Mam autyzm i nie zbieram pieniędzy na konto. Za to piszę, co mi się podoba.
Kategorie: Wszystkie | Info | Ja i ASD | KSIĄŻKA | Komentuję | Konstruktywnie | Opisuję
RSS
środa, 28 stycznia 2015

 

Ominęło mnie Blog Forum Gdańsk. Dlatego kiedy przeczytałam o See Bloggers, od razu poszłam się zapisać. Miałam szczęście, bo był to ostatni dzień rejestracji. Kilka dni później dostałam informację o zakwalifikowaniu się, chociaż brałam pod uwagę, że mój blog ma dość niszową tematykę, natomiast moja osoba jest dla większości ludzi nieatrakcyjna towarzysko.

Ale jednak się udało. Bardzo się ucieszyłam, bo lubię pisać i nawet mi to wychodzi. Lubię też oglądać statystyki. Oto przyszła okazja poznać innych ludzi, którzy też lubią pisać, oglądać statystyki i mają coś ciekawego do powiedzenia. Zdaję sobie sprawę ze znaczenia fejsbóka, dlatego udzielałam się dość aktywnie na stronie wydarzenia.

 

 

Angielski, angielski wszędzie! Na Zachodzie nikt przecież nie używa cebulackiego języka.

 

 

Właściwie na każdej konfie jest jakaś impreza integracyjna. Tutaj była ona tematyczna - w stylu Coco Chanel, czyli czasy okołowojenne. Super, świetnie wyglądam w tego typu ciuchach. Przygotowałam sobie przebranie - czarna sukienka, marynarka w pepitkę, perły i kwiatek z piórkiem we włosach.

Pamiętacie jak po InfoShare pisałam, że dobrze, że Lidl jest tak blisko Amber Expo? Tym razem Lidl sam przyszedł do nas (czyli do PPNT) i zaprosił na warsztaty ze stylizacji kanapek. Dowiedziałam się paru rzeczy o układaniu warzyw na bułce tak, żeby ładnie wychodziły na zdjęciu. Efekty mojej pracy możecie podziwiać tutaj. Może wygram aparat albo bon na zakupy? Za parę dni się dowiemy (dopisek po paru dniach: nie udało się). Na razie zostałam posiadaczką czarnego fartuszka, który jest dość długi i przystosowany do wysokich osób.

Kanapki można było robić nie tylko do zdjęć, więc raczej nikomu nie groziła śmierć głodowa. Ponadto można było spróbować napoju z kulkami, czyli tzw. bubble tea. Nigdy wcześniej nie piłam czegoś takiego, więc było to ciekawe doświadczenie.

 

 

 

Chrupanie kanapek z Lidlem.

 

 

Warsztaty, ach warsztaty! Straszny bałagan był z zapisaniem się na nie. Bilety pojawiały się i znikały w ciągu minuty. Na szczęście udało mi się zdobyć kilka. Podczas warsztatów zorientowałam się, że większość uczestników stanowią blogerzy piszący o modzie, gotowaniu i lajfstajlu. W porównaniu do nich, mój blog wydaje się być mocno zorientowany na konkretną tematykę i wręcz ekspercki. Nie wiem, czy był ktokolwiek inny zajmujący się psychologią lub publicystyką. Właściwie to większość ludzi pisze artykuły w stylu 9 oznak, że twój facet coś ukrywa albo reklamuje zupki chińskie otrzymane od producenta. Tak, to ma wzięcie, ale yyyy... co ja robię tu? Prowadzący zaciesza z jakichś tekstów o gwiazdach, a ja nawet nie wiem, o kogo chodzi.

 

 

 

Ten pan jest fajny i wstawienie go pomaga nabić wyświetlenia na blogu.

 

 

Na warsztatach nie dowiedziałam się niczego nowego. Właściwie wszystko albo już gdzieś przeczytałam, albo sama doszłam do tego. Odbywały się też w dużych grupach, więc słowo warsztaty nie jest do końca odpowiednie. Były to bardziej wykłado-seminaria, bo czasem ktoś z publiczności się jednak odezwał.

Jednak i tak było fajnie sobie posłuchać i pozastanawiać się nad różnymi sprawami. Na zajęciach pod tytułem Bloger expertem – to się opłaca! dostaliśmy za zadanie napisać notkę prasową z przyszłości dotyczącą samego siebie. Mieliśmy wyobrazić sobie, że oto staliśmy się poważanymi w środowisku ekspertami. Efekty możecie zobaczyć poniżej (hyhy).

Trzy rzeczy poniżej notki to sprawy, o których mogłabym poprowadzić warsztaty, gdyby kiedyś zdarzyła się taka sytuacja. Coś takiego, jak pisałam już w notce Symulator autyzmu. Natomiast gdybym miała poprowadzić wykład, to byłby on o tym, jak internet i blogowanie pomaga zyskać głos osobom takim jak ja.

 

 

Bo najważniejsze to być ambitnym!

 

 

Blogosfera mnie nieco zraziła do siebie, w każdym razie ta pojawiająca się na imprezach. Uczestnicy konferencji w większości znali się już wcześniej i stanowili mocno zamkniętą, hermetyczną grupę. Ciężko było nawiązać z kimkolwiek kontakt, chociaż naprawdę próbowałam. Może emanowało ze mnie zjebstwo? Może wielcy blogerzy bali się, że zabiorę im reklamę garnków? Cholera wie. W każdym razie kręciłam się tam i czułam jakbym przez przypadek trafiła na czyjąś prywatną imprezę.

 

 

 

Hamburger z ciasta.

 

 

Jedyną sympatyczną osobą na konferencji była pani z firmy Organique. Porozmawiałam z nią trochę o kotach i o zajęciach z produkcji kosmetyków, w których miałam możliwość uczestniczyć dziesięć lat temu. Tamte odbywały się regularnie na pobliskiej polibudzie i były mocno laboratoryjne, natomiast te polegały tylko na wymieszaniu kilku składników. W sam raz na konferencję, bo przecież nikt nie będzie się z probówkami grzebał. Naszym zadaniem było sporządzenie maseczki odpowiedniej dla swojego typu cery. W skład mojej wchodziła zielona glinka, olej makadamia, olejek grejpfrutowy i oczywiście woda. Całość nie śmierdzi aż tak bardzo i da się wytrzymać dwadzieścia minut z tą papką na twarzy.

 

 

 Moja maseczka.

 

 

Po przerwie obiadowej odbyły się dyskusje z udziałem zaproszonych gości. Dotyczyły one głównie kwestii marketingowych oraz reklamowania produktów na blogach. Utwierdziło mnie to w przekonaniu, że jako blogerka z kategorii społeczno-publicystycznej niezbyt pasuję do tego towarzystwa. Nie interesuje mnie lans, pisanie artykułów w pudelkowym stylu (o niczym konkretnym, za to o wysokiej klikalności), nie mam też za bardzo czego reklamować. To po prostu nie odpowiada profilowi tej strony. Chcę przekazywać istotne treści, pokazać świat osoby z ASD od wewnątrz, łamać stereotypy i czasem napisać coś od siebie - na przykład o cmentarzach czy pociągach.

 

 

 

 

 

Panel na obrazkach, czyli Jadźka rysuje.

 

 

Po panelu dyskusyjnym wszyscy podzielili się na grupki i gdzieś się ulotnili. Pozostało 2,5 godziny do rozpoczęcia imprezy w stylu retro. Postanowiłam posiedzieć w PPNT i naładować talefon oraz tablet. Wszyscy obecnie używają tego typu urządzeń, ale dostęp do gniazdek był okropny. Mój zapasowy akumulatorek też już zdążył się rozładować. Usiadłam sobie na jednej z kanap, podłączyłam telefon... i zaczęły gasnąć światła. Zostałam sama w wielkiej, pustej hali. Ochroniarz kazał mi opuścić budynek. Zrobiło mi się smutno, bo uderzył we mnie fakt, jaka jestem zjebana. Zabrałam swoją torbę z przebraniem Coco Chanel i udałam się na przystanek. I tak nie miałam co robić w ten zimowy wieczór. Impreza pewnie by mnie psychicznie dobiła i nawet nie miałam telefonu do klikania, bo się rozładował.

Mogłam przebrać się w domu, naładować telefon i wrócić na imprezę, ale jakoś już mi się nie chciało. Za dużo tego wszystkiego. Pogadałam sobie z ludźmi w internecie, dostałam śmieszny filmik dla pocieszenia i było mi jakoś lepiej. Następnego dnia wyspałam się i postanowiłam zająć programowaniem. Stwierdziłam, że od tej pory wybieram się tylko na konfy okołokompowe, bo to przynajmniej są moje klimaty. Ludzie z branży informatycznej są też jakoś bardziej przyjaźni i otwarci.

Nie chcę tu winić organizatorów. Po prostu zwyczajnie nie pasuję do blogosfery.

 

 

 

 

 

niedziela, 18 stycznia 2015

 

Takiego fajnego komenta dostałam pod moim poprzednim wpisem:

Dziękuję za tego bloga i ten wpis, nie o autyzmie, ZA itd. tylko o Twoich zainteresowaniach. To mój świat, nie świat mojego dziecka kręci się wokół jego ZA.  

Przemyślałam sobie przy tej okazji parę rzeczy. Faktycznie jest tak, że tematyką autyzmu zajmują się rodzice, specjaliści oraz paru świrów mojego pokroju, którzy pewnego dnia wkurzyli się i zaczęli aktywnie udzielać w temacie. Większość osób ze spektrum, które znam, ma na autyzmy ostro wywalone i po prostu robi swoje.

Wyjątkiem są neofici, czyli ludzie zdiagnozowani w wieku dorosłym. Tacy to analizują wszystkie swoje zachowania pod kątem ASD i zapewne zastanawiają się, czy sikają w wystarczająco autystyczny sposób. Po części jest to wina specjalistów, którzy stosują u dorosłych kryteria dla dzieci i wymuszają pewne cofnięcie się w rozwoju... no ale to jest temat na inną notkę.

Dzisiaj w notce pojawią się zdjęcia cmentarzy, ponieważ są fajne (i moje) oraz mem, który przyszedł mi do głowy.

 

 

 

 

 

Czytaliście o eksperymencie Rosenhana? Często przychodzi mi on do głowy, kiedy czytam fora dla rodziców dzieci z ASD. Przypominam sobie wtedy czasy, kiedy sama pojawiałam się jeszcze w poradniach i każde moje zachowanie było interpretowane jako patologiczne. Jeśli powiesz przy specjaliście, że uwielbiasz pierogi ruskie, to on już wie, że to wybiórczość pokarmowa. Słuchasz Rammsteina na okrągło przez cały tydzień? To fiksacja! Bujasz się na krześle? To stimowanie, nie ma co. Nie lubisz tego blond kolesia? Izolujesz się. Strzela cię jasna cholera od wygadywania głupot? Zachowania agresywne i nadpobudliwość.

Personel medyczny opisywał zachowanie pacjentów w kategoriach psychopatologicznych. Przykładem jest sporządzanie notatek w ramach badania, co psychiatrzy zinterpretowali jako "kompulsywne pisanie" ze źródłem patologicznym. Jednocześnie, prawdziwi pacjenci interpretowali to samo zachowanie jako dowód na to, że pseudopacjenci prowadzą badania lub są dziennikarzami.

Tak, te wszystkie objawy jak najbardziej mnie dotyczą. Jestem wybredna, lałam szkolnych kolegów po ryjach, mam czasem obsesje jak po praniu mózgu i się izoluję. Ale nie cały czas, na litość boską! Nie jest tak, że wszystko, co zrobię, jest spowodowane autyzmem. Kiedy raz przyczepią ci jakąś etykietkę, to wszystko zostanie podciągnięte do niej. Wszystko, co powiesz, może zostać użyte przeciwko tobie.

 

 

 

 

 

 

 

 

Wybieram się za tydzień na konfę dla blogerów o nazwie See Bloggers. Zapisałam się jako prowadząca Koci Świat ASD i jako taka zostałam zakwalifikowana. Mam ogromną nadzieję, że nie zostanę jakimś zbiorowym obiektem obserwacji i moje zachowania nie będą intepretowane pod kątem objawów z Wikipedii. Mam również nadzieję, że nie napadną mnie ludzie z zamiarem sesji Pytaj O Wszystko (AMA). Nie idę tam z misją szerzenia świadomości na temat ASD. Nie mam najmniejszego zamiaru rozmawiać o objawach, diagnozach i wyjaśniać jak to jest. Idę posłuchać wykładów, uczestniczyć w warsztatach i dowiedzieć się, jak zrobić swoim czytelnikom wodę z mózgu..

Albo dowiem się, że przydałyby mi się wpisy sponsorowane i powinnam zamieścić na blogu parę stylizacji i przepisów kulinarnych. Co prawda gotowanie mnie nudzi, a ciuchy kupuję głównie w Lidlu... a nie, czekajcie, Lidl jest sponsorem tej konfy. No to już wiecie, na czym będę trzepać kasiorę.

 

 

 

 

 

Wracając do tematu: na forach rozwala mnie, jak bardzo rodzice traktują swoje dzieci jako zbiór objawów. Nie jako zwyczajne, choć trochę nietypowe, dzieci o różnych cechach osobowości, zwyczajach i zainteresowaniach. Kiedy masz autyzm, nie masz zainteresowań, tylko fiksacje. Nie masz zwyczajów, tylko obsesyjne rytuały. Zabawne sytuacje z twoim udziałem nie są po prostu zabawne, tylko są dowodem twoich zaburzeń. Inni rodzice czytają to, analizują i zalecają terapie.

Czasem cieszę się, że jestem stara. Kiedy jako dziecko nie zrozumiałam czegoś lub zrozumiałam inaczej, było dużo śmiechu i komentarz w rodzaju ty to jeszcze dzieciak jesteś. Gdybym urodziła się 15-20 lat później, to pewnie pojawiłby się o tym wpis na blogu i komentarz no tak, bo Aspi rozumieją wszystko dosłownie. Nawet jeżeli większość dzieciaków tak by to zrozumiała, bo tekst ogólnie jest trudny.

 

 

 

 

 

Kiedy idę na cmentarz, nie rozmyślam o tym, czy mam fiksację, czy może jeszcze nie. Po prostu idę, zwiedzam, fotografuję i jest fajnie. Kiedy wsiądę do skmki i przyglądam się jej uważnie, żeby określić od wewnątrz, czy to EN57, czy EN71, to nie myślę o tym, że autystycy kochają pociągi. Mam to głęboko gdzieś. Kiedy się opieprzam, to się opieprzam, a nie zastanawiam, czy to już zaburzenia uwagi.

Nie analizuję swojej aktywności pod kątem ASD. Chodzę na konfy i koncerty, chociaż według stereotypów powinnam unikać miejsc pełnych ludzi i głośnych dźwięków. Nie odrzucam czegoś z góry, bo według mądrych książek nie wolno mi się czymś zajmować. Okazało się, że spokojnie mogę iść na koncert i jeździć pociągiem przez całą Polskę. Mogę nawet za przewodnika robić. Są jednak sytuacje, kiedy przeceniam swoje możliwości i robię z siebie debila albo dostaję ataku paniki (co w sumie też zalicza się do robienia z siebie debila). Są sytuacje, kiedy okazuje się, że jednak coś mnie wkurwia/śmierdzi/wyje/świeci po oczach i więcej tego nie zniosę. Jednak wiem o tym z własnego doświadczenia, a nie dlatego, że jakiś specjalista mi powiedział.

Kiedy myślę o tym wszystkim, pojawia mi się w głowie ta piosenka.

Nie mam najmniejszego zamiaru być zbiorem objawów i definicją z podręcznika. Nie będę też pilnować, żeby zachowywać się dostatecznie autystycznie, bo ktoś ma z tym problem. To jego problem, nie mój. W wieku 19 lat stwierdziłam, że walę specjalistów, którzy ciągle powtarzają mi, że jestem chora i niepełnosprawna. Teraz właśnie kończę 27 lat i wiem, że była to dobra decyzja. Autyzm srautyzm... konfa za tydzień, o!

 

 

A w ogóle to zapisałam się znów na konkurs Blog Roku. Kategoria Lifestyle Życie i społeczeństwo, czyli styl życia społeczne przemyślenia zjeba. Pokreślone, bo Onet zmienił mi kategorię.

 

 

 

 

 

środa, 07 stycznia 2015

 

Jeśli śledzicie mój profil na fejsbóku, to z pewnością już wiecie, że w okresie świąteczno-sylwestrowym byłam ponownie na południu Polski. Chociaż właśnie wtedy przypadają najkrótsze dni w roku, to jednak warto wykorzystać okazję i pozwiedzać okoliczne cmentarze. Żeby załapać się na dobre widoki, musiałam wstawać wcześnie rano (ble), ale i tak zdarzało mi się chodzić na cmentarz po ciemku. Niektórzy boją się połączenia ciemności i cmentarzy. Należycie do tych osób?

 

 

 

 

Południe Polski ma taką przewagę nad północą, że jest tam o wiele więcej zabytkowych cmentarzy. Tak to jakoś wyszło, że się lepiej uchowały. Niektóre są jednak w opłakanym stanie, np. dawny cmenatrz żydowski w Zakopanem. Próbowałam dostać się na niego, ale położenie na wzgórzach, śnieżyca i słaba widoczność uniemożliwiło mi znalezienie starej bramy i resztek nagrobków. Może kiedyś wybiorę się tam o bardziej przyjaznej porze roku.

Obejrzałam więc stary-i-oklepany cmentarz na Pęksowym Brzyzku, na którym byłam już kilka razy. To bardzo fajne i oryginalne architektonicznie miejsce, ale każdy turysta tam chodzi. Jestem trochę takim cmentarnym hipsterem i najbardziej lubię cmentarze, na które nikt nie zagląda.

W każdym razie odwiedziłam Witkacego, Przerwę-Tetmajera, Makuszyńskiego i inne znane osoby. Poza tym nawet specjalnie gór sobie nie pooglądałam, bo prawie nie było ich widać zza mgły i śniegu. Zima to jednak parszywa pora roku.

 

 

 

 

Na zdjęciu powyżej znajduje się cmentarz w Bochni, który jest otoczony podwójnym płotem, w tym jednym kolczastym. Nie wiem, po co aż takie zabezpieczenia, chyba z nudów. Podobno ludzie z ZA to genialni hakerzy. Na widok tego płotu przypomniałam sobie o tym i postanowiłam włamać się na cmentarz. Dobrze, że moja zimowa kurtka jest długa, bo podarłam sobie spodnie na tym płocie jak na łajzę przystało. Z łowcy cmentarzy stałam się klonem Sashy Grey, ponieważ do końca dnia chodziłam z wielką dziurą wydartą na dupie. Chwała długim kurtkom, naprawdę.

 

 

 

 

Cmentarz w pobliskim Nowym Wiśniczu był na szczęście dużo łatwiej dostępny. Można było normalnie wejść przez bramę i zwiedzać do woli. Trzeba było tylko uważać, żeby nie wywalić się na śniegu, bo cmentarz znajduje się na wzgórzu. Niestety znowu pojawiła się mgła i zamieć. Na szczęście udało się zrobić zdjęcia.

Na szczycie wzgórza znajduje się ohel, który wygląda jak paskudna szopa na narzędzia. Ohele w podobnym stylu są także w niedalekim Brzesku, do któego dotarłam już niestety po ciemku. Do tego bateria w aparacie postanowiła wysiąść i cudem udało się sfocić zarówno cmentarz żydowski, jak i sąsiadujący z nim cmentarz wojenny.

Wczoraj słuchałam fajnej audycji o uciekinierze z Auschwitz i opowiadał także o Nowym Wiśniczu. Taki fajny zbieg okoliczności.

 

 

 

 

W Sylwestra oraz Nowy Rok lepiej nie wybierać się w podróż. Pojechałam więc obejrzeć to słynne sanktuarium w Łagiewnikach. Dzień wcześniej byłam w kinie na ostatniej części Hobbita. Wycieczka do sanktuarium była niejako kontynuacją tego filmu, ponieważ wygląda ono jak połączenie reaktora atomowego z wieżą Mordoru. Na szczycie nawet jest pokój obserwacyjny dla Saurona. Nie rozumiem, dlaczego współczesne kościoły są zazwyczaj takie obrzydliwe.

 

 

 

 

Stary kościół na szczęście da się oglądać, no i obok znajduje się cmentarz wojenny, dlatego wycieczka wcale nie była nieudana.

 

 

 

 

 

Na cmentarzach można spotkać ciekawe osoby. Na Nowym Podgórskim wpakowały mi się duchy w kadr, natomiast na ewangelickim w Cieszynie spotkałam Rudolfa Hessa we własnej osobie. Nie była to jednak ta znana postać historyczna, ale zupełnie przypadkowy facet, który niezbyt fortunnie nazywał się tak samo. Musiał mieć wesoło, kiedy się przedstawiał.

 

 

 

 

 

Najbardziej klimatyczne zdjęcia udało mi się zrobić na starym cmentarzu żydowskim w Cieszynie. Ceglany dom przedpogrzebowy, dolina i mnóstwo bluszczu nadały fotografiom tajemniczego charakteru. Latem, kiedy jest zielono, musi być tam jeszcze ładniej. Może kiedyś uda mi się tam wybrać latem.

Po drugiej stronie ulicy znajduje się nowy cmentarz, ale jest dużo brzydszy. Szary, zniszczony i z nijakimi nagrobkami. Wściekle padający deszcz też nie sprzyjał miłej, spokojnej atmosferze. To właśnie lubię w cmentarzach - ciszę, spokój i ładne widoki.

Park w pobliżu obu kirkutów jest również byłym cmentarzem, ale jedyne co z niego pozostało, to dwa zniszczone pomniki na samej górze. Nawet nie wiadomo czyje kiedyś były.

 

 

 

 

 

 

W Czeskim Cieszynie jest ogólnie brzydziej, niż po polskkiej stronie. Nie ma tam też rynku czy zabytkowych obiektów. Za to są sklepy z czekoladą Studentską i spory cmentarz. Znajduje się on na ulicy Hrbitovni. Po polsku znaczy to Cmentarna, jednak ja nazwałam ją Grzbietową. Szłam tam całkiem spory kawałek w deszczu i kiedy w końcu dotarłam, to robiło się już ciemno. Sam cmentarz jest w całkiem dobrym stanie, z wyjątkiem kwatery żydowskiej, która jest porządnie zdemolowana. Nieużywany dom przedpogrzebowy spełnia obecnie rolę kościółka ewangelickiego.

 

 

 

Oprócz cmentarzy lubię także pociągi, dlatego nie mogłam odpuścić sobie przejazdu nowym Pendolinem (zwanym także Pierdolinem, Pindolinem oraz Pedolinem). Przejazd trasy Kraków-Gdynia w sześć godzin również wygląda kusząco. Dlatego z prawie miesięcznym wyprzedzeniem kupiłam sobie bilet normalny za 98 złotych, co jest ogromną okazją. Jak się potem dowiedziałam, standardowe ceny na tej trasie wynoszą dwa razy tyle.

Do Krakowa dojechałam zwykłym ekspresem i podróżowało mi się bardzo dobrze. To znaczy tak samo jak zwykle, tylko krócej. Te sześć godzin jednak robi wrażenie. Nie mogłam się jednak doczekać powrotu, bo Pendolino zrobiło się już słynne, no i ten napis Express Intercity Premium.

 

 

 

Tja, premium. Przereklamowane oszustwo. Wagony były wyłącznie bezprzedziałowe, czego nie lubię, bo przedziały są bardziej kameralne i spokojne. Miejsca strasznie mało, zarówno na przejście, walizki, ubrania oraz przede wszystkim nogi. Mam 180 centymetrów wzrostu, co nie jest niczym nadzwyczajnym w naszym kraju. Jest mnóstwo dużo wyższych i szerszych ludzi. Jednak Pendolino jest przystosowane do dzieci lub Chińczyków, chociaż ich zapewne też wkurzałyby siedzenia zajęte przez kurtki. Konstruktor chyba nie przewidział, że zimą ludzie noszą grube ciuchy, które zajmują dużo miejsca. Zamiast wieszać kurtki na haczyki, lepiej położyć je na półce na bagaże... o ile jest gdzie, bo półki też są małe.

Z sufitu napieprzały ostre światła, które w przedziale pewnie bym wyłączyła. Było duszno, ciasno i nieprzyjemnie, więc bardzo cieszyłam się, kiedy w końcu wysiadałam.

Jedyną zaletą było ładnie wygłuszone wnętrze i miękka jazda pociągu. Jednak w zwyczajnych ekspresach też nie ma szczególnego łomotu, dlatego ogólnie jestem rozczarowana.

 

A wy pewnie jesteście rozczarowani, że nie piszę dziś o ASD, tylko jakieś smęty z wycieczek ;)

 

 

 

 

 

Tagi