Mam autyzm i nie zbieram pieniędzy na konto. Za to piszę, co mi się podoba.
Kategorie: Wszystkie | Info | Ja i ASD | KSIĄŻKA | Komentuję | Konstruktywnie | Opisuję
RSS
piątek, 22 lipca 2016

W zeszły piątek opuszczałam na zawsze swój zakład pracy. Spakowałam swoje rzeczy i zeszłam po schodach, nucąc sobie w głowie tę głupawą piosenkę. Zamieniłam sobie tylko naje na wyje. Hej, dziewczyno młoda! Wywalili, to do domu.

W ciągu tych trzech miesięcy zaliczyłam skoncentrowany kurs pracy na etacie. Mam na koncie przyjęcie, wdrożenie, kurs BHP, codzienne przychodzenie, imprezę firmową, jeden dzień wolny na sprawy w Warszawie, zwolnienie lekarskie (na grypę) i zwolnienie w ogóle. Sporo przygód jak na tak krótki czas!

Od poniedziałku jestem prawie ponownie na bezrobociu. Prawie, bo mam umowy o dzieło i nie powinnam zginąć z głodu. No i mogę pisać bloga - kierownictwo z byłej firmy chyba da już mi i mojej rodzinie spokój. Ciężko jest coś pisać, kiedy wszystko może zostać wykorzystane przeciwko tobie. Ale teraz chyba mogę wrócić do pisania autystycznych manuali. Te teksty mają służyć lepszemu zrozumieniu funkcjonowania osób ze spektrum, nie szukaniu na nich haka.

Czasem mam wrażenie, że moje życie jest już na straty, ale może moje doświadczenie przyda się kolejnym pokoleniom. To pewnie nieprawda, ale na głupie myśli nic się nie da poradzić.

Powróciłam do poszukiwania stałej pracy i spotkała mnie kolejna przygoda. Sysadmin polecił mnie w swojej firmie - oczywiście w innym dziale, bo administracją się nie zajmuję. Kierownik spojrzał na CV i skomentował: no spoko, ale to DZIEWCZYNA.

W jakim miejscu pracy płeć ma kluczowe znaczenie? Hmmm... pomyślmy... Ups! Nie sądziłam, że kandyduję do burdelu.

 

 

 

 

 

Jest lato, więc mało się pisze, dużo zwiedza, fotografuje i poznaje. Wczoraj poznałam miłego chłopaka z ASD, którego pasją są żarówki i systemy oświetleniowe. Bardzo oryginalne hobby!

 

A ja mam nowy aparat, do którego dokupię w przyszłości dużą lampę i teleobiektyw. Jesienią jadę do Czarnobyla i mam nadzieję, że do tego czasu zbiorę na ten sprzęt. Na razie mam statyw i dwie soczewki powiększające. Pokażę wam swoje zdjęcia.

 

Poznań

Poznań zwiedziłam przy okazji konferencji Autyzm w szkole. Zakupiłam na niej pluszową sowę o imieniu Furia, która towarzyszyła mi w zwiedzaniu. Producent Furii produkuje też fajne przypinki - sami sprawdźcie.

Teraz trochę centrum Poznania.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Furia towarzyszyła mi także na Cmentarzu Zasłużonych Wielkopolan, gdzie uzupełniała brakujące głowy w pomnikach.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

W niedzielę wraz z Furią zwiedziłam Cytadelę, która jest naprawdę pięknym parkiem. Szkoda, że było wtedy tak strasznie gorąco.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Gdańsk

 

W Gdańsku znajduje się wzgórze o nazwie Pachołek, na którym jest umieszczona nieco straszna wieża widokowa. Ale kiedy przyzwyczaimy się do wstrząsów i chybotliwej konstrukcji, to można zacząć podziwiać widoki. Jeśli macie lornetkę, to koniecznie ją zabierzcie ze sobą. Ja sobie kupiłam niedawno w Lidlu i mogłam podziwiać panoramę Gdańska w przybliżeniu.

 

Ten długi, czerwony blok to słynny Falowiec.

 

 

 

 

 

 

 

Miasto, bloki, biura... ale kiedy obrócimy się lekko w prawo, zobaczymy taki widok:

 

 

Droga Marnych (lub Zgniłych) Mostów.

 

 

 

Irys w parku Oliwskim.

 

 

 

 

Gdańsk-Sobieszewo

czyli Wyspa Sobieszewska, rezerwat Ptasi Raj.

 

 

 

 Zdjęcie pseudopanoramiczne.

 

 

 

 

 

 

 

Nowa grobla:

 

 

 

 

 

 

 A pod koniec taki widok - ale udało mi się przejść!

 

 

 

 

Dom i koty

 

A konkretnie jedna kota - zbój o imieniu Nela (Nutella).

 

 

 

 

No i oczywiście trochę roślinności z naszego ogródka - w dużym powiększeniu.

 

 

 

 

 

 

Następne zdjęcia, które opublikuję, zrobię już jako wolny człowiek.

 

piątek, 20 maja 2016

Minął miesiąc od kiedy rozpoczęłam pracę i już wylądowałam na L4. Tak, dobrze czytacie - siedzę na zwolnieniu. Dziś leci już trzeci dzień. Co takiego zrobiłam? Czy dostałam dzikiego szału i przyjechała po mnie karetka z pasami bezpieczeństwa? A może chodzenie do pracy to dla mnie zbyt duży wysiłek?

A gdzie tam. Dostałam zwyczajnej, nudnej grypy. Takiej z gorączką, katarem, kaszlem i bólem mięśni. Takiej, kiedy człowiek jest niebezpieczny dla siebie (bo zamulony gorączką) i dla otoczenia (bo zakaźny). Może trochę głupio, że już po miesiącu poszłam na zwolnienie, no ale wirus grypy nie pyta o staż pracy. Mogło być gorzej, na przykład zaraz po rozpoczęciu, no nie?

 

Wszędzie wokół słychać o maturach i robieniu prawa jazdy. To w sumie naturalna sprawa - ludzie kończą szkoły, zdają maturę i mają parę miesięcy wolnego. Nic, tylko wykorzystać ten czas na kursy i egzaminy.

Niedawno odwiedziła mnie Zakładka i opowiadała między innymi o tym, że jej syn też chce zdawać na prawko. Ja mam to już od dziewięciu lat za sobą i opowiem wam jak to u mnie wyglądało.

 

 

 



 

 

Prawo jazdy tym się różni od matury, że nie ma tam żadnych dostosowań i ułatwień. Każdy zdaje na dokładnie tych samych zasadach. Albo się uda, albo nie. Wszystko zależy od indywidualnych umiejętności, nie od bycia w spektrum lub nie. Jeśli jesteś w stanie zrobić kurs i zdać egzamin, to możesz jeździć. Przy czym uważam, że jeśli liczba tych egzaminów przekracza 5 (3 podejścia + 2 na wyjątkowego pecha), to niestety, ale raczej nie nadajesz się na kierowcę. 

W sumie jak pomyślę o ludziach, co zdali za 5+ razem, to oni zwykle i tak nie jeżdżą. Mają sobie to prawo jazdy dla formalności, ale i tak nie korzystają.

Mój kurs rozwlekł się w czasie z dwóch powodów. Pierwszy to taki, że dokupiłam sobie sporo godzin, żeby wyćwiczyć koordynację. Drugi to taki, że na egzamin trzeba było czekać dwa miesiące. Centrum Gdańska było wówczas rozkopane i nikt nie chciał zdawać w tamtejszym ośrodku. Wszyscy zwalili się do Gdyni, przez co tworzyły się ogromne kolejki. Oczywiście mało kto zdaje za pierwszym razem, więc tłum się zagęszczał.

 

 

Zdawałam egzamin w Gdyni!

 

 

 

Kiedy uczyłam się jeździć i zdawałam egzamin, miałam orzeczenie o niepełnosprawności. Nikt o nim jednak nie wiedział, bo nie było to nikomu do niczego potrzebne. Badania lekarskie sprawdzają tylko czy widzę i słyszę - więcej nie trzeba, wszystko i tak wychodzi na kursie.

Uczył mnie stary facet o imieniu Andrzej, który też był mało towarzyski i nie odzywał się poza wymaganą normę. Placu nauczyłam się szybko i wkrótce mogłam robić ten słynny łuk z zamkniętymi oczami. Najtrudniejsze było ruszanie i zmiana biegów - ale to chyba standardowe problemy kursantów. Na mojej drugiej lekcji na mieście osiem razy zgasł mi silnik na skrzyżowaniu w centrum Gdyni. Pan Andrzej wydzierał się na mnie, ludzie wokół trąbili, a ja nie mogłam ruszyć. W końcu powiedział mi, że ruszam z dwójki. Po tej lekcji wysiadłam spocona i trzęsły mi się nogi.

Zdarzało mi się wjeżdżać na krawężniki i blokować skrzyżowania, ale nigdy nie odwaliłam niczego w stylu ludzi z poniższego filmiku. Dalsze części i ogólnie cały program są dostępne na youtubie, jeśli chcecie się pośmiać.

 

 

 

 

 

Przez bardzo długi czas nie mogłam opanować zmiany biegów i skoordynowania wszystkich czynności wokół. Byłam święcie przekonana, że jeśli zdam, to będę musiała jeździć samochodem z automatyczną skrzynią biegów. Jeśli w ogóle zdam - w końcu jazda samochodem nie jest taka prosta. Trzeba patrzeć na drogę, znaki, pilnować wszystkiego wokół, opanować nogi, ręce, kontrolować biegi i prędkość... strasznie dużo rzeczy. Z tego powodu dokupiłam sobie drugą serię godzin i dobrze na tym wyszłam.

Jeśli chodzi o zmianę biegów, to w końcu się tego nauczyłam i daję sobie z tym radę. Znam jeszcze dwie osoby z Aspergerem, które mają prawo jazdy i obie jeżdżą na automacie. Wy też znacie te osoby - to Marek i Wanderratte. Miałam okazję jeździć z jednym i drugim i było zupełnie normalnie. Wśród ludzi pokutuje takie przekonanie, że automat jest dla nieudaczników, natomiast Prawdziwy Kierowca musi jeździć na manualu. Kto nie używa manuala, ten nie umie jeździć. A tak naprawdę to ważne jest patrzenie na drogę, nie gmeranie przy drążku.

W końcu przyszedł ten straszny dzień egzaminu. Zdawałam go w sobotę o ósmej rano. W nocy przed egzaminem spadł śnieg i rano po ulicach jeździły pługi z piaskarkami. Zapowiadało się ostro.

Moja grupa liczyła dziesięć osób. Teorię zdały cztery, w tym ja. Przed wejściem na plac okazało się, że będzie ruszanie pod górkę, którego pan Andrzej nigdy ze mną nie przerabiał. Jakaś babka powiedziała mi, co należy robić. Udało się. Byłam jedną z dwóch osób, które wyjechały na miasto. Śmigałam po zaśnieżonych drogach i wszystko szło dobrze. Egzaminator kazał mi zaparkować pod sklepem w zaspie śniegu. Zapytałam go, czy dobrze się czuje. Powiedział, że tak - no dobra, jedziemy, sam chciał. No i się zakopaliśmy.

W ten sposób na egzaminie poznałam wyjeżdżanie z zaspy przez rozbujanie auta. Ale po raz kolejny się udało! Głupi ma szczęście!

Jeździliśmy jeszcze trochę po mieście i wszystko szło dobrze, nie dawałam się nawet w nic wkręcić. Nie wiem, czy u was też tak robili, ale u nas standardem było to, że egzaminator próbował oszukiwać zdającego. Na przykład kazał skręcić gdzieś, gdzie jest zakaz wjazdu albo coś w tym stylu.

Jazda trwała już dość długo i zaczęliśmy się kierować w stronę ośrodka. Może zdam za pierwszym razem? Muszę skręcić na światłach w lewo, tak jak to auto przed nami. No to podążam za tym autem i przejeżdżam przez skrzyżowanie... na czerwonym.

W ten oto sposób nie zdałam egzaminu na prawo jazdy z powodu nieznajomości sygnalizacji świetlnej. Tak mi wpisali w protokole. Jeśli trzymają te protokoły w jakichś archiwach, to mają dowód na to, że w wieku dziewiętnastu lat nie znałam kolorów świateł. 

 

 

 

Niewiele brakowało!

 

 

 

Po oblanym egzaminie musiałam czekać dwa miesiące na następny. W tym czasie wykupiłam sobie kolejne jazdy, ale tym razem u innego instruktora. Zmiana instruktora dobrze robi, bo nowy zwraca uwagę na inne rzeczy i nie jest przyzwyczajony do kursanta. Tym razem jeździłam z panem Maćkiem, który był młodszy i nie wydzierał się tyle, co pan Andrzej. Nie puszczał też Gosi Andrzejewicz w samochodzie. Do tej pory, kiedy słyszę jakąś piosenkę Gosi Andrzejewicz, to przypomina mi się kurs prawa jazdy.

Drugi egzamin zdałam bez większych problemów. Jednak i tak nie jeździłam autem, bo go nie miałam. Okazja trafiła się dopiero pięć lat później, kiedy trafił mi się nieużywany Matiz. Nieużywany w sensie stojący w garażu, nie nowy. Nowy zdecydowanie nie był, był stary i poobijany. No ale zawsze to coś.

Wykupiłam sobie kilka godzin w celu przypomnienia jak się jeździ. Na początku było nieco dziwnie, ale wszystko sobie przypomniałam. Najtrudniejsze były wizyty w Urzędzie Skarbowym i Wydziale Komunikacji. Dostałam dokładne instrukcje, co mam zrobić i poszłam tam zupełnie sama. Z urzędnikami sobie jakoś poradziłam bez większej zawiechy, ale zostawiłam tablice rejestracyjne w US i ludzie wpychali się przede mnie w kolejce. W WK stałam strasznie długo w kolejce. W pewnym momencie ktoś z rodziny do mnie przyszedł, bo zaczęli się martwić. Jednak nic się nie stało, po prostu kolejka była duża i ludzie się wpychali.

No i udało się! Zostałam oficjalnie właścicielką starego Matiza! Niewiele nim jeżdżę, bo nie ma takiej potrzeby. Komunikacja miejska działa u nas dobrze, a ja mam chorobę lokomocyjną. Poza tym uważam, że samochód przydaje się, jeśli ktoś mieszka na zadupiu. W mieście służy głównie do popisywania się i generowania korków. W rezultacie jeżdżę bardzo rzadko, głównie właśnie na jakieś zadupia. Najdłuższa trasa to wakacje w okolicach Kościerzyny, które opisywałam wam tutaj.

Jeżdżę zupełnie przeciętnie - ani jakoś super, ani tragicznie. Ale matka i tak za każdym razem wariuje i uważa, że jeżdżę jak na obrazku poniżej.

 

 

 

 

 

Ogólnie ludzie z ASD mogą jeździć samochodem. Czasem nauka zajmuje więcej czasu, czasem przydaje się automatyczna skrzynia biegów, ale ogólnie jest to możliwe i całkiem przydatne. Problemy mogą pojawić się przy:

  • koordynacji wszystkich czynności,
  • zmianie biegów,
  • szybkości reakcji,
  • przewidywaniu sytuacji na drodze,
  • płynnych zmianach np. prędkości - nie jeździmy przecież tak, że zmieniamy ją dopiero przy znaku, ale stopniowo wcześniej.

Większość z tych rzeczy można podciągnąć dłuższą nauką lub różnymi wspomagaczami - czy to wspomniana już skrzynia biegów, ale także takie wynalazki jak czujnik parkowania i podobne. Po to one są, żeby ułatwiać ludziom życie.

Jeśli jednak się nie uda, no to cóż - wielu neurotypowych też nie nadaje się do prowadzenia samochodu. Oni mają jednak ten komfort, że nie podciąga się wszystkiego, co robią do zaburzeń. Jeśli neurotypowy Jaś nie radzi sobie z czymś, to trudno, ludzie są różni, na pewno umie robić inne rzeczy. Jeśli autystyczna Małgosia sobie z czymś nie radzi, to wina autyzmu, w ogóle autycy się nie nadają do takich rzeczy, to są chorzy ludzie. A jeśli sobie radzi, to udaje i nie ma autyzmu. To są podwójne standardy, które nadają się na osobną notkę.

Czy są tu inne osoby ze spektrum, które mają prawo jazdy? Jak wspominacie naukę? Jak sobie radzicie na co dzień? Dostajecie mandaty? Ja na szczęście jeszcze nie zaliczyłam żadnego i oby tak zostało. Nie wiem, jak zachowałabym się w sytuacji mandatu albo jakiejś kolizji. Zwłaszcza to drugie mogłoby być straszne. Mam nadzieję, że nigdy nie będę musiała sprawdzać tego na żywo.

 

 

 

 

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

 

Tydzień temu szykowałam się do pierwszego dnia w nowej pracy. Praca jest nie byle jaka, bo w końcu taka prawdziwa, długoterminowa, na umowę o pracę. Do tej pory trafiały mi się same śmieciówki, staże, praktyki i podobne badziewia. No i oczywiście wszechobecne próby wyrolowania naiwnych na dynamiczne pitupitu.

Tydzień temu się bałam. Pracę mam właściwie dzięki poprzedniemu artykułowi, który trafił później do Wyborczej, Interii i Focha. Na Wykopie też był. Jedna z firm, która wcześniej mnie odrzuciła, nagle znalazła dla mnie stanowisko. Było to megaśmieszne, zwłaszcza że na kolejnej rozmowie zapytano mnie, czy dalej prowadzę bloga. Owszem, prowadzę i nawet jadę na kolejną konfę.

Tak oto mam szefostwo, które czyta Koci Świat ASD. Pozdrawiam serdecznie! :P

Strach był duży. No bo mogę sobie robić aferę w internetach, ale jak będzie na żywo? Pojawiło się to uczucie, że jestem właściwie testowym egzemplarzem autyka. Jeśli zrobię coś głupiego, to opinia o mnie przejdzie na całą społeczność. Jeśli wyjdę na debila, to w świat pójdzie opinia, że autycy to debile. Nie ja jako jednostka, tylko wszyscy. Noooo, kiedyś wzięliśmy dziewczynę z Aspergerem, ale była taka i owaka, oni się do niczego nie nadają, to są chorzy ludzie...

A z drugiej strony, to jeśli okażę się taka sama lub lepsza od ludzi na tym samym stanowisku, to w świat pójdzie opinia, że autyk to człowiek jak każdy inny, nadaje się do pracy i nie robi wiochy.

 

 

 

Ruiny dworku w Starej Hańczy.

 

 

Szefowie też się bali. W ciągu minionego tygodnia przychodzili kilka razy dziennie do pokoju, w którym siedzę i pytali czy wszystko u nas w porządku. Chyba myśleli, że będę się bujać, walić głową w ścianę albo rzucać gównem w facetów siedzących obok. A tu nic z tego. Chyba zrujnowałam wyobrażenia tego, jak zachowuje się osoba ze spektrum autyzmu.

Siedzę sobie spokojnie jak kwiat lotosu na tafli jeziora. Albo jak łabędź na tafli jeziora Wigry.

Wszystkie dzisiejsze foty są mojego autorstwa tak w ogóle. Zrobiłam je w czasie wyprawy do Suwałk i wycieczek z Markiem. Jeśli ktoś z mojej firmy chce obejrzeć inne, to zapraszam do obejrzenia kalendarza.

 

 

 

Jezioro Wigry.

 

 

Największym problemem w nowej pracy jest rozpoznawanie ludzi. Do tej pory umiem jako tako zidentyfikować cztery osoby, z czego dwie siedzą ze mną w pokoju na stałe, natomiast dwie pozostałe dość często przychodzą. Reszta wciąż zapisuje się w /dev/nullu, łącznie z szefami, zastępcami i resztą ekipy, którą wypadałoby rozpoznawać.

Nie mam pojęcia z kim rozmawiałam na rozmowach kwalifikacyjnych. Imiona i nazwiska pamiętam, natomiast nie same osoby. Mogłam je mijać setki razy, ale nie rozpoznać. Nie robię tego specjalnie. Nie ma sensu się obrażać, lepiej przypomnieć kim się jest - nawet kilka razy dziennie.

 

 

 

Jezioro Hańcza.

 

 

 

Drugim moim problemem jest to, że matka każe mi się ładnie ubierać. Nie wiem, dlaczego programistka ma chodzić odstawiona jak szczur na otwarcie kanału elegancka starsza pani. Do tej pory przychodziłam ubrana zwyczajnie, ale codziennie słyszę narzekania w domu, że fuuuu i źle. Moi koledzy z pokoju mogą nosić dżinsy i koszulki z napisem DENATURAT. Ja mam się stroić jakbym szła na randkę albo spotkanie z klientem. Powtarzam matce, że nie jestem wdrożeniowcem ani przedstawicielem handlowym, ale nie dociera.

Według mnie, strój programisty powinien spełniać trzy kryteria:

  • czystość,
  • brak golizny,
  • brak wulgarnych/obraźliwych napisów.

Reszta to kwestia gustu. Ładne ubrania są trudne do zniesienia, bo są niewygodne i trzeba o nich cały czas pamiętać.

 

 

 

Jezioro Wigry.

 

 

To są póki co moje jedyne problemy związane z pracą. Chyba - bo mogłam coś odwalić i o tym nie wiedzieć.

Jeśli chodzi o pracę jako taką, to na razie robię niewiele zadań i są one bardzo proste. Do tego robię je pod nadzorem. Powody mogą być dwa: albo mam się bardzo powoli przyuczać, albo uważają mnie tam za dziecko specjalnej troski. Mam nadzieję, że ten pierwszy powód jest prawdziwy. Firma od wielu lat tworzy dość kobylasty program, w którym można się pogubić nawet jako użytkownik. Lepiej dać nowemu pracownikowi jakieś proste zadania, żeby powoli zapoznawał się z całością.

Albo nowy pracownik to autystyczny debil, który lepiej niech udaje, że pracuje. To też możliwe, bo pani z kadr kilka razy się pytała czy mam orzeczenie. Za 02P/12C są w końcu ładne dotacje.

A ja orzeczenia nie mam, bo uważam się za osobę w pełni sprawną fizycznie i umysłowo.

Kiedy byłam w Suwałkach, nagrałam z Markiem filmik o zatrudnianiu osób z ZA. Film powstał na zamówienie Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, ale przemawiamy z pokoju Marka w Suwałkach. W Lublinie jeszcze nie byłam.

 

 

 

 

 

 

Marek i ja byliśmy prelegentami na konferencji organizowanej przez Niepubliczną Terapeutyczną Szkołę Podstawową Bajka w Suwałkach. Marek opowiadał o swoim dorastaniu, a jego mama o wychowywaniu dziecka z ZA. Ja natomiast opowiedziałam o stimach i fiksacjach - o tym, jak je przeżywam i co one dla mnie znaczą. Potem był panel dyskusyjny, w którym uczestniczył także Piotrek (znany czytelnikom tego bloga jako Sysadmin). Miałam nadzieję, że opowie coś więcej ze swojej perspektywy, jednak jego tematyka autyzmu niewiele obchodzi. Gdyby ktoś zadał mu pytanie dotyczące systemów, sieci lub serwerów, to pewnie do dzisiaj by nie skończył. Ale nikt takiego pytania nie zadał.

Najciekawsze pytanie, z jakim się spotkałam na konfie w Suwałkach, to jak nauczyć kota korzystać z drapaka? Nie padło ono na sali, ale na korytarzu, bo tam też ludzie mnie zaczepiali. Otóż ja zrobiłam to tak, że pokazałam kotom jak się drapie w drapak. Na zachętę powiesiłam jeszcze parę kolorowych sznureczków. Wiem też, że niektórzy używają do tego celu kocimiętki.

Marek pokazał mi dużo pięknych miejsc w Suwałkach i okolicach. Nie udało się zobaczyć wszystkiego, bo nie było na to czasu, ale mam nadzieję, że jeszcze tam kiedyś będę. Może do tego czasu kupię sobie lepszy aparat - w końcu mam już stałą pracę. Na razie fotografuję sprzętem za stówę z Lidla, bo najważniejsze jest oko. Jednak tanim aparatem nie sfotografuję małych obiektów lub czegokolwiek w słabym oświetleniu.

 

 

Obejrzyjmy zdjęcia!

 

 

 

Jezioro Wigry i klasztor.

 

 

 Rzeka koło Wigier.

 

 

Rzeka koło Wigier.

 

 

 

Żaby w jeziorze Wigry.

 

 

 Jezioro Wigry.

 

 

Ogólnie w okolicach Suwałk jest tak, że jeśli traficie na jakieś jezioro, to będą to prawdopodobnie Wigry.

 

 

 

Rzeźba w klasztorze.

 

 

Klasztor nad Wigrami.

 

 

Ładne widoki #1 - pole.

 

 

Ładne widoki #2 - wieża widokowa.

 

 

Ładne widoki #3 - widok z wieży.

 

 

 Ładne widoki #4 - widok z wieży.

 

 

Może się wydawać, że Suwalszczyzna jest płaska. Nic bardziej mylnego! Teren jest bardzo pagórkowaty. Drogi są kręte i robi się na nich niedobrze podczas jazdy.

 

 

 

Ładne widoki #5 - jezioro Hańcza.

 

 

Ładne widoki #6 - mosty w Stańczykach.

 

 

 

Ładne widoki #7 - mosty w Stańczykach.

 

 

Tężnie w Gołdapi.

 

 

No i oczywiście...

Cmentarze

 

 

 

Cmentarz Siedmiu Wyznań w Suwałkach.

 

 

 

Cmentarz Siedmiu Wyznań w Suwałkach.

 

 

 

Cmentarz Radziecki w Suwałkach.

 

 

 

Cmentarz żydowski w Jeleniewie.

 

 

 

Cmentarz ewangelicki/wojenny w Dubeninkach.

 

 

 

Cmentarz ewangelicki/wojenny w Dubeninkach.

 

 

 

Cmentarz żydowski na skarpie nad jeziorem Sumowo.

 


sobota, 19 marca 2016

 

Wczoraj dostałam wiadomość, że muszę zamknąć bloga, ponieważ jako osoba z zespołem Aspergera nie dostanę pracy. Była to dla mnie bardzo przykra wiadomość, ponieważ wiem, że ten blog pomaga wielu ludziom. Dla mnie też jest ważny, ponieważ mogę opisać swoje doświadczenia i zawrzeć ciekawe znajomości.

Zablokowałam bloga na jeden dzień. A potem pomyślałam sobie: chwila! Przecież właśnie moi czytelnicy traktują mnie jak normalnego człowieka! Przecież to właśnie oni chcą posłuchać, co mam do powiedzenia. Przecież wielu z nich mnie wspiera! Mam niszczyć swoją pracę dla kogoś, kto i tak uważa mnie za gówno? Dla kogoś, komu przeszkadza to, kim jestem? Likwidacja bloga nie zmieni mnie w osobę neurotypową. Sprawi natomiast, że zniknie coś bardzo ważnego dla wielu ludzi.

Mama mówi mi, że mogę być sobie dziwakiem, kiedy będę już miała dobrą pozycję wśród ludzi. Problem jest taki, że zawsze byłam dziwna i tak już zostanie, chociaż naprawdę świetnie funkcjonuję i dużo się nauczyłam.

 

 

 

Do pracodawców

 

Pewnego dnia otrzymaliście CV, które bardzo was zainteresowało. Spotkaliśmy się więc na rozmowie. Pytaliście się mnie o różne rzeczy, czasem dawaliście mi do rozwiązywania testy. Kontakt między nami był świetny. Zachwycaliście się mną bez większych zahamowań. Jaka inteligentna, jaka wykształcona, zdolna, kreatywna, milutka, kontaktowa, chętna do pomocy. Spotykaliśmy się co parę dni na kolejnych rozmowach. Zostało już tylko dwóch-trzech kandydatów albo nawet tylko ja. Opowiadaliście mi o mojej przyszłej pracy, zarobkach, szkoleniach, możliwościach rozwoju. Miałam wrażenie, że od nowego miesiąca zacznę u was pracować i bardzo się cieszyłam.

A potem przyszło wam do głowy, żeby zapytać się o mnie wujka Googla. I nagle waszym oczom ukazało się słowo AUTYZM. Nie w kontekście akcji charytatywnych, w których pomagam dzieciom z autyzmem. Chodziło o mnie. Mam zespół Aspergera.

Natychmiast zerwaliście ze mną kontakt i podpisaliście umowę z kimś innym. Może nie wzbudzał takich zachwytów, może miał gorsze kwalifikacje, ale przynajmniej był normalny. Ja już przestałam być normalna. W mgnieniu oka z kompetentnej kandydatki zmieniłam się w upośledzone dziecko walące głową w ścianę.

Mam ochotę walić głową w ścianę. Z rozpaczy. Na co dzień wcale tego nie robię.

 

 

 

 

 

Wiecie, co jest w tym wszystkim zabawne? To, że branża IT stoi na wynalazku stworzonym przez Alana Turinga, który prawdopodobnie miał zespół Aspergera. Większość tych pracodawców korzysta z Windowsów, które wymyślił Bill Gates - prawdopodobnie też z ZA. Siedzicie na GNU/Linuksach? Richard Stallman ma potwierdzone ZA.

A wszystko to chodzi na prąd. To, że macie prąd w gniazdkach, jest zasługą Nikoli Tesli - dziwacznego geniusza z Aspergerem. On też miał potworne problemy ze znalezieniem pracy. Nieraz sobie myślę, że mamy dużo ze sobą wspólnego. Może pewnego dnia też wymyślę coś ciekawego?

Ludzie ze spektrum nie muszą być genialni. Zwykle nie są. No ale powiedzmy sobie szczerze: wasze firmy też nie tworzą wynalazków na miarę prądu. Do wytwarzania zwykłego, nudnego oprogramowania wystarczy myśleć logicznie, dobrze analizować i szybko się uczyć. To akurat ludzie z ASD dostają w pakiecie od natury.

 

 

 

 

 

 

Pracodawcy boją się osób ze spektrum. Pewnie sobie myślą, że byłabym cały czas na zwolnieniu - nie byłabym, bo jeśli choruję, to raz w roku na grypę. Nie chodzi za mną PIP ani PFRON, bo nie mam orzeczenia o niepełnosprawności. Nie będzie przyjeżdżać po mnie karetka z kaftanem bezpieczeństwa - nie jestem chora psychicznie.

Nie trzeba nawet przystosowywać do mnie stanowiska pracy. Wystarczy tylko trochę życzliwości i jasnych instrukcji. Moje straszliwe problemy polegają na tym, że nie zawsze rozumiem ludzkie zachowania i nie dostrzegam ukrytych znaczeń. Po prostu nie czytam w myślach. Tyle.

Na pewno już zauważyliście, że umiem ładnie się wysławiać i dobrze radzę sobie z wypowiedziami pisemnymi. Z ustnymi także - przecież świetnie nam się rozmawiało. Potrafię też występować na konferencjach, czego nawet ludzie neurotypowi się boją. Ja nie. Znam języki, myślę spójnie i logicznie. Nie mam fobii społecznej. Mogę nawet rozmawiać z klientem - o ile rozmowa będzie na konkretny temat i nie będzie zawierała negocjacji.

Ale czekajcie... czy ja się zgłaszałam na prezentera albo handlowca? Czy ja chcę pracować przy obsłudze klienta? No właśnie nie. Mam się zajmować produkcją oprogramowania. Szukacie informatyka czy gwiazdy estrady?

Równie dobrze możecie odrzucić mnie ze względu na krótkowzroczność czy nadwagę. Informatyk nie jest co prawda snajperem ani modelką, no ale jak już brniemy w absurd, to na całość.

 

 

 

 

 

Czym jest dla was równość? Chyba tylko ładnym hasełkiem. Niejedno z was posyła swoje dziecko do klasy integracyjnej lub samo do takiej chodziło. Jesteście bardzo tolerancyjni i popieracie integrację... pod warunkiem, że nie będziecie w niej uczestniczyć. Można sobie mieć autyzm czy Aspergera, ale gdzie indziej.

Nie wymagam opieki ani asystenta. Nie chodziłam nawet do wspomnianej klasy integracyjnej. Chodziłam do dobrych szkół z dziećmi starszymi do siebie, bo mam IQ powyżej normy. Skończyłam studia na standardowych warunkach i wykonywałam różne prace również na standardowych warunkach. Chcę znaleźć sobie fajną firmę, mieć umowę na stałe i płacić podatki. Nie chcę mieć orzeczenia ani renty.  Nie chcę pracować w zakładzie pracy chronionej ani marnować swoich talentów w jakimś magazynie.

Te ponure wizje mogą się jednak spełnić, jeśli nie przestaniecie dyskryminować ludzi takich jak ja. Jedna osoba na sto znajduje się w spektrum autyzmu. Sporo z nich już jest w branży informatycznej, ale wy określacie ich jako dziwaki albo nerdy. Część z nich ma diagnozę, część nie. Część nigdy nie ujawni się, bo boi się utraty pracy. Nie szkodzi, że wcześniej byli specjalistami - słowo autyzm działa jak zaklęcie, które zmienia normalnego człowieka w kiwające się dziecko.

Znam osoby, które tak jak ja mają Aspergera i pracują w normalnych firmach. Ich przełożeni wiedzą o ZA i nic się nie dzieje. Czasem sobie nawet z tego żarty robią.

Dotychczas uważałam środowisko informatyków jako tolerancyjne dla zdolnych dziwaków. Niestety okazało się, że bardzo się pomyliłam. Jest mi niesamowicie przykro.

Mogę zlikwidować bloga. Mogę udawać neurotypową. Jest to jednak tylko chowanie głowy w piasek, takie udawanie, że się czegoś nie widzi. A jak się czegoś nie widzi, to pewnie zniknie. Spróbujcie przełamać swój lęk. Ludzie z ASD nie są tak groźni jak się wydaje.

 

 

 

 

 

 

Do rodziców i mediów

 

Tu będzie nieco krócej. Chciałabym, żebyście zastanowili się nad tym, co puszczacie w świat. Obrazki z cierpiącymi dziećmi na pewno przydają się w kampanii 1%. Pieniądze są potrzebne - można dzięki nim wysłać dziecko na różne zajęcia poprawiające umiejętności społeczne.

Jednak utożsamianie ASD z chorymi dziećmi jest okrutne dla dorosłych ze spektrum. Wasze dzieci też kiedyś będą dorosłe i mogą spotkać się z taką samą dyskryminacją jak ja. Ludzie z ASD mogą i powinni pracować. Jednak trzeba popracować ostro nad wizerunkiem autyków. Nie jesteśmy chorzy i beznadziejni. Jesteśmy po prostu inni.

 

 

 

 

Niedługo Światowy Dzień Świadomości Autyzmu. Chciałabym, żebyście z tej okazji zrobili coś innego, niż podświetlanie budynków na niebiesko lub zbieranie kasy na chore dzieci. Chciałabym, żebyście pokazali pozytywne strony ASD, bo takich jest mnóstwo. Chciałabym w końcu zobaczyć autyzm w innym kontekście. Pokażcie światu, że jesteśmy fajni i wartościowi.

 

 

Dodatek

Po raz kolejny witam na blogu Wykopowiczów, Gazeciarzy z głównej i Foszastych :)

Zapraszam też na bloga Marka o podobnej tematyce. Pracy szuka również Karolina.

Dziękuję wszystkim, którzy zachęcają mnie do rekrutacji w swoich firmach z całej Polski. Jeszcze popróbuję trochę w Trójmieście i jeśli dalej nic z tego nie wyjdzie, to zacznę się do was zgłaszać.

poniedziałek, 08 lutego 2016

 

Pisałam już nieraz, że nauczyłam się czytać w wieku dwóch lat. Ktoś kiedyś zapytał mnie o proces nauki czytania - czy to pamiętam i jak to się działo, że zaczęłam widzieć znaczenie w ciągach abstrakcyjnych znaczków. Odpowiedziałam, że nie wiem. Nauka czytania nałożyła się czasowo z powstawaniem samoświadomości i zdolności do zapamiętywania wydarzeń. Oznacza to, że o ile mam w głowie przebłyski dotyczące książeczek, literek i innych akcesoriów, to samego procesu przyswajania już nie. Byłam o wiele za młoda, żeby móc to analizować na bieżąco. Nie mogę też cofnąć w głowie filmu i przemyśleć sprawy z dzisiejszej perspektywy, bo zapisało się za mało danych.

Ale mogę wam powiedzieć, co dała mi nauka czytania w tak wczesnym wieku. A dała naprawdę dużo.

 

 

 

 

 

Kiedy myślę o tym, pojawiają mi się w głowie sceny z filmu Temple Grandin o otwieraniu drzwi. Chodziło w nich o pojawianiu się zdarzeń, które otwierały nowe możliwości. Widzę też powiedzenie jak drzwi są zamknięte, to wejdź oknem, które oznacza szukanie obejścia, takiego planu B.

Czytanie było - i nadal jest - dla mnie takim obejściem. Dla autystycznego dziecka świat jest trudnym miejscem do zrozumienia. Niewiele uczymy się intuicyjnie czy przez naśladowanie. Ludzie i ich zachowanie to dla nas coś kompletnie bezsensownego i niezrozumiałego. Świat jest chaotyczny, bodźce napieprzają zewsząd jak oszalałe i nie wiadomo, co z tym zrobić.

Rozejrzyjcie się wokół i zobaczcie ile nasz świat zawiera tekstu. Napisy są wszędzie - w książkach, na opakowaniach, na budynkach. Są reklamy, znaki, tablice, różne opisy. Internet jest tekstowy. Mój przekaz, który właśnie czytacie, jest tekstowy.

Gdybym nie umiała czytać, świat wyglądałby dla mnie jak ta strona. Podejrzewam, że prawie nikt z was nie rozumie, o czym ona tak właściwie jest. Ale kiedy zmienicie język w opcjach na górze, nagle sytuacja się zmienia. Zaczynacie rozumieć i nawet się jakoś orientować.

Tym właśnie było dla mnie czytanie. Nie rozumiałam ludzi i ich dziwnych zwyczajów. Nie potrafiłam radzić sobie społecznie ani sensorycznie. Ale przynajmniej wiedziałam, gdzie jestem. I to był bardzo dobry początek.

 

 

 

 

 

 

 

Interakcje z ludźmi były zawsze dla mnie problemem. Do pewnego wieku byłam po prostu mocno nietypowym dzieckiem, ale nikt nie widział zaburzeń. Wszystko zaczęło się, kiedy poszłam do żłobka i zetknęłam się z większą grupą dzieci. Nie miałam pojęcia, co należy z nimi robić i dlaczego mam w ogóle coś z nimi robić. Do tego dywan strasznie śmierdział, a z sufitu waliły jarzeniówki. No to siedziałam sobie z boku i przekładałam sobie jakieś obiekty tam i z powrotem.

Wychowawczynie często podchodziły i pytały, dlaczego nie bawię się z dziećmi. Odpowiadałam, że nie umiem. Umiałam tylko wtedy, kiedy ktoś po kolei mówił mi, co mam robić. Z czasem nauczyłam się zabaw według scenariusza, z konkretnymi regułami. Ale jeśli reguł nie było, to pojawiał się problem. Mam się bawić. W porządku, ale w co? Z kim? Do kogo mam podejść i co mu powiedzieć? Co robić dalej?

Była to dla mnie wielka niewiadoma. Na szczęście miałam książki, w których bohaterowie bawili się i wspólnie przeżywali różne przygody. Mogłam wziąć taką książkę i poczytać o zabawach. Czy ogólnie o świecie, bo książki miały różną tematykę. Nie potrafiłam przyswoić tej wiedzy z obserwacji, bo ten kanał przepływu informacji był u mnie zamknięty. Za to otworzyłam sobie inny i poznawałam świat ludzkich interakcji drogą alternatywną. Poznawałam też słowa widząc je, bo w wersji mówionej nie były do końca zrozumiałe. Ważne jest dla mnie połączenie brzmienia słowa z jego wyglądem. To, co usłyszę, szybko odlatuje w niepamięć. To, co zobaczę, zapisuje się.

 

 

 

 

 

 

 

 

Podczas szukania informacji o wczesnej nauce czytania natrafiłam na zarzuty... odbierania dzieciństwa. Co za bzdura! W takim razie każdy rozwój odbiera dzieciństwo. Po co mówić, po co chodzić, skoro można pobyć nieco dłużej dzieckiem i kwilić w kołysce?

To chyba wymyślili ci sami ludzie, którzy dziwią się, że można czytać cokolwiek dla relaksu. Dla nich czytanie to męczący obowiązek.

Moja mama wpadła na pomysł bombardowania mnie językiem od niemowlaka i jestem jej za to wdzięczna jak cholera. Gdybym była izolowana od słowa pisanego do momentu pójścia do szkoły, być może nie pisałabym dzisiaj tego bloga. Nie rozumiałabym świata przepełnionego napisami. Nie mogłabym poznawać ludzkich zachowań z książek. Może czytanie o ludziach nie jest tym samym, co przebywanie z ludźmi, ale lepsza taka ścieżka rozwoju, niż żadna. A taki byłby właśnie mój rozwój społeczny - żaden.

Zamiast czytać książeczki i poznawać podstawy ludzkich interakcji, siedziałabym sama w kącie i układała zabawki w linie. Zamiast uczyć się gotowych zdań i przeprowadzać testy z ich użyciem, zajmowałabym się podziwianiem przesypywanego piasku. Tak, takie rzeczy są niesamowicie fascynujące i w żadnym wypadku nie są złe. Są po prostu inne. Ale na pewno nie rozwijają społecznie.

Człowiek jest (nie)stety istotą społeczną i musi sobie jakoś radzić w grupie. Powinien wiedzieć jak działają ludzie i jak należy się z nimi obchodzić. Pisałam wam już, że uczyłam się bycia nastolatką z pisemek typu Bravo. Znałam słownictwo, modnych artystów i trendy. Mogłam prowadzić swoje zmyślone życie wraz z bohaterami powieści. Mogłam uczyć się bycia człowiekiem, chociaż cały czas przebywałam za szybą.

Dzięki książkom poszerzałam słownictwo, utrwalałam zasady pisowni i ćwiczyłam pamięć. Tak jak neurotypowi. Ale uważam, że czytanie dało mi dużo więcej, niż daje neurotypowym. Dla mnie było tym oknem na świat, który oni mieli dostępny bez problemu.

 

 

 

 

 

 

 

Metoda, którą nauczyłam się czytać, to prawdopodobnie czytanie globalne. Nie jestem tego do końca pewna, bo byłam malutka, ale by pasowało. Nigdy nie literowałam ani nie sylabizowałam, tylko odbierałam słowo w całości. Nie zaczynałam od liter, tylko od obrazków z podpisami. Brzmi jak czytanie globalne właśnie.

Od razu mówię, że ten wpis nie jest reklamą czegokolwiek, tylko opisem moich własnych doświadczeń. Nie mam z tego żadnego zysku. A jeśli mam, to i tak nie znam danych do konta.

Znalazłam różne strony dotyczące nauki czytania. Tutaj jedna z nich (z komentarzem o odbieraniu dzieciństwa), tutaj bardziej o czytaniu typowo globalnym. Jeśli chodzi o treści nakierowane typowo na autyzm, to mam parę źródeł anglojęzycznych: Literacy Instruction, Autism Speaks i artykuł o tym, że czytanie to kluczowa umiejętność zamieszczony na blogu dotyczącym edukacji specjalnej.

Jeśli ktoś ma ochotę na książkę o dręczeniu dzieci i odbieraniu im dzieciństwa, to udostępniam pdfa pod tytułem When Babies Read. Zastosowanie grozi brakiem analfabetyzmu, poznawaniem świata, znajomością ortografii i gramatyki, czytaniem z dużą prędkością i byciem mądrzejszym od rodziców. To ostatnie wzięłabym w szczególności pod rozwagę.

 

 

Dodatek

Wpadłam jakiś czas temu na taką koncepcję, która może być prawdziwa lub nie. Na razie nie ma ona żadnych podstaw naukowych, więc należy ją potraktować z bardzo dużym sceptycyzmem.

Ludzki mózg uczy się pierwszego języka za pomocą mechanizmu o nazwie Language Acquisition Device. Jest to wrodzona zdolność do przyswajania gramatyki, która zanika w wieku mniej więcej pięciu lat. Oczywiście można się w dalszym ciągu nauczyć mówić, jednak jest to dużo trudniejsze. Okres krytyczny przyswajania pierwszego języka (First Language Acquisition) kończy się w wieku 12-13 lat. To zostało potwierdzone.

Mogę uczyć się różnych języków całkiem łatwo, ale zawsze będą to języki obce. Mój okres krytyczny przyswajania języka jako własnego już dawno minął.

 

 

 

 

 

 

Pomyślałam sobie, że może u ludzi z cięższą formą autyzmu ten okres krytyczny jest dużo krótszy i kończy się w całości około piątego roku życia. Sam LAD byłby aktywny tylko przez pierwsze dwa lata. Później jeszcze dwa-trzy lata jako-takiej przyswajalności i nagle koniec. Każdy język staje się od tej pory obcy. 

Takie skrócenie okresu krytycznego wyjaśniałoby regres rozwoju mowy i konieczność uczenia pierwszego języka jak obcego, w wielu przypadkach nieskutecznie. Zauważcie też, że osoby, które w wyniku różnych zaniedbań bardzo późno zaczęły uczyć się mówić, zachowują się podobnie do osób autystycznych. Pod względem komunikacyjnym oczywiście, nie w całości.

Zapytałam Noama Chomskiego, co myśli na ten temat. Odpowiedział, że brzmi całkiem sensownie, ale nie zajmuje się autyzmem. Skierował mnie do Maryanne Wolf, która siedzi w temacie lingwistyki i autyzmu, ADHD oraz dysleksji. Maryanne do dzisiaj nie odpowiedziała, ale mam nadzieję, że kiedyś to zrobi. Nawet jeśli odpowiedź będzie brzmiała Boże, co za bzdury, to i tak będę szczęśliwa. Będę przynajmniej wiedziała, czy dobrze kombinuję.

Co to ma wspólnego z czytaniem? Otóż być może, jeśli będziemy intensywnie uczyć dziecko języka od niemowlaka, to uda się wykorzystać LAD i cały okres krytyczny, dopóki jeszcze jest aktywny. 

Jest na sali lingwista?

 

 



 

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 25
Tagi