Mam autyzm i nie zbieram pieniędzy na konto. Za to piszę, co mi się podoba.
Kategorie: Wszystkie | Info | Ja i ASD | KSIĄŻKA | Komentuję | Konstruktywnie | Opisuję
RSS
czwartek, 30 stycznia 2014

 

Zadany przez Gamusię temat kolejnej notki dotyczy uczuć i jak najbardziej pamiętam o tym. Mam już obmyślony koncept tej notki i niedługo będziecie mogli ją przeczytać. Na razie jednak przerywamy program, żeby nadać ważny komunikat.

Rozpoczęło się właśnie głosowanie na Blog Roku i będzie trwało do 6.02.2014. Jeżeli uważacie, że Koci Świat zasługuje na nagrodę, wyślijcie na mnie smsa. W treści występują wyłącznie zera, nie ma tam żadnej literki O. Koszt takiej zabawy to 1,23 PLN. W całości.

 

SMS o treści A00606 na numer 7122.  

 

Konkurs będzie w 100% uczciwy z mojej strony, ponieważ mam zablokowane smsy specjalne, numery typu  0700 i inne dodatkowo płatne badziewia. Nie zagłosuję zatem na siebie ani na nikogo innego.

 

 

 

wtorek, 28 stycznia 2014

 

Istnieje stereotyp, że osoby z ASD czytają wyłącznie literaturę faktu, najlepiej opracowania naukowe. Jak to ze stereotypami bywa, jest w tym trochę prawdy. Miałam okazję spotkać ludzi, których fikcyjne opowieści w ogóle nie interesowały. Sama też nie potrafię napisać nic poza opisem tego, co się już wydarzyło. To wcale nie oznacza, że brak mi wyobraźni i nie lubię marzyć.

Bardziej prawdziwe jest stwierdzenie, że nie rozróżniamy literatury naukowej od powieści przygodowych. Nie chodzi mi tu wcale o to, że uważamy wymyślone historie za prawdziwe wydarzenia, ale o to, że czytamy fachowe opracowania na luzie i bez żadnego przymusu. Nieraz spotykałam się ze zdziwieniem, że jak tak mogę czytać sobie dla rozrywki książki z dziedziny chemii, medycyny czy matematyki. Albo coś jeszcze dziwniejszego - słowniki, książki telefoniczne i roczniki statystyczne. Ale jak to tak? Normalnie. Jest ciekawe, to czytam.

Spotkałam się też ze zdziwieniem w drugą stronę. Jak to możliwe, że taka inteligentna osoba czyta durne czasopisma dla młodzieży? - zapytała pewnego dnia koleżanka z mojej klasy w gimnazjum. Normalnie. Poznaję w ten sposób ludzką kulturę. Poznaję w ten sposób świat, w którym w rzeczywistości nie uczestniczę.

 

 

Jako, że nic nie udaje mi się zrobić normalnie, zaczęłam się odzywać na dobre w wieku dwóch lat, pół roku później zabrałam się za czytanie, a za kolejne pół roku za pisanie (od razu bez błędów, bo jestem taki minisawant). Wyszło mi to w sumie na dobre, ponieważ nie potrafiłam nawiązać relacji z otoczeniem, więc sobie o tych relacjach czytałam. Nie potrafię opisać, jak to dokładnie jest, ale wygląda to w ten sposób, że zauważasz ludzi wokół, ale nie masz pojęcia, co należy zrobić. Niby jesteś, ale cię nie ma. Jak za szybą. Oni natomiast coś tam robią, coś tam mówią, poruszają się chaotycznie, wynikają z tego różne niespodziewane rzeczy, że w rezultacie czujesz się jak na rozpędzonej karuzeli. Totalna dezorientacja. Możecie zrobić sobie eksperyment, kiedy będziecie w pobliżu jakiegoś placu zabaw. Trzeba wejść na tego typu karuzelę, porządnie się rozpędzić i ORIENTOWAĆ SIĘ.

Nie orientowałam się za bardzo w ludzkim świecie, więc czytałam książki. Takie standardowe przygodówki. To było fajne i dużo łatwiejsze. Byli konkretni bohaterowie, akcja działa się w określonym porządku i wynikały z tego różne ciekawe rzeczy. Postacie z książek nawiązywały ze sobą jasne relacje, miały różne fajne przygody i ogólnie miło spędzały czas. A ja z nimi, w wyobraźni. Taki nowy, wspaniały świat.

Realny świat nie był wspaniały, bo nie było wiadomo, o co chodzi i ciągle ktoś się o coś czepiał. Próbowałam odtwarzać zdarzenia z książek, ale nie wychodziło. Ludzie nie przestrzegali scenariusza.

 

 

Wspominałam już kiedyś, że czytałam pisemka typu Bravo. O ile książki pozwalały mi przeżywać wraz z bohaterami ciekawe przygody i przy okazji rozwijać słownictwo, tak czasopisma pomagały mi zrozumieć działanie ludzi i być na bieżąco z różnymi sprawami. W okresie nastoletnim kupowałam tony gazet. Były to czasopisma opinii, głównie Polityka (którą czytam do dziś) i podobne, np. Newsweek, Wprost czy Ozon, pisma tematyczne o muzyce i komputerach oraz właśnie głupawe pisemka, czyli Bravo, Dziewczyna, FilipinkaTwist. Dwie pierwsze kategorie czytałam w celach poznawczych, natomiast ostatnią w celach... w sumie tez poznawczych. Dowiadywałam się stamtąd, jak to jest być nastolatką i co interesuje osoby w moim wieku. Dzięki temu mogłam je lepiej zrozumieć. Mogłam się też porównać do pewnego modelu nastolatki kreowanego przez te pisemka i poznać oczekiwania społeczne (np. że zależy mi na wielkiej miłości). Dostałam też radę, że jeśli będę rozmawiać np. z jakąś dziewczyną i ona będzie zakochaną fanką Enrique Iglesiasa, to mam powiedzieć, że też go lubię. I tak właśnie robiłam, a dzięki lekturze takiego Bravo znałam twórczość i wydarzenia z życia różnych modnych wykonawców. Była to całkiem opłacalna strategia.

 

 

W pewnym momencie pisemka dla nastolatków zaczęły mnie nudzić, ponieważ zawierały mało interesujących mnie treści, natomiast te dotyczące życia nastolatków w kółko się powtarzały. Pewne mechanizmy i trendy pojęłam, natomiast chłopaki, ciuchy i głupawe psychotesty nadal mnie nie obchodziły i zaczęły w końcu strasznie denerwować. Pewnego dnia napisałam list do którejś z redakcji, że to wszystko nieprawda, że jestem nastolatką, ale w ogóle nie myślę o chłopakach ani o miłościach, pomijam połowę stron, bo nie chce mi się stroić ani odchudzać, a ich testy są tak durne, że proponuję zrobić kolejny pod tytułem Co mówi o tobie sposób, w jaki podcierasz się papierem toaletowym. Zapewne redakcja miała tego dnia niezły ubaw.

W każdym razie nie żałuję, że czytałam te wszystkie gazetki, bo naprawdę sporo się dowiedziałam. Od podstawówki czytałam też tzw. pisma kobiece kupowane przez matkę, z których dowiedziałam się dużo o funkcjonowaniu społeczeństwa, rodziny, związków i innych takich. Poznałam też, jak żyją i czym się interesują kobiety, jak to właściwie jest być kobietą. To w sumie jak czytanie o jeździe samochodem bez posiadania auta i prawa jazdy. Albo jak czytanie literatury podróżniczej bez ruszania się z domu. Ale zawsze coś.

 

 

Tak właściwie jedyne czasopisma, które czytałam z prawdziwym zainteresowaniem, które były faktycznie skierowane do mnie, to pisma muzyczne, komputerowe i opiniotwórcze. Kocham też większość wydań specjalnych Polityki. Jeśli jesteście zainteresowani gazetą składającą się z naprawdę dobrych artykułów, dzięki którym można poszerzyć swoją wiedzę, to naprawdę polecam.

No i oczywiście książki, w których jestem w sumie mało oryginalna, bo lubię horrory, kryminały i sensację. Czytam, przeżywam akcję wraz z bohaterami, poszerzam słownictwo, uczę się konstruować akcję i narrację. Może pewnego dnia też napiszę książkę. Taką, wiecie, fikcyjną, wymyśloną w stu procentach przeze mnie.

Może się uda. A może nie. Ale próbować warto.

 

 

niedziela, 26 stycznia 2014

 

Wspominałam już, że mój słownik w komórce podpowiada mi katja.asembler zamiast katja.asd. Dlatego dzisiaj organizuję asemblerowy konkurs, przy okazji pierwszy na tym blogu. Czytelnicy blogów lubią konkursy. Nagroda będzie taka, jaką umożliwia mi budżet KŚ, który na dzień dzisiejszy wynosi 0 (zero) złotych. Sponsorów też póki co nie mam. Nagroda jest więc bardziej ideowa. Zwycięzca wymyśli temat kolejnej notki, który może być dowolny, o ile nie przekroczy granicy tzw. dobrego smaku

Co trzeba zrobić? Trzeba się przyjrzeć tej oto asemblerowej zagadce i odpowiedzieć, o jakie znane powiedzonko w niej chodzi. Od znajomości asemblera bardziej przydaje się znajomość przysłów. Odpowiedzi wpisujcie w komentarzach. Pierwsza osoba, która zgadnie, wybiera temat.

 

 

 

Dzisiejsza notka powstała właśnie dzięki waszej ciekawości. Chcieliście wiedzieć, co myślę o osobach, które spotkałam w przeszłości i jak się do nich odnoszę.

Wszystkie osoby, z którymi miałam do czynienia na różnych etapach mojej edukacji, spotykałam przymusowo. Przejmowałam się nimi, kiedy musiałam, tzn. kiedy ich obecność miała na mnie jakiś wpływ. Natomiast kiedy kończyłam konkretną szkołę, to ci ludzie przestawali mieć dla mnie jakiekolwiek znaczenie. Od tej pory nie miałam kontaktu z kimkolwiek z tego grona i wcale nie jest mi z tego powodu przykro.

Kiedy kończyłam jakiś etap edukacji - od przedszkola do studiów - zawsze robiłam sobie nadzieję, że tam, gdzie pójdę, będzie fajnie. Czytałam różne książki przygodowe, gdzie bohaterowie chodzili do szkoły, mieli fajnych przyjaciół i przeżywali różne ciekawe chwile. Wyobrażałam sobie, że też tak będę mieć. Ale nigdy tak nie było. Pojawiałam się w nowym środowisku, mijało parę dni i pstryk! - znów byłam lokalnym zjebem. Bo zjeb globalny zachowuje swoje właściwości wszędzie. 

 

 

Parę lat temu stała się popularna Nasza Klasa. Celem jej istnienia było spotykanie się dawnych znajomych ze szkoły. Nigdy mnie to nie interesowało. Nie po to skończyłam jakąś szkołę, żeby znowu spotykać ludzi, od których nic dobrego mnie nie spotkało. To już należy do przeszłości i niech w tej przeszłości pozostanie. Nie chcę nikogo oglądać. W moim życiu nie ma miejsca na to, co minęło i nie jest mi do niczego potrzebne.

Zresztą o czym mielibyśmy rozmawiać? Nic nas nie łączy.

Czy o nich myślę? Raczej nie. W dniu, w którym przestaliśmy się widywać, oni przestali dla mnie istnieć. Nie jest oczywiście tak, że zapomniałam cokolwiek, bo pamięć mam świetną. Po prostu się tym nie zajmuję. Jeśli miałabym to do czegoś porównać, to byłaby to jakaś płyta, pusty nośnik. Po skończeniu szkoły nagrałam sobie wszystkie materiały na płytę, wrzuciłam ją do jakiegoś pudła i skasowałam dane z dysku. Wiem, że ta płyta jest, wiem, gdzie się znajduje, wiem, co się na niej znajduje, ale nie korzystam na co dzień z tych danych. No bo po co?

 

 

 

Czasem trafiam gdzieś na jakąś wzmiankę o ludziach, których kiedyś poznałam. Wtedy uzupełniam sobie moją wewnętrzną bazę danych o te informacje, ale nie przejmuję się nimi.

Czasem kogoś spotkam na ulicy, bo jest to w gruncie rzeczy nieuniknione. Wydaje mi się, że i tak rzadko mi się to przytrafia, ale może po prostu nie rozpoznaję ich twarzy. Czasem rozpoznaję, ale ten ktoś i tak mnie ignoruje, jakby nigdy mnie nie znał. Z wyjątkiem paru osób, o których wspominałam w notce o obsesjach

Prawdziwa obsesja jest wtedy, gdy ludzie pamiętają ją przez kolejne lata. I wcale nie są to członkowie rodziny. Są osoby, które wyśmiewają moją obsesję od początku podstawówki. Kiedyś zaczepiały mnie na ulicy i szturchały. Obecnie tylko mówią złośliwe teksty, kiedy się mijamy. Podstawówkę zaczęłam w 1994 roku. Te osoby nie były nawet z mojej klasy. Niedługo minie 20 lat. Swoją drogą dziwię się, że im się jeszcze chce.

Zwykle mam taki problem, że ich nie rozpoznaję, ale jeśli mi się to uda, to przechodzę na drugą stronę ulicy lub znikam w inny sposób.

 

 

Znikanie stało się w gruncie rzeczy moją strategią. Staram się, żeby informacje o mnie nie przedostały się do dawno spotkanych ludzi w żaden sposób. Nie spotykam się z nimi. Nie jestem zainteresowana spotkaniem 10 lat po maturze, które pewnie zostanie zorganizowane już za 2 lata. Nie mam konta na fb, nk i innych badziewiach. Staram się, żeby Google wyrzuciło na mój temat najmniej, jak to możliwe. Jakbym w ogóle nie istniała.

Zresztą na szczęście nikomu na tym nie zależy. Przecież gdyby ktoś chciał się ze mną skontaktować, to mógłby. Od liceum mam wciąż ten sam numer komórki (wcześniej nie miałam wcale), mieszkam wciąż w tym samym miejscu. Ale nikomu nie jest to potrzebne. Każdy ma swoje życie i może czasem wspomni to porąbane akustyczne dziecko, z którym kiedyś chodził do klasy i które odwalało nieraz różne dziwne, śmieszne akcje.

Jestem tego pewna. Latem miałam taką sytuację. Wracałam sobie do domu i zaczepił mnie jakiś młody koleś. Powiedział mi, kim jest i zaczął zestaw standardowych gadek (co tam, idziesz do domu?). Wiedziałam, że będzie czegoś chciał, bo ludzie mnie nie zaczepiają, jeżeli czegoś nie chcą. On tam sobie coś gadał, ja natomiast zaczęłam się zastanawiać, co może chcieć ktoś, kto od kilkunastu lat nie miał ze mną do czynienia. Nie słuchałam w ogóle, co mówił, zajęłam się rozrysowaniem w głowie drzewa decyzyjnego. Wyszło mi, że jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Bingo! Trafiłam! Chciał pożyczyć kasę. A spieprzaj, dziadu.

To właśnie myślę o nich wszystkich. Spieprzajcie. Miałam już z wami tyle do czynienia, że mi do końca życia wystarczy. Do widzenia, nie ma was!

 

Teraz już na pewno rozwiążecie asemblerową zagadkę. To kto pierwszy?

 

 

niedziela, 19 stycznia 2014

 

Nieraz czytam w internecie o głupich pytaniach zadawanych ludziom przez otoczenie. Głównie tym młodszym, tak w wieku 25-40 lat. Jak widzicie, łapię się. Pytania dotyczą głównie zawarcia małżeństwa i urodzenia dzieci. A kiedy weźmiesz ślub? A kiedy będziesz mieć dzieci? Gorzkie żale w internetach wylewają zwykle ci, którzy dzieci mieć nie zamierzają i wszyscy się na nich uwzięli.

Jest na to rada. Musisz zostać autystycznym zjebem. Że co, że się nie da? Trzeba było nie grymasić, kiedy mama dawała mleko i pietruszkę. To twoja wina.

Od osób z ASD nikt nie oczekuje, że wezmą ślub lub będą mieli dzieci. Niektórzy nawet sobie tego nie wyobrażają. No bo jak to tak?

 

 

Powyższe zdjęcie pochodzi z filmu Śniegowe Ciastko, który opowiada o autystycznej kobiecie i jej córce. Nie jest tak do końca fajnie, bo Linda nie wychowywała dziecka samodzielnie, ale i tak jest nieźle. Mamy kobietę, która jest dorosła, żyje sama, pracuje i ma dziecko. Autyzm też ma, ale nie jest przy tym obiektem litości i współczucia. Jaka miła odmiana od śliniących się, upośledzonych dzieci.

 

 

Od ludzi z ASD otoczenie oczekuje raczej, że nigdy się nikim nie zainteresują ani nie będą mieć własnej rodziny. Dobrze, jeśli znajdą sobie pracę, jeśli dadzą radę ją utrzymać i do tego zajmą się jakimś hobby. Ale poza tym powinny wieść życie skromne i aseksualne. Jak w zakonie.

Ludzie mają problem ze zrozumieniem, że istnieją dorośli z autyzmem, natomiast rodzice z autyzmem to już zupełnie kosmos. Nawet Google poprawia wyniki wyszukiwania na rodziców DZIECKA z autyzmem.

Powoli to się zmienia, głównie dlatego, że zaczęto zwracać uwagę na wyżej funkcjonujące formy ASD. Pojawili się też starsi ludzie, którzy całe życie byli jacyś dziwni, ale nikt nie wiedział, o co chodzi, bo nie było odpowiedniej nazwy na to. Ojciec Barbary Lester został zdiagnozowany dopiero po osiemdziesiątce. Barbara napisała książkę, która ma pomóc dzieciom i młodzieży zrozumieć swoich dziwnych rodziców. Książka nie jest dostępna w języku polskim. Zresztą, na litość boską, w języku polskim dostępne są wyłącznie książki o dzieciach, które można znaleźć w dziale pedagogika specjalna.

 

 

Książka ma formę zeszytu ćwiczeń, w którym można wpisywać różne informacje o sobie i swojej rodzinie. Uzupełnione strony mogą się potem przydać np. w rozmowie z rodziną lub jakąś inną grupą. Angielska organizacja The National Autistic Society też jest na bieżąco i zamieściła na swojej stronie mały poradnik dla dzieci rodziców z ASD. Podejrzewam, że mają także jakąś grupę dla takich dzieciaków. To bardzo fajna organizacja. Lubię ich filmiki, są prawdziwe.

Na razie rodzicami z ASD są ludzie, którzy dostali diagnozę jako dorośli. Nieraz łącznie z dzieckiem, tak jak Ania (Tijgertje). Obecnie stwierdza się znacznie więcej przypadków ASD, niż kiedyś. Ciekawe, jak to będzie wyglądało, kiedy te dzisiejsze dzieci zaczną się rozmnażać. A pewnie będą, choć ich rodzice niekoniecznie by tego chcieli.

No i jeszcze trzeba znaleźć sobie odpowiedniego partnera, o czym już kiedyś pisałam. Posiadanie dzieci wymaga też wielu obowiązków. Wyobraźcie sobie - idziecie na wywiadówkę, a tu taki rodzic w typie Lindy, Adama albo Temple Grandin. Jak byście zareagowali? 

 

 

sobota, 18 stycznia 2014

 

Zgłosiłam się do konkursu Blog Roku. Nie liczę na żadną nagrodę, zresztą i tak nie wzbudzają one mojego zainteresowania. Meble w domu mam, biżuterii nie noszę. Jedynie ta wycieczka mogłaby być fajna. Nie pragnę też popularności mojej ponurej osoby, bo chcę sobie spokojnie żyć, a nie robić publicznie za świętą Katję od autyzmu. Chcę mieć wielu czytelników, bo nie lubię pisać w próżnię, ale zamieszanie wokół mojej osoby nie jest mi do niczego potrzebne.

Przeczytałam na blogu Ilenki z małym rozumkiem taki fragment:

Czy wiecie, co oznacza ten obrazek? Gdy założyłam swój pierwszy blog na Bloxie, zgłosiłam go do tego konkursu. Dostałam okropny łomot. Przejechało po mnie całe mnóstwo ludzkiego nieszczęścia, z którym ani nie miałam szans konkurować, ani nie miałam serca. Ludzie o dużych rozumkach uczą się na błędach. Ja mam mały rozumek... Postanowiłam spróbować jeszcze raz.

i pomyślałam sobie: Ciekawe, co się stanie, jeśli ja się zgłoszę? Przeszłam więc na stronę organizatorów, wypełniłam formularz i już. Teraz pozostaje tylko zaczekać i zobaczyć, co się stanie. 

 

 

Zdaję sobie sprawę, że nie mam szans na wygraną, ale nie o wygraną tu chodzi. Jestem tylko ciekawa, co się stanie.

Głosowanie dopiero się zacznie i będzie polegało na wysyłaniu smsów specjalnych. Zastanówcie się dobrze, czy na pewno chcecie przekazać kasę na Onet, bo te głosy raczej w niczym mi nie pomogą. Takie konkursy wygrywają blogowi celebryci, blogi z długim stażem, ładną grafiką i tysiącami wyświetleń dziennie. Ja piszę od kilku miesięcy w niszowym temacie. To nie pora na wygrywanie. Mój czas jeszcze nadejdzie. 

 

 

Dzisiejszy wpis zawiera fajne zdjęcia ciekawskich kotków. Kot to takie stworzenie, które wszędzie musi zajrzeć, obwąchać, dotknąć łapką. A na koniec coś zrzucić, bo inaczej się nie liczy. Moja kocia interesuje się wodą i niestraszna jej mokra sierść. Uwielbia siedzieć w wannie lub umywalce i polować na strumień wody. Wchodzi też do mokrej wanny i tarza się w wodzie. Potem wybiega z łazienki i robi pełno mokrych śladów.

Podczas mycia zawsze towarzyszy mi włochata asystentka. Chodzi sobie po brzegu wanny lub umywalki, przeskakuje, wchodzi do środka, siada pod kranem i się moczy. Dostałam od niej nawet raz mokrym ogonem w pysk. Mieliście już taką okazję?

 

 

Mam w sobie coś z kota, więc też cechuje mnie duża ciekawość, która nakazuje mi zajrzeć, dotknąć łapką, coś przestawić i zepsuć. Z jednej strony mam trudności z zaakceptowaniem nowej płyty lubianego przeze mnie zespołu czy zmianą systemu w swoim ukochanym kompie. Z drugiej lubię testować różne funkcje i sprawdzać, co się stanie. Lubię też zadawać mniej lub bardziej głupie pytania i dociekać, dlaczego coś dzieje się tak, a nie siak.

Komputer z internetem dostałam w wieku wczesnonastoletnim. Nikt z rodziny nie miał pojęcia o kompach, ale wtedy coraz więcej osób je kupowało, bo to przecież technologia przyszłości i kiedyś będzie niezbędna do życia. Tak też się stało, obecnie bez kompa z netem jak bez ręki.

Miałam wówczas szpanerski modem 56k (pamiętacie ten dźwięk?) i łączyłam się z internetem przez telefon. Musiałam w tym celu przeciągnąć kabel przez całe mieszkanie. Zawartość neta wówczas była marna, głównie były to strony firm, informacje i jakaś rozrywka typu listy dyskusyjne. Witryny też miały wówczas ten niepowtarzalny styl. Jeśli za nim tęsknicie, dalej możecie wygenerować sobie stronkę w stylu lat 90.

Ponieważ internet był wówczas drogi i korzystało się z niego jedynie od czasu do czasu, podczas takich okazji włączałam jak najwięcej różnych witryn i przeglądałam je później w trybie offline. Podczas jednego takiego czytania wyłączonego internetu, kliknęłam z ciekawości na przycisk w przeglądarce o nazwie źródło strony. Nie miałam pojęcia, co to może być i chciałam to sprawdzić.

Był to jeden z przełomowych momentów w moim życiu. Odkryłam wówczas, że tworzenie stron internetowych czy programów to nie jest żadna tajemna magia dla wybrańców. To nie jest żadne wpatrywanie się w Matrix i programowanie go siłą woli. 

 

 

 

Niedawno rozpoczęła się w Polsce akcja Mistrzowie Kodowania, podczas której dzieciaki z podstawówki nauczą się podstaw programowania. Językiem, którego będą się uczyć, będzie Scratch. Bardzo mnie ucieszyła ta wiadomość, ponieważ rozmyślałam sobie nieraz, że jeśli kiedyś będę miała dzieci, to będziemy się razem bawić właśnie Scratchem i Lego Mindstorms. Scratch bardzo mi się podoba ze względu na wizualne podejście. Jestem wzrokowcem, myślę w obrazie i takie układanie kolorowych elementów bardzo do mnie przemawia. O wiele bardziej niż Logo czy Eli, na których sama się uczyłam. Chociaż Eli też ma fajne klocki, natomiast Logo pozwalało na rysowanie pentagramów na ekranie. Jeżeli jesteście zainteresowani tematem, to również polecam. Jeśli wasze dziecko wkręci się w temat, to nie będzie miało potem problemów ze zrozumieniem Horej logiki.

Zresztą polecam to nie tylko dzieciom. Jeżeli jesteście już starzy, może być to dobra okazja na rozruszanie trochę mózgu. Według mnie, to lepsze niż krzyżówki. A już na pewno lepsze od oglądania durnych seriali czy czytania głupawych artykułów o facetach, ciuchach i gwiazdach. Nie musicie się znać na jakiejkolwiek technice ani na matmie. Wystarczy tylko trochę myślenia i liczenie do stu. Serio.

Ściągnijcie sobie, co trzeba i zobaczcie, co się stanie. Z ciekawości. 

 

 
1 , 2
Tagi