Mam autyzm i nie zbieram pieniędzy na konto. Za to piszę, co mi się podoba.
Kategorie: Wszystkie | Info | Ja i ASD | KSIĄŻKA | Komentuję | Konstruktywnie | Opisuję
RSS
wtorek, 24 marca 2015

 

Chodzą stereotypy, że osoby z autyzmem żyją w wymyślonym świecie. Jednak ASD to ani schizofrenia, ani Piękny Umysł. Urojone elementy występują w nim wyłącznie wtedy, kiedy ktoś interesuje się matematyką. Kiedy już przestanie rozwiązywać zadania, to wszystko wraca do normy. Nie ma kolorowych witraży, łąki pełnej motyli ani innych bajkowych cudów. Jest zwykła, szara rzeczywistość, pełna niezrozumiałych interakcji społecznych.

Poniższe alternatywne zakończenie Domu dla zmyślonych przyjaciół pani Foster jest ciekawe, jednak totalnie niezgodne z rzeczywistością.

 

 

 

Co jednak robić, kiedy chciałoby się mieć jakichś przyjaciół, ale rzeczywistość jest okrutna i można najwyżej dostać w ryja? Można sobie tych przyjaciół wymyślić. Wielu ludzi ma w dzieciństwie wymyślonych przyjaciół i ja też takich miałam. Jedyna różnica była taka, że moi byli dostępni dla każdego - byli postaciami z książek. Moja wyobraźnia nie pozwala za bardzo na konstruowanie nowej postaci, a już na pewno nie w formie popularnych potworów. Jednak bohaterowie książek już istnieli, mieli osobowość i przygody - nic, tylko brać.

Nic, tylko brać i pisać fanfiki, prawda? Gdybym tylko miała umysł pozwalający na generowanie złożonych historii, to napisałabym ich mnóstwo. Takiego umysłu jednak nie mam, więc pozostaje mi przeżywać przygody na kartach książek.

Moje życie jest potwornie nudne. Niektórym wydaje się, że jestem nie wiadomo jak ciekawą osobą, ale tak nie jest. Tak naprawdę to wygląda mniej więcej w ten sposób: budzę się, idę do szkoły/pracy/sklepu/nigdzie (w zależności od etapu), wracam, idę spać. Po drodze nie odzywam się niemalże do nikogo. Przemykam wśród ludzi jak duch. Oni mnie nie zauważają, ja ich za bardzo nie odróżniam. Bywały dni, w których nie wypowiadałam żadnego słowa.

 

 

 

 

 

Nauczyłam się czytać w wieku dwóch lat. Od tamtej pory przeczytałam mnóstwo książek. W wieku szkolnym czytałam książki Bahdaja, Niziurskiego i podobne przygodówki. Występowali tam bohaterowie mniej więcej w moim wieku, więc mogłam sobie wyobrażać, że jestem tam z nimi i miło razem spędzamy czas. W książkach dzieciaki łączyły się w dobrze zgrane grupy i przeżywały ciekawe przygody. Była to niesamowita odskocznia od rzeczywistości, w której ciągle było coś nie tak, a ludzie mieli znowu jakiś problem. Mogłam mieć swój alternatywny świat, do którego wybierałam się w razie potrzeby.

Ha, a powinnam pewnie czytać wyłącznie literaturę naukową? Możecie mi wystawić mandat za łamanie autystycznych stereotypów. Ale nie dawajcie zbyt dużej kary, bo książki naukowe też czytałam. Głównie medyczne.

Wróćmy jednak do książek przygodowych. Powiedziałam wam przed chwilą, że przeżywałam opisywane historie razem z bohaterami. Kim zatem byłam? Nikim. Nie utożsamiałam się z żadną z postaci, nie dołączałam też do żadnej grupy. Po prostu byłam sobie gdzieś tam w tle i to mi wystarczyło.

 

 

 

 

 

Potem w moim życiu pojawił się także internet. A wraz z nim pojawiły się rozmaite seriale. Dzięki nim mogłam poszerzać swoje książkowe, alternatywne rzeczywistości. Mogłam podbijać kosmos w Star Treku albo mordować złych ludzi razem z Dexterem. A co mogłam robić w rzeczywistości? Co najwyżej szukać strategii na możliwie bezproblemowe i bezinterakcyjne przeżycie dnia. Tak jak Ben X. Każde z nas marzyło o rzeczywistych interakcjach, jednak ich unikało. Interakcje tak naprawdę nie oznaczały niczego dobrego.

Wydaje mi się, że Benowi fikcja zaczęła mieszać się z rzeczywistością. Ja takiego problemu nigdy nie miałam. Co najwyżej za bardzo nakręcałam się na książkę lub serial i cały czas o nich rozmyślałam, gadałam i rysowałam.

 

 

 

 

Pamiętam, kiedy w piątki po południu moi koledzy ze studiów szykowali się na imprezy. Ja po powrocie z zajęć szykowałam się na spotkanie z bohaterami Teorii wielkiego podrywu. Chociaż nie były to prawdziwe spotkania, to jednak były one znacznie przyjemniejsze od rzeczywistości.

W miarę rzeczywiste spotkania mogę mieć również z internetu. Nie w postaci książek, gier ani filmów, ale z moim osobistym udziałem. Internet to znakomita sprawa. To jedyne miejsce, gdzie ludzie mnie lubią i uchodzę za ciekawą osobowość. Wcale nie dlatego, że ściemniam albo kreuję sobie wizerunek. Ja się nie zmieniam ani trochę. To ludzie zaczynają się do mnie odzywać, czego w rzeczywistości z nieznanych mi powodów nie robią. Mają jakieś uprzedzenia, chociaż nie zamienili ze mną ani słowa.

Przykro mi, Gazeto, ale nie mam najmniejszego zamiaru wylogować się do życia. Nic ciekawego tam na mnie nie czeka.

 

 

 

A teraz idę spać. Czytajcie: wybieram się do kolejnego wymyślonego świata. Moje sny są tak rozbudowane, że aż chce się tam wracać. To lepsze od seriali, do tego wygenerowane w mojej własnej głowie.

Też tak macie? A może mieliście/macie swoich wymyślonych przyjaciół? Chętnie ich poznam.

 

 

 

środa, 04 marca 2015

 

Uwielbiam spać. Moje sny są niesamowicie intensywne i rozbudowane. Czekam na nie jak na odcinek ulubionego serialu. Czasem budzę się i mam wrażenie, że właśnie przyśniła mi się fabuła ciekawej książki. Potem jednak zaczynam nad tym rozmyślać i stwierdzam, że brakuje tam logiki. Nie przestaję jednak mieć nadziei, że kiedyś ta logika się pojawi lub podczas snu doznam oświecenia i wpadnę na jakiś niesamowity pomysł.

Nie wierzę w znaczenie snów, ponieważ są one poskładane z losowych obrazów, myśli i przeżyć, których doświadczyliśmy wcześniej. Jednak sam charakter tej układanki może mieć znaczenie.

Bardzo często mam sny o tym, że muszę powtarzać podstawówkę lub gimnazjum. Jestem wprawdzie w obecnym wieku, wszystkie szkoły mam ukończone, ale mimo to chodzę do nich jeszcze raz. Spotykam tam ludzi, których pamiętam z tamtych czasów. Zwykle mają tyle samo lat, co ja, ale tak naprawdę są swoimi wersjami sprzed kilkunastu lat, ponieważ po zakończeniu szkoły nigdy się nie spotkaliśmy.

Mam takie sny średnio raz w tygodniu. Przypadek? Nie sądzę.

 

 

 

 

 

 

 

 

Parę dni temu trafiłam na audycję w Trójce. Opowiadała ona o filmie Anny Odell Zjazd absolwentów. W filmie tym, szwedzka artystka konfrontuje się z oprawcami, którzy prześladowali ją w szkole. Musiałam to obejrzeć. Znalazłam odpowiedni plik w internecie i niedługo później mogłam porównać wspomnienia Anny ze swoimi własnymi.

Jak możecie zobaczyć na powyższym filmiku, Anna udaje się na zjazd absolwentów i wypomina swoim kolegom krzywdy, które wyrządzili jej lata temu. W późniejszej części spotyka się osobiście ze swoimi prześladowcami i próbuje porozmawiać o tym, co zaszło kiedyś między nimi.

Zaczęłam się zastanawiać, czy ja sama zrobiłabym podobną akcję, zwłaszcza że moje przeżycia były bardziej brutalne. Stwierdziłam, że raczej nie miałabym na to ochoty. Pisałam już kiedyś, że co było w przeszłości, powinno tam zostać. Kiedy o tym myślę, wyobrażam sobie pudełko, do którego chowam obrazy z dawnych czasów, zamykam je, okładam grubą izolacją i chowam najgłębiej jak się tylko da. Tak jak Danny Torrance z książki Stephena Kinga. Nie mam najmniejszej chęci na wypuszczanie demonów.

 

 

 

 

 

 

Powyższe zdjęcie to kadr z filmu Ben X. Tytułowy Ben, tak jak ja, ma lekką postać ASD i przejebane w szkole. Tworzy sobie alternatywny świat w grze komputerowej. Ja robiłam to samo, tyle że z książkami. Kiedyś wam o tym opowiem.

Film ten doskonale oddaje moje przeżycia - zarówno od strony wizyt u psychocosiów, jak i traktowania w szkole. Nie wiem tylko jak się właściwie skończył, bo choć oglądałam go dwa razy, to zakończenie było nieco dziwne. Możecie mi napisać w komentarzach.

Duże wrażenie zrobił na mnie także film Nasza klasa. Przemoc pokazana w nim jest o wiele bardziej brutalna, a zakończenie jest takie, o jakim nieraz marzyłam.

 

 

 

 

 

W dalszym ciągu rozmyślam nad moim ewentualnym wystąpieniem na zjeździe klasowym. W filmie Anny Odell fascynuje mnie to, że ona i jej koledzy mają całkowicie różne wspomnienia. To, co dla niej było koszmarem, dla nich było niezłą zabawą. Ze szkoły zapamiętali przyjaciół i to, że się dobrze bawili.

Nie wiem, czy chciałoby mi się wypominać kolegom moje krzywdy. Za to mogłabym zabawić się w powtórkę z rozrywki i powiedzieć swoim nauczycielom, co o nich myślę - tak, TO. Czemu tak? Ponieważ na to wszystko pozwalali i nie przeszkadzało im urządzanie sobie ze mnie worka treningowego. Mało tego, ciągle słyszałam, że to moja wina. Dzieciaki są głupie i niedojrzałe, ale oni byli dorośli, do ciężkiej cholery.

Nienawidzę też mojej wychowawczyni za urządzanie sądów nade mną przed całą klasą. Odbywało się to zwykle na godzinie wychowawczej. Musiałam stać, a wychowawczyni oraz uczniowie mówili mi jaka jestem zjebana. Wszystkie zdarzenia z moim udziałem były analizowane, żeby na końcu dojść do wniosku, że to moja wina.

 

 

 

 

 

Zapewne chcecie się dowiedzieć, na co sobie zasłużyłam. Wyzywanie od wariatek i downów było na porządku dziennym. Moje imię było używane jako obelga - tak, nazwanie kogoś Kasią było niesamowicie obraźliwe. Można było też znieważyć kogoś poprzez zawołanie a jemu się Kasia podoba. Dotknięcie mnie skutkowało syfem.

Syf nie obowiązywał jednak przy zabieraniu moich rzeczy i niszczeniu ich. Można było zabrać mi książkę i przekopać przez cały korytarz. Można było wytrzeć nogi w moją kurtkę. Można było napchać mi do piórnika mokrej gliny. Guma do żucia we włosach też nie była problemem. Ani schowanie gdzieś mojego plecaka i uciecha z szukania. Przecież to tylko taka zabawa, no nie?

Zabawą było też napadanie mnie w drodze do domu i szarpanie lub nacieranie śniegiem. Nieraz uciekałam do pobliskiego sklepu i spędzałam tam sporo czasu czytając gazety. Na przerwach można było dać mi w łeb. A najfajniejszą z niewinnych zabaw było coś takiego: trzy osoby stoją ze sobą pod rękę. Środkowa z nich trzyma pozostałe za ramiona, nabiera rozpędu i przywala mi z kopa. Kto trafi w lepsze/wyższe miejsce, dostaje więcej punktów.

Zastanawiacie się pewnie, czy nigdy im nie oddałam. Oddawałam i to nieraz. Ale wtedy była wielka afera, uwagi i wzywanie rodziców. Natomiast na nawalanie mnie nikt nie zwracał szczególnej uwagi.

Nauczyciele bardzo chcieli wysłać mnie na nauczanie indywidualne. Słyszałam nieraz nie da się z tobą wytrzymać, jedyna klasa dla ciebie to jednoosobowa. To chyba miała być pogróżka, jednak dla mnie brzmiało jak Ziemia Obiecana. Jednak nigdy nie miałam nauczania indywidualnego, ponieważ miałam się SOCJALIZOWAĆ.

Jeśli kiedyś będę miała dziecko (autystyczne lub nie) i będzie ono w takiej sytuacji, to chyba jednak pozwolę mu na izolację, bo walę taki sposób na uspołecznianie. Może nauczyłam się życia bez taryfy ulgowej, jednak mój pobyt w liceum był jednym wielkim epizodem depresyjnym. Dzięki wielkie, gnoje.

 

 

 

 

 

Jeśli myślicie, że pobyt na studiach to była bajka, to się mylicie. Może nikt mnie nie bił, ale spotykałam się z agresją w inny sposób. Do ulubionych rozrywek należało udzielanie mi błędnych informacji, tak żebym przyszła w złe miejsce, na złą godzinę lub nie dowiedziała się o jakiejś ważnej sprawie. Wszystkie grupy na ćwiczeniach były już pełne, nawet jeśli reszta z dzielenia wynosiła zero (np. dwadzieścia osób, czterosobowe grupy - wszędzie był już komplet). W dalszym ciągu miałam ksywę wariatka i chora umysłowo. A do tego nie było nauczyciela, żeby się do niego zwrócić, bo przecież wszyscy są dorośli, no nie?

Ach, szkoła, ten czas zabawy i beztroski!

  

 

 

 

 

Jesteście nauczycielami? NIGDY nie pozwalajcie na przemoc, nawet jeśli dziecko jest jakieś dziwne. Nawet jeśli wydaje wam się to dziecinnymi igraszkami, to dla tego dziecka jest to zawalenie całego świata.

Czy ktoś z was także doświadczył przemocy? Wiem, że czyta mnie wielu rodziców - jak wygląda to w obecnych czasach?

 

 



Tagi