nauczania) nie jestem w stanie skończyć studiów. Z diagnozą, w kraju, w którym obecnie mieszkam (UK) otrzymam takie wsparcie.  
- Marta

 

Częściowo wymuszona ze strony partnerki. Bezpośrednią przyczyną były problemy we wzajemnym porozumieniu, ewidentne problemy z rozumieniem innych, anomalie w zachowaniu (podobno, według mnie zachowuję się OK ;) )
- Master/Pentium

 

Wspomniane inne zaburzenia:

Jak już się dostałam w łapy psychologów z powodu ADHD to przy okazji powiedziano mi, że spełniam większość kryteriów ZA. Zawsze czułam że jestem inna, ale traktowałam to mocno z przymrużeniem oka - nie miałam też z tego powodu problemów. Jednak diagnozę doceniam - wyjaśniła wiele i pozwoliła poukładać niektóre rzeczy w mojej głowie. 
- Mary

 

- po to, żeby wreszcie dowiedzieć się, co jest ze mną nie tak i przestać mieć do siebie pretensje,
- po to, żeby wyjaśnić, dlaczego mam depresję, bo w diagnozę depresji endogennej nigdy nie wierzyłam (w schizoidalne zaburzenie osobowości też nie) - diagnozę dostałam 15 lat temu i od tamtego czasu leczę kolejne "epizody",
- po to, żeby dobrać odpowiednią dla mnie terapię - do tej pory chodziłam na terapię psychodynamiczną, z której niewiele wynikało,
- po to, żeby choć trochę zmniejszyć własne oczekiwania wobec siebie i dostać dowód na to, że pewnych rzeczy nie da się zmienić,
- po to, żeby ktoś potwierdził, że moje przypuszczenia są słuszne
- Reckless Sleeper

 

Albo desperacja:

By nie umrzeć.
- Łukasz

 

 

 Susan Boyle całe życie była inna, jednak diagnozę ZA dostała dopiero niedawno.

 

 

 

 

Zapytałam się uczestników, kto uczestniczył w ich diagnozie. Odpowiedzi mnie zaskoczyły. Zawsze myślałam, że standardem jest rozmowa z pacjentem oraz z jego bliskimi, o ile jest to możliwe. Tymczasem okazało się, że nie jest to wcale takie oczywiste, właściwie to nawet mniejszość. Sporo osób zostało zdiagnozowanych bez swojego własnego udziału. Sami zobaczcie:

 

 

 

 

 

Sam proces diagnostyczny badani oceniają raczej dobrze - jest to 3,7 punktów w skali 1-5. Jedynka oznaczała to był jakiś koszmar, natomiast piątka było wspaniale. Uważam, że 3,7 to niezły wynik i cieszę się, że specjaliści przyjaźnie do was podchodzą.

Zobaczmy więc konkretne wypowiedzi dotyczące wrażeń po diagnozie.

 

Niektórzy po prostu lubią takie rzeczy:

Bardzo lubię takie rozmowy.
- Siegfryd

Bardzo spokojnie i ciepło, nawet pozwolili mi samemu sprawdzić test z czytania twarzy (co sprawdziłem źle, wyszło dużo lepiej niż przy moim sprawdzianie).
- Paweł

 

Niektórzy narzekają na drobne niedogodności:


Długo to trwało - w sumie 4 pełne dni, od rana do późnego popołudnia (15-17).
- M


Przesympatyczna młoda i energiczna terapeutka, bardzo fajna rozmowa na poziomie. Niestety następnego dnia po diagnozie musiałam jeszcze wypełnić dość schematyczne testy w ramach formalności.
- Szarosen


Pójście do psychiatry było dość stresujące, oswojenie się z diagnozą też problematyczną. Lekarz całkiem fachowy. Drugie podejście u psycholożki/psychoanalityka. IMHO to była kosztowna i mało efektywna rozmowa.
- Master/Pentium

Na końcu nie wiedziałem, czy się nabijają czy nie.
- Siergiej

 

Pozostali mają dużo do powiedzenia:

 

Jeżeli diagnoza jest słuszna w moim wypadku, to jestem bardzo wysoko funkcjonujący, jednak chyba nadal wpisujący się w podejście Tony'ego Attwooda (przynajmniej całkiem pasowałbym w przeszłości). Wydaje mi się, że takie podejście ma również fundacja Synapsis. Mam wrażenie, że gdyby okazało się, że nic mi nie jest albo mam coś innego, to również okazaliby mi jakieś wsparcie i pomogli szukać dalej. Wkurzały mnie u nich tylko drobne problemy organizacyjne, z drugiej strony takie fundacje raczej nie mają lekko.
- Statsfucker


Odniosłam wrażenie, że mam do czynienia z kompetentnymi ludźmi, zupełnie nieprzystającymi do panującej w Polsce opinii o psychologach. Przez cały proces ani razu nie zostałam potraktowana jak debil - zresztą ci ludzie stale podkreślają, iż wg nich ASD nie jest upośledzeniem, lecz innym stylem myślenia. Przesłuchiwano moją wieloletnią partnerkę, analizowano też obszerny kwestionariusz, który wypełniałam ja, ona (pytania dot. funkcjonowania w dorosłości, opisy moich porażek na każdym polu) oraz moja mama (pyt. dot. dzieciństwa/niemowlęctwa). Diagnozowałam się jednak w UK, to pewnie zmienia postać rzeczy.
- Marta


Zaskoczyło mnie bardzo, że na ZA można dostać orzeczenie o niepełnosprawności.
Niestety, wiele osób uznaje ZA za ciężką niepełnosprawność, więc albo ktoś mnie traktuje jak niedorozwiniętego człowieka (jeśli się dowie), albo twierdzi że ja wcale żadnego ZA nie mam, bo ma inny obraz Aspergera.
- Mary

Rozmawiałam z bardzo rozumiejącą, aczkolwiek mocno sceptyczną psycholożką (dziwiła się np. że dość dużo mówię...). Wydaje mi się, że i tak dobrze trafiłam, bo osoba była zaznajomiona z genderowymi różnicami, jeśli chodzi o cechy charakterystyczne wynikające z ASD. W dodatku nie była homofobką - zgodziła się, żebym na drugie spotkanie przyszła z moją byłą partnerką, która zna mnie najlepiej. Poradziła mi, na jaką terapię najlepiej pójść, co też zrobiłam i na razie jestem zadowolona.
- Reckless Sleeper

 

 

 Jeden z plakatów organizacji Asperger East Anglia.

 

 

Niewielka część osób postanowiła wyrobić sobie orzeczenia o niepełnosprawności. Jedna miała je już z innego powodu, natomiast cztery udały się na komisję i otrzymały stopień umiarkowany (chyba obecnie standard przy ZA). Dwie osoby poszły na komisję same, a dwóm pozostałym towarzyszyli rodzice.

Oceny pojawiły się wszystkie możliwe - na pięć osób każda dała inną w skali 1-5. Najwyższą ocenę dał Siegfryd, który musi być niezłym optymistą - podobała mu się zarówno diagnoza, jak i komisja. M natomiast odniósł wrażenie, że komisję interesowały tylko papiery, bo prawie nie zadawali pytań.

Do czego dorosłemu Aspikowi potrzebne jest orzeczenie? Zobaczmy:

  • Ułatwienia w założeniu/prowadzeniu działalności, dostęp do  środków UE.
  • Dofinansowanie do studiów, bez którego nie mogłabym już studiować.
  • Żeby dostać pracę w zakładzie pracy chronionej.
  • Może pomóc w wielu sprawach, jak np. praca, przystosowanie miejsca pracy, stypendium itd.

 

 

  Na górze przypuszczenia, na dole potwierdzone.

 

 

Co zmieniło się po diagnozie? Sześć osób odpowiedziało, że nic. Spodziewałam się, że będzie ich więcej, ponieważ utarło się, że diagnoza w wieku dorosłym nic nie daje poza informacją.

Dla niektórych jednak ta informacja jest bardzo ważna.

Lepiej mi. Teraz już wiem dlaczego myślę inaczej, dlaczego nie mam znajomych, dlaczego nie rozumiem ludzi. Wreszcie wiem kim jestem...
- Katarzyna

 

Mam więcej luzu dla siebie, mniej się spinam w różnych sytuacjach, bardziej siebie rozumiem. poza tym różne moje zachowania stały się dla mnie samej bardziej racjonalne - skoro mam ASD, przestają być "dziwne".
- Reckless Sleeper

 

Zaakceptowałem się dużo bardziej niż do tej pory. Wiele problemów, które do mnie nie docierały nagle zaczęło mieć sens. Szukam rozwiązań dla problemów, korzystam z pozytywnych elementów AS.
- Paweł

 

Poukładałam sobie w głowie wiele rzeczy i wydaje mi się, że lepiej umiem się zachować wśród ludzi odkąd zdałam sobie sprawę, z czego mogą wynikać moje dziwne zachowania.
- Mary

 

Rozumiem teraz, że pewne moje zachowania nie są przypadkowe, a należą do konkretnego repertuaru. Poczucie, że to zostało zidentyfikowane, nazwane i opisane sprawia, że lepiej znam siebie i jestem bardziej przewidywalna - dla siebie samej i osób w moim otoczeniu. Diagnoza usprawniła komunikację z bliskimi.
 - Olga

 

Uzyskałam spokój. Wcześniej cały czas zastawiałam się, co ze mną nie tak i jak to zmienić. Czułam się jak dziwoląg - jedyny we wszechświecie, któremu nie można pomóc i z którym nikt tak naprawdę nie wie, co się dzieje i na co choruje. Diagnoza pomogła mi się z pogodzić z pewnymi rzeczami - po prostu mój mózg działa inaczej i pewnych rzeczy nie zmienię, Jestem nadwrażliwa na zmiany światła - teraz wiem, że to nie nerwica, więc nie ma co z tym walczyć, po prostu pewne bodźce zmysłowe odbieram mocniej niż inni. To tylko mój mózg, działający trochę inaczej, ale NORMALNY. I już :) Dałam sobie z tym spokój i łatwiej mi się żyje.
- Janina

 

Zmiana świadomości z "jestem zerem, świrem, debilem" na "mam zespół Aspergera".
- Mia

 

 

Niektórzy uzyskali pomoc...

 

Obecnie mam dostęp do wsparcia w zaplanowaniu dalszego rozwoju (sensowna praca, studia), wsparcia psychologicznego i ogólnego uporządkowania codziennych aktywności.
Zakładam też, że diagnoza będzie dla mnie dużą pomocą w doprowadzeniu studiów do końca.
Dodatkowo, wcześniej mogłam sobie jedynie gdybać na temat podłoża moich problemów. Teraz, gdy zostało to potwierdzone przez zespół specjalistów (choć nigdy nie można mieć pewności), odpuściłam sobie trochę. W sensie - ulżyło mi i spadła ze mnie część ciężaru. Jest nadzieja, że nie skończę pod mostem. Poza tym, jestem już kurewsko zmęczona "próbowaniem" i miło mi, że nie zostaję z tym sama.
- Marta

 

Chodzę na terapię behawioralną, dzięki której wróciłam na studia, zaczęłam realizować własne plany i ogólnie zmieniło się więcej, niż się spodziewałam - zdecydowanie na plus. Całkowicie też przestałam wstydzić się swoich różnych "dziwactw", których wcześniej nie rozumiałam.
- Szarosen

 

Mam kontakt z fundacją i jednak jakieś wsparcie od niej w razie potrzeby. Mam też papier, ale nie chcę go nigdy wykorzystywać do czegokolwiek.
- Statsfucker

 

Dzięki diagnozie zmieniło się podejście terapeutów do prowadzonej ze mną terapii zaburzeń lękowych społecznych. Moja obecna terapeutka stara się tłumaczyć mi sytuacje społeczne i dopiero wtedy zastanawiamy się, co powoduje u mnie zdenerwowanie. Dowiedziałam się też, że to ja mam wyczulone zmysły, a nie inni ludzie mało wrażliwi.
- Agnieszka

 

...a u innych po prostu...

Rodzinka mi się uspokoiła.
- M

Bo najważniejsze to mieć w domu spokój! Jeeee!

 

 

 

 

Na koniec zapytałam uczestników, czy gdyby mogli cofnąć się w czasie, poszliby jeszcze raz na diagnozę. Większość odpowiedziała, że tak. Cztery osoby nie były pewne - może spodziewały się większych zmian w swoim życiu? Tylko jedna osoba odpowiedziała nie.

Jeśli podejrzewacie u siebie Aspergera i rozważacie diagnozę, to z przeprowadzonych przeze mnie minibadań wynika, że warto to zrobić. Jeśli nawet nie nastąpi cudowne objawienie ani nie pojawią się nowe możliwości, to świadomość przyczyny swoich problemów wydaje się być bezcenna.

 

 

 

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 25
Tagi