Mam autyzm i nie zbieram pieniędzy na konto. Za to piszę, co mi się podoba.
Kategorie: Wszystkie | Info | Ja i ASD | KSIĄŻKA | Komentuję | Konstruktywnie | Opisuję
RSS
środa, 26 lutego 2014

 

Poprzedni wpis dotyczył miłości, którą przeżywam na swój popieprzony sposób. Dziś będzie nieco bardziej uniwersalnie. Osoby z ASD mają etykietkę egoistów. Dzisiaj dowiecie się, z czego to wynika. Nie mam na celu usprawiedliwiać tu niczyjego chamstwa czy buractwa - bo nie jesteśmy cierpiącymi świętymi i można bez problemu spotkać chamowatego autyka. Zwłaszcza w tych wysokofunkcjonujących kręgach. Trudności z emocjami nie są wymówką i jeśli się czegoś nie pojmuje naturalnie, trzeba się tego wyuczyć i symulować pewne zachowania.

 

 

 

 

Nie ma zmiłuj. Należy zacisnąć zęby i udawać słodziaka. Nawet, jeśli tak naprawdę mamy ochotę powystrzelać wszystkich wokół. Ludzie wybierają według tylko sobie znanych reguł osoby, które muszą ustępować wszystkim wokół. Uważam, że należę do tych osób. Przykładowa sytuacja: mamy dwójkę ludzi w pomieszczeniu. Jednemu jest ciepło, drugiemu zimno. Kłócą się o dostosowanie warunków pomieszczenia do swoich potrzeb. Przedmiot kłótni można zmienić, ważne jest tylko, żeby spór był w proporcjach 1:1 i dotyczył subiektywnych spraw. W ppewnym momencie przychodzi osoba wyższa w hierarchii i przyznaje rację jednej ze stron. Której? Tej, która nie jest mną.

W takich przypadkach zaczynam wierzyć w teorie spiskowe.

Odbiegłam jednak od tematu. Miało być o egoistycznych autykach. O tym, że dbamy tylko o własne potrzeby i nie przejmujemy się otoczeniem. O tym, że nie potrafimy współczuć. Cóż, tak właśnie jest. Wszyscy myślą o sobie, a ja myślę o mnie.

 

 

 

 

Dla osób ze spektrum myślenie o cudzych przeżyciach jest jak myślenie przeciętnego człowieka o sladeniach. Często myślicie o sladeniach? Zapewne większość z was musiała wyszukać, co to w ogóle są te sladenie, bo nic wam to nie mówiło. O wiele łatwiej pomyśleć o kotach. W końcu wszyscy dobrze znamy koty. Każdy widział kota.

A czy wiecie, co się śni takiemu kotu? Nikt nie wie, bo nie umiemy jeszcze go o to zapytać. Możemy tylko przypuszczać, ale ten temat pozostaje, póki co, abstrakcją. Tak samo jak wieści ze świata sladenii bez zajrzenia do książek czy internetu. 

Nie wiem, jak to jest być kimś innym. Nie wiem, co taka osoba odczuwa. Nie umiem postawić się w jej sytuacji. Jest to dla mnie obce i odległe. Czasem obserwuję ludzi wokół i myślę sobie, że każdy z nich odczuwa swoje istnienie jako ja, patrzy na świat ze swojej perspektywy, a ja jestem dla tego kogoś kimś innym. To niemożliwe. To jak wyobrażanie sobie tego, co jest w miejscu, do którego wszechświat się jeszcze nie rozszerzył.

Niemożliwe. Tylko ja mam świadomość i przeżywam różne sprawy. Ludzie to tylko krążące wokół obiekty. Migają sobie tu i tam, ale niemożliwym jest, żeby myśleli i czuli tak jak ja.

Można te sprawy pojąć na logikę, ale gdy się ich nie odczuwa, trudno o prawdziwą empatię. I jak tu nie być egoistą i egocentrykiem, jeżeli jedyny świat, do którego ma się dostęp, to własny świat? Jeżeli jedyne przeżycia, które są prawdziwe, to własne przeżycia? W rezultacie, trudno się przejąć czymś, co nie dotyczy bezpośrednio nas. Gdzieś na świecie może się walić, palić i lać krew, ale wskazówka empatiometru ani drgnie. To jest poza nami. Co innego, kiedy zostanie naruszona nasza własna integralność. Wtedy są emocje.

 

 

 

 

 

Simon Baron-Cohen, który wyjątkowo interesuje się sprawami autyzmu i/lub empatii, napisał jakiś czas temu książkę Zero Degrees Of Empathy. Możecie przeczytać sobie fragment. Dotyczy on jednak typu, który otrzymał nazwę zero negative, czyli wszelkiej maści psychopaci, socjopaci i inni manipulanci z zaburzeniami osobowości grupy B. Ludzie ze spektrum zostali określeni jako pozytywni, czyli z popsutą empatią, ale również bez umiejętności społecznych i manipulowania otoczeniem. Wszystkie moje socjotechniczne zagrywki kończyły się fiaskiem, więc mogę wam osobiście potwierdzić, że jesteśmy nieszkodliwi. Straszne z nas dupy wołowe.

Książki nie miałam w swoich łapkach, więc nie mogę wam jej zrecenzować. Może jest dobra, może jest tylko robieniem sensacji i wielkim psychobełkotem. Musicie sami sprawdzić. Jeżeli ktoś czytał, to chętnie poznam opinie. 

Chętnie dowiem się, czy NT mają tak, że automatycznie myślą o tym, jak czuliby się w sytuacji drugiej osoby, co wywołuje u nich konkretne emocje. Czy od razu odbierają inne osoby tak, jak siebie? My musimy najpierw zacząć zauważać ludzi, przyjąć na logikę, że też myślą i czują, a następnie nauczyć się, że trzeba brać te osoby pod uwagę. No i oczywiście pamiętać o tym.

Nie jest to proste. Zwłaszcza kiedy zauważymy, że NT, mimo tak rozbudowanej teorii umysłu, to czasem gnoje i dbają tylko o swoje.

 

 

 

piątek, 14 lutego 2014

 

Dzisiaj mamy Walentynki, bardzo uczuciowy dzień. Magda Małczyńska-Umeda okazała trochę uczucia biednemu autystycznemu dziecku i wysłała mi planszę z różnymi emocjami, o której wspominałam w notce Pani znów symuluje!. DZIĘ-KU-JE-MY! To bardzo fajna plansza, bo ma zagadki, które prowokują do dyskusji o uczuciach. Z tego względu jest świetną pomocą terapeutyczną. Możecie ją pobrać tutaj i bardzo chętnie się dowiem, jak ją wykorzystujecie w praktyce.

Tytuł dzisiejszej notki jest dopasowany do dzisiejszego święta. Jest ono pełne czynności, które nazywam odwalaniem harlekinów. Jak wiele razy wspominałam, na uczuciach się nie znam i odgrywając je, czuję się jak jakiś cholerny manekin. Przy okazji się rymuje.

 

 

 

Miłość! Miłość prosto w oczy!
Miłość! Miłość prosto w serce!

Cytat pochodzi z tej oto piosenki. Pasuje mi do dzisiejszego dnia, bo ze wszystkich stron media napieprzają miłością. A ja nie wiem, o co chodzi. Nie mam tu na myśli bycia samotnym frustratem, który z okazji Walentynek wyżywa się w internetach. Nie wiem, o co chodzi z miłością, ponieważ jej nie czuję.

Swego czasu czytałam mnóstwo pisemek dla nastolatków, w których była mowa o chłopakach, dziewczynach i miłości. Pierwsza miłość, wielka miłość, wakacyjna miłość i wszystkie inne radosne polimorfizmy. Ludzie wokół też zaczęli się tym strasznie przejmować. Taka jest kolej rzeczy. Czekałam więc na to, aż się kiedyś zakocham i się nie doczekałam. Mój mózg takich rzeczy zwyczajnie nie obsługuje. Nie umiem kochać. Mogę kogoś polubić. Mogę czuć do kogoś pociąg fizyczny. I tyle. Nigdy nie czułam zakochania, euforii, czułości, jakiejś radości przebywania z drugą osobą. Jestem zjebem.

 

 

 

Nie wiem, czy mają tak wszystkie osoby z ASD, ale to bardzo możliwe, ponieważ mamy spieprzoną empatię. Możemy nie reagować lub symulować, żeby nie sprawić otoczeniu przykrości lub żeby udawać normalnych. Ewentualny partner musi się albo z tym pogodzić i nie zmuszać nas do odwalania harlekinów, albo wręcz odwrotnie - wymusić normalność i mieć romantyczne sytuacje jak wszyscy inni ludzie.

Powiedzenie komuś, że nigdy się go nie pokocha, też nie należy do łatwych. Załóżmy, że spotkaliśmy już całkiem fajną osobę, lubimy z nią przebywać, jest przydatna i w ogóle cała ta relacja się opłaca. Rozważamy sobie wszystkie aspekty, wyliczamy średnią ważoną i wychodzi nam, że tak, decydujemy się na kogoś i zabieramy do domu. No i gdzie ten żar uczuć? Czułe słówka i miłosne wyznania nie chcą przejść przez gardło. I co teraz? Obejrzeć parę filmów i przekopiować pasujące scenki? Nie robić nic i liczyć, że nie dojdzie do wymuszania deklaracji? A może postawić sprawę jasno i powiedzieć, że miłości nie będzie? Sory, bejbe, takie mamy zjebstwo.

 

 

Najlepsza strategia to według mnie ta druga. Można co jakiś czas przynieść ładne czekoladki, uśmiechnąć się i powiedzieć, że och tak, to dla ciebie, to z miłości. Można zrobić coś dla drugiej osoby i wtedy ona sama sobie myśli, że to musi być prawdziwa miłość, skoro się tak staramy. Uważam zresztą, że to właśnie czyny są ważniejsze, niż jakieś tam romantyczne wyznania i kolacje przy świecach. No ale dziś mamy Walentynki, romantyczny dzień. Ludzie poza tym lubią deklaracje i wzruszające momenty. Nie można być w związku i uniknąć deklaracji miłości. Można ją najwyżej odwlekać.

Ale kiedy już przyjdzie ten czas i nasz wybranek wyleci z pytaniem Ale ty mnie kochasz czy ty mnie nie kochasz? można zawsze powiedzieć NOOOO!. A kiedy nie będzie mu to wystarczyło, można ściemniać. Dobra ściema to podstawa.

Nie żebym specjalnie to lubiła. Nie lubię. Ale święty spokój jest bezcenny. 

 

 

Szybko zauważyłam, że dla ludzi słowa mają duże znaczenie. Opieranie się jest natomiast nieopłacalne, ponieważ ludzie nie przestają się czepiać, a co za tym idzie, nie ma świętego spokoju. Odejdźmy już od tego tematu miłości, bo to może być cokolwiek. Kiedy byłam w szkole, ciągle kazali mi kogoś przepraszać, chociaż nie wiedziałam za bardzo, za co. Albo dlaczego niby to ja mam przepraszać. Stawianie oporu i wyjaśnianie sytuacji nic jednak nie dawało. Tylko nasilało się czepianie i sprawa ciągnęła się w nieskończoność. Chociaż wskazówka mojego wewnętrznego winometru ani drgnęła, to zakończenie procesu było dla mnie ważniejsze. Dlatego mogłam przeprosić kogokolwiek za cokolwiek i nie znaczyło to dla mnie kompletnie nic. Skoro chcesz, żeby mi było przykro, to ja ci powiem, że jest. A ty pomyślisz, że ma to dla mnie znaczenie.

Och, przepraszam, nie chciałam...
To się już więcej nie powtórzy, naprawdę mi przykro...
To wydarzenie niesamowicie mną wstrząsnęło...
Dzień dobry szanownej pani!

W domyśle: cegła ci na głowę, wredna babo. Ale trzeba tak mówić, bo inaczej przyleci ze skargą i będzie problem.

 

Mężczyzno mojego życia! Mogę cię akceptować, szanować i służyć pomocą. Absolutnie szczerze. Jeśli mnie zmusisz, mogę ci nawet wyznać miłość. Ale lepiej tego nie rób. Bo ja cię nigdy nie pokocham. Przepraszam, jestem zjebem.

 

 

wtorek, 11 lutego 2014

 

Pisałam niedawno, że kiedy masz ASD i chcesz żyć w miarę normalnie, musisz być trochę aktorem. Musisz symulować ludzkie zachowania i robić to przekonująco, co wcale nie jest takie proste. Trzeba odpowiednio patrzeć, dobrać właściwy ton głosu i gesty. Reakcje też muszą być adekwatne, w miarę typowe i nie wyglądać sztucznie. Kiedy zaś zachowujemy się naturalnie, to rozmówcy interpretują wszystko po swojemu i przeinaczają wypowiedzi czy intencje.

Dzisiaj będzie o innych sprawach związanych ze strategią udawania człowieka. Wybieram się niedługo na kilkudniową imprezę tematyczną. Tym razem wyzwanie będzie większe, bo postanowiłam zrealizować pewien cel. Zdałam sobie bowiem sprawę z pewnych rzeczy. Może inaczej: zdałam sobie sprawę jakiś czas temu, ale teraz zrozumiałam ich znaczenie.

 

 

Jak wiecie, czasem wybieram się w różne miejsca. Zwiedzam cmentarze, chodzę na koncerty i tak dalej. Moją dotychczasową strategią było wybrać się, zobaczyć i wrócić. Reszta mnie nie obchodziła. Jeśli impreza była kilkudniowa i odbywała się w pobliżu mojego miejsca zamieszkania, to robiłam dokładnie to samo. Zobaczyć swoje i myk do domu. Jakby nikt wokół mnie nie istniał. Po co ma zresztą istnieć, skoro nie jest mi to do niczego potrzebne?

Tak to właśnie wygląda w mój naturalny sposób.

Zdałam sobie jednak sprawę, że znajomości są bardzo potrzebne. Zwłaszcza w tematyce branżowej, czyli w moim przypadku okołokompowej. Choć nie tylko, bo nigdy nie wiesz, na kogo trafisz. Znajomi są korzystni. Choćby właśnie w sprawach zawodowych. Kiedy masz znajomości, ktoś może coś podpowiedzieć, polecić, powiedzieć coś o tobie. Warto być rozpoznawanym w środowisku i to niekoniecznie jako ten dziwak, co się gdzieś w pobliżu kręci.

 

 

Zauważyłam, że kiedy wybieram się np. na konferencję, to część rzeczy zostaje powiedziana na oficjalnej części, ale różne szczegóły i powiązane sprawy omawiane są później. Często po takiej oficjalnej części jest jakaś zabawa czy inne luźne spotkanie i tam właśnie się warto pokazać i zaprezentować przyjaźnie. Część wykładowa, kiedy zdobywasz wiedzę, to jedno. Impreza później to drugie i nie ma ona funkcji wyłącznie bezsensownego, ludzkiego rytuału pełnego picia i pieprzenia głupot. To część socjotechniczna, która ma wymierne korzyści i dla nich należy się poświęcić.  Kiedy idziesz na konfę a po zakończeniu wykładów zmykasz do domu, to nikt nie ma szansy cię poznać. Po prostu nie istniejesz.

Trzeba więc zostać w imię wyższych celów i nie ma, że boli.

 

 

Nie jest wcale łatwo mieć ASD i próbować nawiązywać kontakty w miejscu pełnym ludzi. Oni zwykle przychodzą tam z jakimś swoim towarzystwem i tym towarzystwem się zajmują. Nie zwracają uwagi na pojedynczych ludzi kręcących się w pobliżu. Prozopagnozja nie ułatwia sprawy. Nie wiadomo właściwie, co tam można robić. Można wziąć coś do jedzenia lub picia i obserwować, co się dzieje. Problem w tym, że zwykle nic ciekawego się nie dzieje, tylko ludzie się kręcą i coś tam gadają. I weź tu znajdź jakiś punkt zaczepienia.

Postanowiłam, że będę brać udział w takich imprezach i próbować nawiązać znajomości. Będę próbowała nawiązać kontakt, jeśli zauważę coś, co mogłoby być wspólnym tematem. Życie to nie film. To jest wojna. A na wojnie potrzeba sojuszników.

 

piątek, 07 lutego 2014

 

Stało się! Oto rozpoczęłam swoją działalność publicystyczną w oderwaniu od wszelkiego autyzmu i osobistych spraw. Na ten pomysł wpadłam kilka lat temu, ale dopiero teraz go zrealizowałam. Przy okazji dowiem się, czy uda mi się znaleźć publiczność spoza autystycznego kręgu. Panie i panowie, oto Obserwator Ludu!

 

Dzisiejszy temat będzie jednak dotyczył zwierząt i nie będzie to pewien gatunek małp wąskonosych. Po moim ostatnim wpisie pojawiły się pytania o moje relacje ze zwierzętami. Cóż, nie jestem psychopatą, chociaż test MMPI-2 uważa, że jestem. Sam Asperger też opisał w swojej pracy autystycznych psychopatów. Moje próby manipulacji kończą się jednak sromotną porażką, z policją nigdy nie miałam do czynienia, no i nigdy w życiu nie dręczyłam zwierząt. Wręcz przeciwnie, jestem bardzo wrażliwa na ich cierpienie. Nie jem także mięsa, choć to akurat bardziej z powodów smakowych. Ale jeśli chodzi np. o jajka, to nigdy nie kupuję tych z numerkiem 3, bo wiem, jak wyglądają te hodowle. Cierpienie ludzi niewiele mnie rusza i mogę oglądać strony w rodzaju Lovely Disgrace (uwaga, drastyczne!) przy obiedzie. W wieku 8 lat widziałam też jak pociąg przejechał faceta i bardzo mnie to zafascynowało. Ale filmy z rzeźni są już powyżej mojej wytrzymałości. Bardzo też przeżywam cierpienie naszych domowych zwierząt.  

 

 

W naszym domu zawsze były jakieś zwierzęta. Zazwyczaj psy i koty, ale zdarzyło mi się mieć także szczury oraz przez 12 lat rybki. Jednak psy i koty uważam za najprzyjemniejsze do towarzystwa. Nie wymagają specjalnych warunków, są inteligentne, można z nimi porozmawiać i się poprzytulać. Nie doszukują się drugiego dna, nie kłamią, nie mają różnych społecznych dziwactw, nie strzelają fochów i akceptują różne zjebstwa, o ile jest się dla nich miłym. Mówią też wprost, czego chcą. Wyrażają to przy pomocy dźwięków oraz mowy ciała. Mowy ciała psa czy kota można bardzo łatwo się nauczyć, wystarczy zajrzeć do jakiejś książki na ten temat i poobserwować. Zwierzaki zawsze mówią to, co mają na myśli. Bez udawania i kombinowania.

 

 

Bardzo dbam o moją zwierzynę. Bawię się z nimi, rozmawiam, przytulam, daję jeść. Przygotowuję im także domowe jedzenie, myję, chodzę z nimi do weterynarza i kupuję zabawki. Nasze zwierzaki są w ogóle strasznie rozpieszczone i mają dobrze jak w niebie.

Jedną z naszych kotek wykarmiłam osobiście butelką. Jak małe dziecko, co 2-3 godziny, także w nocy. Zajmowałam się też jej leczeniem, bo jako kociak sporo chorowała (katar koci z powikłaniami). Kocia w ogóle jest specyficzna. Prawie w ogóle się nie odzywa (pozostałe zwierzaki są bardzo gadatliwe), nie daje się brać na ręce, co jakiś czas zapomina, do czego służy kuweta i jest bardzo ruchliwa. Inna kocia zawsze ma coś do powiedzenia (możliwe, że kiedyś ją nagram i wrzucę na YT), ale w przeciwieństwie do tej drugiej, jest bardzo ostrożna. Nie skacze jak szalona, gdzie popadnie, ale zawsze się zastanowi i pomyśli. Jest inteligentna i rozsądna. Walczy też o hierarchię z psem.

 

 

 

 

 

Ludziom wydaje się, że są kimś szczególnym, chociaż są zwierzętami jak wszystkie inne. Niby to ja mam popsute emocje i empatię, ale jestem w stanie dostrzec osobowość i inteligencję każdego z moich zwierzaków. Widzę też, że mają swoje życie i swoje zwyczaje. Ludziom tymczasem wydaje się, że są panami świata, choć tak naprawdę nie są. Są też na tyle inteligentni, żeby robić pojebane rzeczy, ale za głupi, by widzieć, że są pojebane.

Pamiętam jak kiedyś na lekcji religii siostra katechetka powiedziała nam, że zwierzęta nie mają duszy. Skomentowałam to jako megalomańskie bzdury, co oczywiście skończyło się aferą, ale zdania nie zmieniłam. Człowiek jest zwierzęciem, któremu za szybko mózg urósł, dostał nowe możliwości i we łbie mu się poprzewracało.

Ludzie, pokory trochę! Jesteśmy tylko jednym z wielu gatunków na tej planecie, którego dni w skali wszechświata są policzone. Przed nami były inne, po nas przyjdą kolejne. Czy będzie mu się wydawało, że jest gatunkiem wybranym? Pewnie tak. Taka nasza natura.


wtorek, 04 lutego 2014

 

Nieraz słyszałam właśnie te słowa u lekarza, kiedy szłam do przychodni z przeziębieniem po parę dni zwolnienia. Według pań pracujących w tamtejszych gabinetach, nic mi nie jest i chcę tylko parę dni się legalnie poopieprzać. Kiedy zaprzeczałam, dostawałam termometr i po paru minutach okazywało się, że jednak nie symuluję. Hitem była jednak pani, która uparcie twierdziła, że mój gruźliczo brzmiący kaszel jest rezultatem palenia i nie dała się za nic przekonać, że nigdy w życiu nie paliłam. Wizyta ta nieraz wspominana jest w rodzinnych żartach.

Cóż, wyglądam widocznie mało cierpiąco. Za to na pewno lekarze mają szósty zmysł, bo niezależnie od ich specjalizacji i celu wizyty, zawsze dostaję pytanie, czy przypadkiem nie leczę się psychiatrycznie. Podobno ludzie mają różne aury. Ja najwyraźniej świecę zjebstwem.

 

 

Kiedy masz ASD i zależy ci na tym, żeby życ normalnie, musisz być po części aktorem. W mojej poprzedniej notce wspominałam o tym, jak czytałam gazety młodzieżowe, żeby dowiedzieć się, jak to jest być nastolatką. Przed wyjazdami na kolonie dostawałam też dobre rady, że jak np. koleżanki z pokoju będą się zachwycać jakimś wokalistą lub aktorem, to mam udawać, że też go lubię. Tak też robiłam, mówiłam co kazali, udawałam zachwyt. I tak mnie nie lubili, ale przynajmniej uniknęłam brutalnych sytuacji z wcześniejszych lat, kiedy mówiłam prosto z mostu, że ten aktor mi wisi, a zespół to komercyjny chłam. Właśnie stąd wzięły się te dobre rady. W ciągu roku też próbowałam się zachwycać różnymi rzeczami, ale z gorszym skutkiem, bo trwało to dłużej, niż dwa tygodnie.

Często gram różne emocje. Wymyśliłam tę strategię, żeby pokazać, że nie jestem wcale taka zła. Że może i jestem nieco porąbana, ale w gruncie rzeczy całkiem ludzka. Mówię, że coś mnie wzruszyło, zbulwersowało, było straszne. W rzeczywistości nie czuję nic. Zdaję sobię sprawę, że jakieś wydarzenie było straszne, że wydarzyła się straszna tragedia, ale w ogóle nie rusza mnie to emocjonalnie. Nigdy nie płakałam na żadnym filmie, bo nie umiem płakać na zawołanie. Wołam na meczu POLSKA GOLA! (czy tam kto inny, zależy jakie rozgrywki), ale kiedy oglądam coś sama, to jest mi to obojętne. Nie odgrywam też ekspresyjnych scenek radości czy smutku. Owszem, chcę żeby ktoś konkretny wygrał, ale nie roznoszą mnie emocje.  

Gdyby istniały jakieś uczuciometry, wskazówka pokazywałaby zero.

W internecie jest łatwiej, bo wystarczy napisać odpowiednie zdania i dodać emotkę. Na żywo należy jeszcze użyć właściwej mowy ciała, co nie zawsze dobrze wychodzi. No i trzeba jeszcze o tym pamiętać.

Tu chciałabym zastrzec, żebyście teraz nie reagowali na coś oj tam, ciebie to i tak nic nie obchodzi. Nie jest tak. Wiele rzeczy mnie obchodzi, ale bardziej logicznie, niż emocjonalnie.

 

 

 

Nie chcę też powiedzieć, że ukończyłam rytuał Kolinahr, bo tak dobrze nie ma. Po prostu moje emocje nie są tak rozbudowane i ekspresyjne, jak u NT. Zwykle ograniczają się do to dobrze/to źle, bez jakichś większych rozkmin i przeżywania.

Granie emocji, żeby dobrze udawać człowieka, nie jest takie proste. Są duże szanse, że źle zagrasz i ludzie to zauważą. Ale nawet jeśli niczego nie odgrywasz, ludzie i tak lubią dorabiać coś z niczego. NT mają dziwne skłonności do przypisywania innym uczuć i intencji, których nie ma. Ruszysz się jakoś bez zastanowienia, spojrzysz nie tak i już powstaje rozbudowana teoria spiskowa. Jeśli chodzi o mnie, to ludzie często uważają, że się wywyższam, mówię nie tym tonem, co trzeba (nie wiem, jakim trzeba) i nienawidzę wszystkich.

Nasuwa się tutaj strategia: UWAŻAJ. Kontroluj swoją twarz, swój głos, swoje ciało. Nie mów bez potrzeby, bo wszystko, co powiesz, może zostać wykorzystane przeciwko tobie. Totalna neutralność. Powinno to zapewnić święty spokój, ale nie zapewnia. Bo ludzie i tak dorobią sobie jakąś ideologię.

 

 

W internetach nieraz widziałam różne analizy dotyczące tego, dlaczego ludzie nie lubią Nataszy Urbańskiej. Moją teorią jest to, że babka nie ma pomysłu na siebie. Ale widziałam też artykuły o tym, że jest nieprawdziwa, że źle wyraża emocje. Nie tylko czytanie emocji bywa problemem, ale także okazywanie ich w odpowiedni sposób.

Można w różny sposób uczyć się emocji. Można skleić sobie stożek z diagramu Plutchika albo skorzystać z różnych plansz. Jedną z fajniejszych w tym temacie jest plansza libańskiej artystki Joumany Medlej (powyżej), która powstała w celu nauki rysunku. Emocje sa tam dokładnie opisane, pogrupowane i łatwo można zobaczyć, co z czego wynika. Skontaktowałam się z Joumaną, która wysłała mi pustą wersję tej planszy i przy okazji zdradziła, że ma mnóstwo zapytań od ludzi ze środowiska ASD. Jeżeli ktoś dobrze zaznajomiony z emocjami chciałby zrobić polski opis i wykorzystać całość w terapii, proszę o kontakt.

 

 

 

 

 

Podobnym przykładem jest też plansza wykonana przez Polkę, Magdę Małczyńską-Umedę. Nie ma tu rysunków twarzy, za to są przedstawione połączenia, a uczucia zostały zapisane w formie zagadek. Uznałam, że byłaby to świetna pomoc naukowa, więc jakiś czas temu napisałam do Magdy, niestety do tej pory nie odpisała*. Plansza nie jest dostępna w pełnej rozdzielczości. Z fragmentu dającego się rozczytać próbowałam zgadnąć parę uczuć, ale nie wiem, czy dobrze. Nad niektórymi musiałam się porządnie zastanowić.

I na koniec zagadka, bo widzę, że niektórym się spodobało. Zasady są takie prawie same, jak poprzednio - trzeba wysłać smsa o treści A00606 na numer 7122 (tu się dowiesz, po co), a następnie odgadnąć przysłowie z kawałka kodu i wpisać rozwiązanie w komentarzach. Pierwsza osoba, która trafi, wymyśla temat. Pozostali cieszą się, że wspomogli smsem chore dzieci z fundacji Gajusz. Ja już poleciałam w rankingu daleko, daleko i nic mi nie pomoże. 

 

 

Dodatek

Magda odpisała parę dni po publikacji tego wpisu i przysłała planszę. Znajduje się ona tutaj. Oujeeee! Dziękujemy!

 

 

Tagi