Mam autyzm i nie zbieram pieniędzy na konto. Za to piszę, co mi się podoba.
Kategorie: Wszystkie | Info | Ja i ASD | KSIĄŻKA | Komentuję | Konstruktywnie | Opisuję
RSS
sobota, 01 kwietnia 2017

 

Siedzę sobie właśnie w pokoju hotelowym w Suwałkach. Jutro dzień autyzmu. Z tej okazji będę występować na lokalnej konferencji. Jak dobrze wiecie, wspieram z całych sił prawo osób autystycznych do akceptacji, samodzielności i wypowiadania się we własnym imieniu. To działa! Jeszcze parę lat temu na takich konferencjach pojawiali się wyłącznie rodzice i specjaliści. Obecnie zapraszane są także osoby ze spektrum. Mam nadzieję, że w przyszłości pojawią się także osoby niemówiące, używające alternatywnych metod komunikacji (AAC).

Wśród ludzi pokutuje przekonanie, że nie mówię = nie myślę, co oczywiście nie jest prawdą. Dzięki rozwojowi technologii możemy się o tym przekonać. Niedawno powstała inicjatywa Akcja KomunikAACja, którą oczywiście wspieram i aktywnie propaguję.

 

 

 

 

Niedawno ukazał się też artykuł o Macieju Oksztulskim, niemówiącym doktorancie prawa (wersja odblokowana). Super sprawa, czyż nie? Osoby niemówiące mogą być przecież bardzo zdolne.

Jest tylko jeden problem.

Maciej używa metody o nazwie ułatwiona komunikacja (facilitated communication - FC). To nie jest rodzaj AAC, ale jedna wielka ściema. Jak dobrze wiecie, mam alergię na pseudonaukę. Szkaluję cudowne diety, lewatywy z wybielacza, magiczne suplementy, biorezonansy, wahadełka, DAN i inne bzdury służące do wyciągania kasy od zdesperowanych rodziców. Uczciwość nakazuje mi również przestrzegać przed oszustwem o nazwie FC. Artykuł w Wyborczej odniósł ogromny sukces i zdaję sobie sprawę, że część rodzin może być zainteresowana kolejnym cudem. Nie róbcie tego, bo wpakujecie się w ogromne gówno.

Ułatwiona komunikacja nie jest cudem. Jest równie wiarygodna co czopki z banana. A nawet gorzej.

 

 

 

 

 

Parszywość FC polega na tym, że wszyscy są tu oszukani. Ta metoda wywodzi w pole osobę piszącą, jej rodzinę, asystenta oraz otoczenie wokół. Instytut w Syracuse, który ją promuje, jest równie wiarygodny co Jerzy Zięba. Nie mogę obwiniać użytkowników - oni są przekonani o autentyczności metody. Obwiniam natomiast ludzi, którzy wykorzystują czyjąś naiwność i desperację.

 

O co chodzi?

W latach 70. w Australii żyła sobie pani nazywająca się Rosemary Crossley - pedagog specjalny. Zauważyła ona, że osoby z autyzmem mają często problem z motoryką, czyli z panowaniem nad własnym ciałem. Postanowiła ułatwić życie swoim podopiecznym i nauczyć ich pisania na klawiaturze komputera z lekkim wspomaganiem. Wspomaganie to polegało na podtrzymywaniu ręki osoby piszącej.

Rezultaty były świetne. Okazywało się, że ludzie wcześniej uznani za niepełnosprawnych intelektualnie i niewyuczalnych, są niesamowicie zdolni. Okazywało się, że umieją czytać, pisać i formułować rozbudowane wypowiedzi. Cud!

Cudem zainteresowali się naukowcy, którzy chcieli dowiedzieć się jak ta metoda działa i co właściwie dzieje się w głowach osób niemówiących. Zostały opracowane procedury badawcze, zebrano ochotników... i wszystko wyłożyło się gorzej niż ja podczas jazdy na łyżwach.

Osoby niepełnosprawne były tylko wskaźnikiem do klawiatury. Prawdziwymi autorami wypowiedzi okazywali się ich asystenci. Badania oczywiście zostały powtórzone kilkadziesiąt razy - wiarygodność jakiegokolwiek eksperymentu sprawdza się powtarzając go i porównując wyniki. Rzeczywistość była okrutna. To nie działa.

TO NIE DZIAŁA.

 

 



 

Po ogłoszeniu wyników znaleźli się oczywiście użytkownicy, którzy twierdzili, że w ich przypadku ta metoda działa. Poddali się weryfikacji, która polegała na podtrzymywaniu ręki z zawiązanymi oczami i słuchawkami na uszach. Przeszli też testy polegające na pokazywaniu osobie niepełnosprawnej jakiegoś obiektu (zwykle przedmiotu codziennego użytku), po czym poproszeniu do pokoju asystenta i odpowiedzi na pytanie co to było. Wyniki testów były druzgocące - osoby badane nie potrafiły udzielić odpowiedzi. Metoda komunikacji działała wyłącznie wtedy, kiedy asystent widział klawiaturę i/lub słyszał zadane pytanie.

Wniosek z tego jest prosty: to asystent jest prawdziwym autorem wypowiedzi. Jak to jednak możliwe, skoro asystenci ograniczali się często tylko do dotykania ręki podopiecznego i szczerze twierdzili, że niczym nie manipulują?

Odpowiedzią na to pytanie są demony.

 

Demony, duchy i seanse spirytystyczne

 

 

 

W XIX wieku modne były seanse spirytystyczne. Powstała wówczas gra o nazwie Ouija (oui + ja - po francusku i niemiecku tak tak). Zasady gry były dosyć proste. Trzeba było stworzyć odpowiedni nastrój: ciemny pokój, świece i specjalna tablica ze wskaźnikiem. Następnie wzywało się ducha i zadawało mu pytania. Po chwili gracz czuł jak wskaźnik sam przesuwa mu się pod rękami i pokazuje odpowiedź.

Czy to faktycznie duchy przesuwały wskaźnik? Oczywiście, że nie. Prawdziwy duch znajdował się w ciele gracza i nie chodzi tu o żadne opętanie. Zjawisko to nosi nazwę efekt ideomotoryczny i polega na nieświadomych ruchach ciała. Gracz faktycznie ma poczucie, że wskaźnik ciągnie go za rękę. To jednak nie żadne duchy, ale jego własne ręce.

Ten sam efekt można zaobserwować podczas używania wahadełka i innych paranormalnych zjawiskach, na przykład automatycznym pisaniu. Powiem wam, że sama dosyć często piszę automatycznie. Nie jestem opętana, to zwyczajny stim - jeden z wielu, które mam. Mam przymus gryzienia, podrygiwania oraz bazgrolenia bzdur po kartkach. Kiedy podskakuję albo macham rękami, robię to automatycznie. Mam poczucie, że coś mnie nosi. Jednak to coś to po prostu ja sama, moja podświadomość i emocje.

 

 

 

 

 

Efekt ideomotoryczny pojawia się także w przypadku malujących słoni. Słoń został wytresowany do trzymania pędzla, jednak jego ruchami steruje opiekun poruszający jego uchem. W przypadku FC również nie trzeba chamsko ciągnąć osoby niepełnosprawnej za rękę. Wystarczy wyuczenie stukania w klawiaturę i delikatna (zwykle też nieświadoma) manipulacja łokciem lub ramieniem. Efekt spektakularny, niestety zupełnie nieprawdziwy. Słonie i inne zwierzęta mogą jak najbardziej malować i to całkiem kreatywnie, jednak ich twórczość to różnego rodzaju wzory, nie rzeczywiste obiekty.

 

 

 

 

Ułatwiona komunikacja nie jest metodą AAC. To zwyczajne oszustwo. O ile na początku użytkownicy byli tego nieświadomi, to obecnie temat jest doskonale znany. Metoda skompromitowała się na dobre już na początku lat 90. w badaniach naukowych. Prawdziwym zaoraniem były jednak fałszywe oskarżenia o molestowanie seksualne oraz fałszywe zgody podopiecznego na seks z asystentem. Był także przypadek "namówienia" rodzica na zabójstwo autystycznego dziecka - rzekoma chęć popełnienia samobójstwa. Jeśli w obecnych czasach ktoś propaguje FC, to jest po prostu oszustem żerującym na naiwności ludzi i ich pragnieniu na usłyszenie od dziecka kocham cię. Szwedzi poszli na całość i zakazali stosowania tej metody - i bardzo dobrze.

 

Czy oznacza to, że ludzie niemówiący są faktycznie niewyuczalni?

Oczywiście, że nie. Rzeczywistość - jak już wiele razy pisałam - jest jednak nudna. Nie ma cudów. Nie ma cudownego środka na odchudzanie, trzeba zwyczajnie ruszyć zad z fotela i się nie obżerać. Nie ma cudownej metody leczącej autyzm, trzeba długo i żmudnie pracować nad różnymi umiejętnościami. Nie ma też cudownych sposobów, dzięki którym osoba niemówiąca będzie od razu pisać długie elaboraty. Jeśli będzie, to po długich ćwiczeniach. A może nie będzie wcale. Nie o elaboraty w komunikacji alternatywnej chodzi. Chodzi o zapewnienie osobie niepełnosprawnej możliwości wyrażenia swoich myśli i potrzeb. Nie muszą być to złożone komunikaty, bo i nie każdy będzie do nich zdolny. Ważne jest jednak, żeby mieć możliwość porozumienia się z otoczeniem. Brak takiej możliwości prowadzi do ogromnej frustracji i zachowań agresywnych.

 

 

 

 

 

Komunikacja alternatywna nie zaczyna się od cudów. Pierwsze wiadomości tworzone przez użytkowników są zwykle jedno- lub dwuwyrazowe. Osoby werbalne też nie zaczynają przygody z mówieniem/pisaniem od zdań wielokrotnie złożonych. Sama jestem osobą, która nauczyła się pisać i czytać w wieku dwóch lat, ale zapisane przeze mnie komunikaty były bardzo proste, na poziomie Ala ma kota albo to pies. Ale to jest właśnie piękne - to, że ktoś tworzy własny przekaz, a nie że asystent używa kogoś do wyrażenia swoich podświadomych myśli. 

Ciekawie i praktycznie na temat wprowadzania komunikacji alternatywnej pisze Agnieszka Kossowska. Innym przykładem jest Carly Fleischmann. Obecnie prowadzi własny program na Youtube, ale jej przygoda z pisaniem zaczęła się od powolnego wpisywania pojedynczych słów. Jednym z jej pierwszych komunikatów było boli pomocy - nie rozważania o życiu i świecie. Z czasem zaczęła pisać coraz lepiej, ale najważniejsze było to, że robi to samodzielnie. Poniżej filmik z czasów, kiedy miała 14 lat - teraz ma 22 i pisze dużo lepiej.

 

 

 

 

 

A co z osobami z silną dyspraksją?

 

Ułatwiona komunikacja została wymyślona w odpowiedzi na problemy motoryczne. O ile metoda okazała się bzdurą, tak problemy motoryczne są prawdziwe. I tu, uwaga, można nawet prowadzić kogoś za rękę. Jednak wyłącznie tymczasowo, w celu modelowania właściwych ruchów. Coś jak na siłowni, kiedy instruktor trzyma uczestnika za jakąś część ciała, żeby nauczyć go właściwej techniki. Jednak jest to tylko nauka techniki i wszyscy zdają sobie z tego sprawę.

Niektóre osoby piszą na klawiaturze i podtrzymują sobie rękę same. Jeśli ktoś ma problem z wyczuciem granic własnego ciała, może używać np. sportowych opasek na nadgarstki i podobnych akcesoriów. Najważniejsze jest to, żeby wiadomości były tworzone samodzielnie, bez udziału asystentów. Asystent może pomagać podopiecznemu ogarniać rzeczywistość, ale nie wolno mu dotykać osoby niepełnosprawnej, sprzętu do komunikacji (podczas używania, nie np. przenoszenia czy konserwacji) ani kończyć zdań.

 

 

 

 

 

Niektórzy ludzie mają jednak bardzo poważne problemy z motoryką. Na szczęście jest już na to sposób. Współczesna technologia pozwala na sterowanie urządzeniem do komunikacji za pomocą ruchów oczu. Sama miałam okazję testować takie urządzenie i potwierdzam, że wymagane są wyłącznie sprawne oczy i coś do powiedzenia w głowie.

Przy okazji ruchów oczu chciałabym pokazać jak bardzo ludzie są skłonni do samooszukiwania. To NIE jest metoda komunikacji alternatywnej, ale FC w jeszcze gorszym wydaniu.

 

[KLIK - tu początkowo był wstawiony film, ale cały czas odtwarzał się automatycznie i wkurzał]

 

Prawdziwe AAC dla osób z ograniczonej sprawności ruchów polega na zastosowaniu urządzenia śledzącego ruchy oczu lub wskaźnika laserowego przymocowanego do czapki lub okularów. Tego drugiego sposobu używa jeden z bohaterów serialu Speechless

 

 

 

 

 

 

A na zakończenie proponuję wam mały eksperyment. Cofnijcie się do pierwszego zdjęcia w tym artykule. Otwórzcie edytor tekstu (np. Notatnik), wyciągnijcie palec wskazujący dominującej ręki. Patrzcie w okno, sufit lub inne miejsce daleko od komputera. Spróbujcie palcem wskazującym wpisać tekst bez polskich znaków - trzy razy z punktem odniesienia w postaci pierwszej litery, trzy razy bez żadnego odniesienia. Ja spróbowałam i wyszło mi... no właśnie, co?

elejgtriwbus aranies e carnibykt
elejtriwbua arimoes e vxarbuvtjy
e;ekreowbua atinis\ d cxsrnivtky
rlrtrienis stdsmoes e fdwtnivylki
rlrjreuwbus stinies e xsrnivyky
t.rktroenis stomoes r vxstnobylu

Mam bardzo dobre wyczucie przestrzeni, umiem też pisać bezwzrokowo (patrząc tylko na ekran) i zawiązać sobie gorset na plecach. Nie udało mi się jednak wpisać bezbłędnie żadnej treści na ślepo. Umiem wyłączyć budzik przez sen, ale to i tak nic w porównaniu do użytkowników FC, którzy rzekomo sami pisali na klawiaturze zasypiając przy tym.

Komunikacja alternatywna jest kluczowa umiejętnością w przypadku niemówiących autystów. Należy jednak uważać, żeby się przy okazji nie wpakować w pseudonaukowe gówno. Kiedy po czasie dotrze do nas prawda, będzie to bardzo bolesne. Dużo bardziej, niż tylko prosty obrazek zamiast rozbudowanych wyznań miłości.

 

DODATEK

Zamieszczam film z konferencji Centrum Bioetyki Uniwersytetu Harvarda. Prelegenci mówią tam o szkodach, jakie może spowodować FC. No i przede wszystkim, że oszukiwanie autystów i ich rodzin jest zwyczajnie nieetyczne.

 

 

 

 

niedziela, 04 grudnia 2016

Stimy to dobra rzecz. W ten sposób wyrażamy emocje - radość, stres, złość, zniecierpliwienie i inne. Neurotypowi też to robią. Wielokrotnie widywałam ludzi obgryzających paznokcie, podrygujących nogą lub chodzących w te i we w te po przystanku. W ten sposób łatwiej jest się uporać z emocjami. Autycy mają tych emocji o wiele więcej - nie jest łatwo żyć w dziwnym, neurotypowym świecie. To bardzo stresujące.

Nie ma sensu hamować stereotypii. Emocje muszą mieć jakieś ujście, inaczej będzie źle. Na pewno wiedzą to ci z was, którzy odczuwają potrzebę chodzenia w kółko. Można próbować się powstrzymywać, ale wtedy poziom stresu będzie wyższy. Nie ma to sensu, ponieważ wspomniana czynność jest zupełnie nieszkodliwa.

Czasem stimy bywają jednak szkodliwe lub destrukcyjne, np. obgryzanie paznokci, wygryzanie dziur w ubraniach, wyłamywanie palców, drapanie i gryzienie. Wtedy najlepiej robić to w bezpieczny sposób. Koty mają przymus drapania, dlatego produkuje się dla nich specjalne drapaki, żeby nie niszczyły mebli. Dla autyków (i nie tylko) pojawia się coraz więcej zabawek, które pozwalają na bezpieczne wyładowanie swoich emocji.

 

 

 

Do tej pory z zabawek sensorycznych używałam głównie gryzaków. Mam duży przymus gryzienia, który objawia się niszczeniem przedmiotów codziennego użytku, zjadaniem chusteczek, gryzieniem różnych części ciała i problemami z koncentracją. Kiedy gryzę, jest mi łatwiej. W trakcie pisania tego tekstu mam gryzak w buzi i jest fajnie. Ostatnio sprowadzam gryzaki z Chin, ponieważ zużywam je bardzo szybko, więc w sklepach europejskich i amerykańskich zrujnowałabym się finansowo.

Firma Afiti.pl dobrze wie, że jestem fanką zabawek sensorycznych, dlatego miałam okazję przetestowac kilka z nich. Nie było to proste, bo jestem osobą dorosłą, mam duże ręce i dużo siły. Zabawki musiały być więc wystarczająco duże i wystarczająco mocne. Nie mogły się też kleić, bo lepkie rzeczy wzbudzają we mnie obrzydzenie.

W listopadzie przyszła do mnie duża paka, która zawierała różne ciekawe produkty.

 

 

Wąż manipulacyjny Tangle

 

Wąż składa się z plastikowych części połączonych ze sobą czymś w rodzaju stawów. Dzięki temu można go wyginać w różne strony i zająć czymś ręce. Kiedy piszę na klawiaturze, nie jest mi potrzebny. Za to gdy muszę siedzieć bezczynnie (np. podczas oglądania filmu) lub sobie rozmyślam, przydaje się znakomicie.

 

 

 

 

Jestem dużą osobą, dlatego najlepsze byłyby dla mnie dwa węże połączone ze sobą. Mogłabym wtedy okręcać je sobie wokół rąk. Części można łatwo odpiąć i złożyć z powrotem. Nie trzeba ich wcale wciskać na siłę, wystarczy wetknąć pod odpowiednim kątem. Zwiniętym wężem można też machnąć i wtedy fajnie się rozwija w powietrzu. To jedna z moich ulubionych zabawek.

 

 

Ludzik do wyginania

 

Wspólna zabawa z dzieckiem „Giętkim Przyjacielem” nauczy prezentować różnorodnych emocji i postaw – otwartej, pasywnej, asertywnej, wesołej, niepewnej. Szeroki uśmiech i radosne oczy Wesołego Ludka z pewnością okażą się pomocne do przełamania nawet najbardziej napiętej sytuacji.

 

 

 

 

 

Tak właśnie brzmi opis ze strony. Faktycznie ludzika można ustawiać w rozmaite pozy, co przyda się w nauce różnych postaw ciała a także jako model do rysowania. To drugie nawet bardziej, bo buźka jest cały czas uśmiechnięta, co niekoniecznie pasuje do przybranej pozy. U mnie w domu zabawka służyła najczęściej do obczajania fizyki, czyli wyginania w taki sposób, żeby stała i się nie przewróciła.

 

 

Włochata piłka

 

Lubię włochate rzeczy, które można sobie głaskać i smyrać. Działa to uspokajająco, a do tego jest bardzo miło jest badać palcami rozmaite faktury (o ile się nie kleją). Sprawia mi przyjemność dotykanie własnych i cudzych włosów, głaskanie futra czy szorstkich powierzchni. Włochatą piłkę można sobie dodatkowo podrzucać. Zdjęcie poniżej zrobiłam ziemniakiem kamerką, ponieważ aparat zepsuł mi się w Czarnobylu.

 

 

 

 

 

Piłkę można też naciskać i wtedy przypomina głowę łysiejącego faceta.

 

 

 

 

Kiedy szybko głaszczę piłkę, wydaje w siebie fajne, szeleszczące odgłosy.

 

 

Gniotek w siatce

 

Bardzo fajna zabawka. Na początek wygląda dość nijako...

 

 

 

 

...ale po naciśnięciu wygląda już dużo ciekawiej. Mój egzemplarz nie ma niestety brokatu.

 

 

 

 

 

 

Na początku nie było mi łatwo ścisnać piłkę tak, żeby wyszły bąbelki. Potem guma już się rozciągnęła i jest to bardzo proste. Lubię naciskać zabawkę tak, żeby bąbelki wyskakiwały równomiernie i w ciekawych układach kolorystycznych. Fajnie się też wciska bąbelki z powrotem do środka.

 

 

 

Piłeczka jest bardzo często w użyciu  i albo sama nieco sflaczała, albo siatka się rozciągnęła. Prawdopodobnie to drugie. Nie wpływa to póki co w żadnym stopniu na funkcjonalność zabawki.

 

 

Metalowa sprężynka

 

Czyli powrót do dzieciństwa w latach 90. Wtedy miałam różową, plastikową sprężynkę, która była dużo większa, ale za to łatwo się łamała. Szpanem była sprężynka w kolorze tęczowym, która przy schodzeniu po schodach mieniła się różnymi kolorami.

Mój obecny egzemplarz jest znacznie mniejszy, ale za to metalowy, więc tak łatwo się nie połamie.

 

 

 

 

Sprężynką można wywijać na wszelkie możliwe sposoby, spinać na końcach i wyprowadzać na spacer po schodach. To zabawka, która najczęściej znika z mojego biurka i pojawia się w różnych dziwnych miejscach. Nie robi tego oczywiście sama, tylko wygląda bardzo kusząco dla domowników.

 

 

 

 

Ja najczęściej robię sobie ze sprężynki jojo. Lubię też przesuwać palcami po metalowych brzegach, drapać je paznokciami i słuchać jak trzeszczą przy podrzucaniu.

 


Drewniana zabawka manipulacyjna

 

 Zabawka składa się z drewnianych bloczków na gumce. Można je układać w różne kształty i blokować.

 

 

Drewniane klocki fajnie się przesuwa, układa w różne kształty i wygina podczas oglądania filmu lub czekania w kolejce. Minus: dla mnie ta zabawka jest za mała, nadaje się raczej do dziecięcych rączek. Dłuższa wersja umożliwiałaby ułożenie bardziej skomplikowanych wzorów i lepiej pasowałaby do większych rąk.

 

 

Żelowa piłeczka treningowa

 

Najbardziej podoba mi się napis po czesku na etykietce. Masazni micek brzmi według mnie bardzo ciekawie.  Poza tym jajo fajnie podskakuje po rzuceniu na podłogę i dość szybko ucieka. Łapie przy tym wszystkie paprochy po drodze, bo jest dosyć lepkie.

 

 

 

 

 

 Docelowo zabawka ma służyć do gniecenia, ale ja naprawdę nie lubię dotykać lepkich obiektów.

 

 

 

STIMUJ NA ŚWIĘTA

 

Jeśli lubicie lepkie obiekty o konsystencji smarków, to znajdziecie ich mnóstwo w Afiti.pl. Dla fanów obrzydliwych rzeczy znajdzie się nawet pierdzący glut w kibelku. A jeśli wolicie bardziej suche rzeczy, to też się znajdą - przykłady macie powyżej. Dla czytelników Kociego Świata zniżki są na wszystko. Wystarczy przy zakupie wpisać hasło KOCISWIAT.

 

 

 

 

 

czwartek, 06 października 2016

 

Jeśli chodzi o rozmowy kwalifikacyjne, to jestem w nich prawdziwym ekspertem. Było ich mnóstwo - nie powiem, ile dokładnie, ale dużo. Udział w kolejnej wywołuje już u mnie znudzenie i irytację. No bo ile razy można słuchać tych samych tekstów i udawać, że się w nie wierzy? Jeśli chce się mieć za co żyć i żreć, to można i to dużo.

W dzisiejszym artykule opiszę wam najdziwniejsze sytuacje, jakie przytrafiły mi się podczas rekrutacji. Nie chodzi tu wcale o idiotyczne pytania typu ile szczoteczek do zębów zmieści się w żołądku krowy ani jakim dinozaurem jesteś. Na takie oczywiście też trafiłam, ale tego typu teksty krążą po internetach od wielu lat. Wszyscy je już znają. O motywacji do czyszczenia kibli też nie będzie i to nie dlatego, że nie startowałam w takich rekrutacjach. Po prostu chcę opisać autentyczne sytuacje, które wydarzyły się w moim życiu.

Żeby było uczciwie: przydarzały mi się także wpadki. Nie będę jednak o nich pisać, bo nie były jakieś spektakularne. Poza tym na tego bloga zaglądają pracodawcy. Wystarczy, że piszę o życiu ze spektrum autyzmu.

Nikt nie chce pracownika z jawnym Aspergerem. Przekonaliśmy się już o tym jakiś czas temu. 

 

 

 

 

 

No to teraz przyszedł czas na kwiatki!

1. Alternatywna działalność gospodarcza

Sytuacja wydarzyła się sporo lat temu i nie dotyczyła informatyki, ale raczej branży sprzedażowej. Umówiłam się na rozmowę z właścicielem firmy w dość odległej lokalizacji. Po dotarciu na miejsce i poszukiwaniach lokalu, okazało się, że jest to prywatne mieszkanie w bloku. Drzwi otworzył mi młody facet w krótkich spodenkach z ortalionu i gumowych klapkach. Zastanawiałam się czy w ogóle tam wejść. W końcu jednak weszłam, bo strasznie chciało mi się siku. Spytałam, gdzie jest toaleta. Facet wskazał mi drogę przez korytarz zastawiony z obu stron stertami gratów sięgającymi do sufitu. Obok drzwi do łazienki znajdowały się drzwi do pokoju. Były otwarte. Dostrzegłam przez nie stół z ogromnym stosem suszonych konopii.

Zrobiłam co trzeba i wróciłam do pokoju na rozmowę kwalifikacyjną. Po tym wydarzeniu usunęłam z CV dane adresowe. Obecnie znajduje się tam wyłącznie e-mail i telefon.

 

2. Normalna praca

Zgłosiłam się do pracy w sklepie komputerowym. Rozmowa odbywała się w kawiarni w galerii handlowej. Było tam bardzo dużo ludzi. Musiałam znaleźć rekruterów w tym tłumie. Byłoby to o wiele łatwiejsze, gdyby któryś z nich na przykład mi pomachał lub dał inny znak. Niestety tak się nie stało i musiałam wypytywać ludzi przy stolikach.

Panowie wcale nie chcieli mnie zatrudniać w tym sklepie. Zostałam zaproszona tylko po to, żeby na żywo usłyszeć, że mam znaleźć sobie normalną pracę w IT. W sklepie bym się tylko marnowała.

Marnowanie mojego czasu nikomu jednak nie przeszkadzało.

 

3. A może księgowość?

Firma szukała analityka. Zadzwonili do mnie, wysłali testy i zaprosili na rozmowę. Na miejscu okazało się, że praca jest, ale w księgowości. Nie znam się na tym! Nie szkodzi, firma doskonale o tym wie. Po prostu chcieli obejrzeć mnie na żywo.

 

 

 

 

 

 

4. Prawie jak darmowy staż

Duże wydawnictwo proponowało mi 8-10 złotych za stronę specjalistycznego tłumaczenia o programowaniu grafiki 3D. Jeszcze zrozumiem tak gówniane stawki za mało skomplikowane teksty o tematyce ogólnej. Jednak nawet moje zamiłowanie do grafiki 3D nie przysłoniło poczucia jawnego dymania.

Odmowa spotkała się oczywiście z wielkim fochem, a jakże.

 

5. Umowa z Afryki

Na konferencji gadałam z babką z jednej firmy. Odezwała się parę miesięcy później z zapytaniem, czy nie popisałabym u nich na stronie. Tematyka niezbyt skomplikowana, ale wymagałaby przygotowania własnych ilustracji. Wyglądało to w ten sposób:

JA: To jakie będą warunki współpracy?
ONA: Możesz mi wysłać przykładowy tekst?
JA: Mogę.

Wysyłam demo. Niby w temacie, ale tylko część tekstu, bez obrazków, do tego z wyciętymi fragmentami i dopiskami tu będzie coś. Można z tego się dowiedzieć, jak ktoś pisze, ale ciężko to potem wykorzystać. Bez sensu, jeśli zamawiający czytał inne teksty wcześniej, ale przynajmniej się odczepi.

ONA: No, dobre jest. To jeden taki artykuł na tydzień by się przydał.
JA: Za ile?
ONA: No wiesz, nasza firma nie istnieje długo, ale się dynamicznie rozwija... Nie mam kasy...
JA: Takie teksty słyszałam w ogólniaku. Dokładnie takie same. Jakoś one się dynamicznie nie rozwinęły.
ONA: No dobra, dostaniesz X zeta. To wyślij artykuł za dwa dni.
JA: Spoko, wyślij mi do jutra umowę.
ONA: Ale ja dzisiaj w nocy wyjeżdżam na wakacje do Afryki, teraz się szykuję na samolot. Wrócę za 3 tygodnie. Wyślij tekst do Krychy, dostaniesz umowę jak wrócę.
JA: Spoko. Ja się na szczęście nie spieszę, więc dostaniesz tekst jak wrócisz.
ONA: Ale my potrzebujemy go już teraz! Musimy coś opublikować za dwa dni.
JA: To niech Krycha przygotuje umowę.
ONA: Nie, to ja muszę przygotować. No pisz i wysyłaj!
JA: Poczekam 3 tygodnie.
ONA: Beznadziejny początek współpracy. Inaczej to sobie wyobrażałam.



6. Mam takie hobby

Polega ono na tym, że piszę za darmo teksty o komputerach, oprogramowaniu i szeroko pojętej informatyce do jednego portalu. Moim wynagrodzeniem jest satysfakcja z ujrzenia własnego tekstu na popularnej stronie.

Tak się przynajmniej jednemu panu wydawało.

 

 

 

 

 

7. Czasami szlag trafi

Nawet tak spokojną osobę jak ja.

Poszłam kiedyś na rozmowę, w którym pan w świecącym garniturze przerabiał słowo w słowo skrypt rozmowy kwalifikacyjnej. Miał nawet wszystko spisane w notatniku. W pewnym momencie wyciągnął długopis...

JA: Pewnie mam sprzedać długopis, co?
ON: A skąd pani wie?
JA: Ma pan bardzo oklepany skrypt.
ON: Yyyyyy...
JA: Serio. Czytałam te wszystkie bzdury w gazetach w latach 90.

Facet został skutecznie wytrącony z równowagi. Ostatecznie nie musiałam nic mu sprzedawać.

 

8. Granice desperacji

Rozmowa odbywała się w dużym biurowcu z przepięknym widokiem na Zatokę Gdańską. Na wstępie rekruter, który był jednocześnie szefem działu, stwierdził, że jestem już stara i wciąż nie mam stałej roboty. Pewnie się do niczego nie nadaję i ogólnie się opieprzam.

Stwierdziłam, że widok z okna jest dużo ciekawszy od niego.

Gdzie jest granica pomiędzy desperacją do znalezienia pracy a dawaniem się obrażać?

 

 

 

 

9. Ruska mafia

Pewnego dnia zaczął mi dzwonić telefon. Ktoś z Nowosybirska chciał koniecznie ze mną rozmawiać. Naczytałam się sporo o zagranicznych przekrętach, dlatego ignorowałam te połączenia. Wyszukiwarka pokazywała, że numer należy do nowosybirskiego sklepu z garnkami. Nie mam z tym nic wspólnego.

Jakiś czas później dostałam maila od faceta z dużej korporacji, że chcą zaprosić mnie na rozmowę kwalifikacyjną, ale ja nie odbieram telefonu. Odpisałam, że skoro spotkanie miałoby być w Gdańsku, to na pewno mają też polski numer. Przy okazji zadzwoniłam do gdańskiego oddziału firmy z zapytaniem czy taka osoba faktycznie tam pracuje.

Okazało się, że owszem, pracuje. Rozmowa faktycznie się odbyła! Były mocno dziwne pytania jak na programistę. Potem się okazało, że szukali administratora sieci i systemów. W firmie tej byłam kilka razy, za każdym razem stanowisko było inne od zgłaszanego.

 

10. Trawnik w serwerowni

Dobrze radzę sobie z grzebaniem w sprzęcie. Zgłosiłam się na stanowisko technika w serwerowni. Ktoś musi w końcu składać i naprawiać to wszystko. Okazało się, że obowiązkiem technika jest także koszenie trawnika wokół budynku, odśnieżanie dachu, zamiatanie chodnika i ogólnie robienie za przynieś-podaj-pozamiataj. Niestety nie dowiedziałam się, czy czyszczenie kibli też jest w pakiecie.

 

11. Stacja diagnostyczna

Jak już wspominałam, wśród czytelników tego bloga znajdują się także pracodawcy. Podczas wizyty w biurze szefa działu programistów przypomniały mi się zajęcia ze studentami, podczas których robiłam za pomoc naukową. Facet analizował sobie na bieżąco moje zachowanie z kryteriami diagnostycznymi zespołu Aspergera. Takimi na przykład z Wikipedii. Oczywiście robił to całkowicie jawnie i dzielił się ze mną spostrzeżeniami.

 

 

 

 

 

Czy was również spotkały dziwne sytuacje na rozmowach kwalifikacyjnych? Piszcie w komentarzach. A jeśli ktoś z was potrzebowałby pomocy w pisaniu CV lub przygotowaniu do rozmowy, to mogę pomóc. Moje rady są całkiem skuteczne. Mam na koncie parę osób, które znalazły pracę dzięki nim. No chyba, że piszecie popularnego bloga o ASD, wtedy nic wam nie pomoże.

 

środa, 31 sierpnia 2016

 

Dwadzieścia dwa lata temu szykowałam się do pójścia do pierwszej klasy podstawówki. Wszystkie książki miałam już dawno przeczytane, zeszyty podpisane, galowy strój kupiony. Pozostało tylko rozpocząć naukę. W przedszkolu dzieci mnie nie lubiły (wychowawcy tak samo), ale naczytałam się wielu opowiadań o szkole, przygodach, przyjaźni i podobnych sprawach. Wierzyłam, że prawdziwe życie wygląda tak samo.

Okazało się, że jednak wcale nie wygląda. Rzeczywistość okazała się brutalna.

Przez kolejne lata próbowałam nauczyć się obsługiwać ludzi. Wychodziło mi to z różnym skutkiem, ale udało mi się odnieść pewne sukcesy. Zbliża się czas rozpoczęcia szkoły lub studiów, dlatego postanowiłam się podzielić paroma patentami na nawiązywanie znajomości.

 

 

 

 

 

Wpis ten jest przeznaczony dla młodych ludzi z ASD i innymi problemami społecznymi, którzy zaczynają właśnie nową szkołę i chcieliby mieć w niej znajomych. Podane sposoby działają tylko w nowym środowisku. Jeżeli idziesz do kolejnej klasy w tej samej szkole i nie jesteś tam lubiany, to raczej niewiele ci pomogę.

Jeśli idziesz do nowej szkoły, ale z tą samą klasą, to też ci nie pomogę. Ważne jest, żeby było nowe miejsce i nowi ludzie, którzy jeszcze cię nie znają.

Właściwie to umiem tylko nawiązać początkowy kontakt w nowym miejscu. Po jakimś czasie zaczynają tworzyć się grupki, do których nie należę. Po raz kolejny trafiam na margines i zostaję lokalnym dziwakiem.

Ale nie szkodzi. Opiszę tu jak należy postępować na samym początku. Może czytelnicy dopiszą w komentarzach sprawdzone sposoby na kontynuowanie integracji z grupą.

Dla uproszczenia będę się posługiwać terminami klasa i szkoła. Czytelnicy, którzy idą na studia, powinni sobie podmienić je na rok, grupa, uczelnia i co tam jeszcze trzeba. Sens jest ten sam, a zamętu w tekście dużo mniej.

 

 

 

 

 

 

 Obrazek powyżej mówi, że pierwsze wrażenie eliminuje większość przeszkód. Tak dobrze nie ma, ale faktycznie można sobie trochę pomóc. Jak?

1. Integruj się jeszcze przed rozpoczęciem roku. Obecnie popularne jest zakładanie grup na Facebooku. Grupy te powstają często jeszcze w czasie wakacji. Spróbuj znaleźć właściwą i dołączyć do niej. Może się okazać, że nie znajdziesz, ponieważ jej widoczność jest ustawiona na tajną. W takim przypadku możesz wyszukać kogoś ze swojej nowej klasy i zapytać go o istnienie grupy. Powinien wiedzieć takie rzeczy, ponieważ neurotypowi mają szósty zmysł do spraw społecznych.

Jeśli udało ci się znaleźć grupę, poudzielaj się trochę w dyskusjach. Ludzie ze spektrum często wychodzą przez internet na o wiele fajniejszych, niż w rzeczywistości. Przyczyną tego jest fakt, że kontakt internetowy eliminuje komponent niewerbalny z komunikacji. Nie ma znaczenia, w którą stronę patrzysz i jakim tonem mówisz. Liczy się to, co masz do powiedzenia. Wykorzystaj to. Jeżeli ludzie uznają cię w internecie za fajną osobę, przeniosą to później na kontakt rzeczywisty.

Unikaj ostrych tekstów w internecie. Nie radzę na przykład szkalować nauczycieli, bo nigdy nie wiesz, co zostanie potem wykorzystane przeciwko tobie.

Często nowe klasy organizują spotkania integracyjne przed rozpoczęciem roku. Informacje na ten temat znajdują się zazwyczaj właśnie na fejsbukowych grupkach, więc lepiej mieć na to oko. Jeśli spotkanie jest organizowane, idź na nie. Spotkania są męczące, ale ty chcesz mieć potem parę do prac w grupach i wiedzieć o zmianach w planie na bieżąco. Chcesz? Na pewno chcesz, bo brak tego jest niesamowicie upierdliwy. Musisz się zatem przemóc i iść na takie spotkania. Tak działa wolny rynek dyplomacja.

 

2. Podchodź do ludzi. Na początku nie będzie jeszcze ustalonych stałych grupek, więc ludzie będą się mieszać między sobą. Zwykle będą stać na korytarzu podzieleni na kilkuosobowe grupki (tymczasowe, stałe ustalą się później). Podejdź do jednej z nich (dowolnej) i przedstaw się. Jeśli kojarzysz już kogoś na przykład z Facebooka, może być to twój punkt zaczepienia (ty pewnie jesteś Jan Kowalski, prawda?).

Podchodzenie do ludzi jest bardzo ważne. Wielu autyków ma z tym problem. Nie wiedzą, kto jest kim i co należy z ludźmi robić, dlatego decydują się na samotne krążenie po szkole. To bardzo niekorzystna strategia, która dodaje mnóstwo świropunktów. W ten sposób izolujesz się od samego początku. Jeśli dodatkowo chodzisz w dziwny sposób, zaraz zostaniesz obiektem żartów.

 

 

 



 

 

3. O czym gadać z ludźmi? Początek jest na tyle fajny, że daje mnóstwo bezpiecznych tematów. Oto kilka z nich:

  • Przedstawienie się. Jeśli zapomniałeś czyjegoś imienia, poproś o przypomnienie. Jeśli dwa razy przedstawisz się tej samej osobie, nie uciekaj. Lepiej powiedz hehe, nie mam pamięci do twarzy. Ogólnie na początku mylenie ludzi jest jak najbardziej dopuszczalne i nie należy się tym za bardzo przejmować.
  • Z której szkoły jesteś? Bardzo wygodny i całkiem łatwy temat. Pytasz ludzi o ich poprzednią szkołę, gdzie to jest, czy im się tam podobało. Jeśli znasz tę szkołę, możesz o tym powiedzieć. Punkty wspólne z rozmówcą wzmagają jego sympatię.
  • Dlaczego właśnie ta szkoła? Standardowe pytanie, które ludzie często sobie zadają. Ogólnie chodzi o to, co skłoniło kogoś do wyboru tej szkoły, tego profilu, tego kierunku. Czasem pojawiają się ciekawe historie.
  • Gdzie mieszkasz? Szczególnie dobre dla studentów, ponieważ grupy studenckie to często mieszanina z całej Polski. Bardzo łatwe do wywnioskowania po byłej szkole. Jeśli ktoś mówi ci o poprzedniej w szkole w innym mieście, możesz zapytać Czyli jesteś z [miejscowość]? Możliwe, że byłeś już w tej miejscowości, wtedy warto o tym wspomnieć - nabijasz w ten sposób punkty wspólne. Postaraj się wspomnieć pozytywne strony. Jeśli powiesz coś niekorzystnego, na przykład w tym mieście to tylko syf, dresy i żule albo byłem tam, co za wiocha zabita dechami, rozmówca cię nie polubi. Ludzie mają tendencję do utożsamiania się ze swoim miejscem zamieszkania. Obrażając ich miejscowość, obrażasz również ich.
  • Czy dojeżdżasz może...? Z rozmowy może wyniknąć, że ktoś będzie jeździł tym samym autobusem, co ty. Możecie jeździć razem. Jeśli zauważysz potem na przystanku kogoś z klasy, podejdź do niego i przywitaj się. Uciekanie dodaje świropunktów.
  • Komunikacja miejska. Ludzie uwielbiają rozmawiać o komunikacji miejskiej. Jednak nie są to dyskusje o modelach autobusów i ich silnikach, tylko raczej szkalowanie kanarów, opowieści o wrednych pasażerach, starych autobusowych babach, rozkładach jazdy i cenach biletów. No dobra, modele pojazdów też, ale raczej w kontekście modernizacji, wyglądu czy komfortu jazdy. Postaraj się nie brzmieć jak chodząca encyklopedia.
    Jeśli nie spotkało cię nic ciekawego w autobusie, możesz poczytać ciekawe historyjki z komunikacji miejskiej na Piekielnych i użyć ich potem w rozmowie. Oczywiście nie udawaj, że przytrafiły się właśnie tobie. Powiedz, że czytałeś/słyszałeś o takim przypadku.
  • Gdzie byliście na wakacjach? Ludzie opowiadają o swoich wakacjach, a ty słuchasz i co jakiś czas zadajesz pytanie albo komentujesz. W ten sposób wyrażasz zainteresowanie. Ludzie lubią, kiedy ktoś się nimi interesuje.
  • Psy, koty i inne zwierzaki. Również miły i bezpieczny temat. Często towarzyszy temu wzajemne oglądanie zdjęć. Ty też pokaż foty swoich zwierzaków, jeśli je masz. Możliwe, że ktoś ma nietypowe zwierzę w domu, na przykład gada albo pająka. Możesz wtedy zapytać jak się hoduje takie zwierzę - co je, czy ma specjalną klatkę, czy gryzie, jak się z nim bawić i podobne sprawy. Lecą punkty do zainteresowania rozmówcą.
  • Grupa na fejsbuku. Jeśli jeszcze nie masz do niej dostępu, warto o nią dopytać. Ważne jest, żebyś miał dostęp do informacji na bieżąco.



 4. Idź na imprezę integracyjną. Wiem, że jest to męczące, ale twoim zadaniem jest zrobić sobie pozytywny wizerunek. W liceum i na studiach imprezy zwykle łączą się z alkoholem. Nie radzę pić dużo. Neurotypowi lubią rozpijać autyków, żeby zrobić sobie kabaret na żywo.

 

 

 

 

 

5. Pamiętaj o komunikacji niewerbalnej. Nie musisz wcale odstawiać gestykulacji w teatralnym stylu. Dobrze działa zwyczajny uśmiech. Uśmiechnięta twarz wzbudza sympatię. Kiedy patrzysz na nowe osoby ze swojej klasy, wyobraź sobie, że bardzo je lubisz i cieszysz się, że je widzisz. Wpłynie to na twoją mowę ciała i będziesz odbierany jako fajna osoba.

 

6. Podczas kolejnych dni podchodź do grupek. Jak już pisałam, najgorsze co możesz zrobić, to wałęsać się po korytarzu i podziwiać pęknięcia tynku na ścianie. Jeśli wcześniej rozmawiałeś z kimś, podchodź do niego na przerwach. Jeśli nie, przeczytaj punkt 2 i zastosuj się do niego, dopóki jeszcze nie utworzyły się grupki i intrygi. Stań razem z ludźmi w kółeczku lub usiądź z nimi na ławce. Nie musisz nawet się za wiele odzywać, chodzi o pokazanie chęci kontaktu.

Kiedy pojawi się polecenie pracy w grupie, podejdź do osób, z którymi rozmawiasz najczęściej. Na początku nie istnieją jeszcze stałe grupki, więc raczej nikt cię nie pogoni. Nie czekaj aż zostaniesz sam i nauczyciel przymusowo dołączy cię do kogoś. Tę wątpliwą przyjemność zostaw sobie na późniejsze czasy, kiedy zostaniesz już klasowym świrem (oby jednak do tego nie doszło).

 

7. Zakazane tematy do poruszania to: polityka, religia, seksualność oraz obgadywanie ludzi. Ostatnie może być trudne, bo neurotypowi integrują się przez naśmiewanie się z innych osób. Nie polecam się w to angażować.

 

8. Opowieści o twoim hobby generalnie nie są złe. Nie zaczynaj jednak od nich znajomości. Najpierw przejdź przez zestaw standardowych treści zapoznawczych, czyli imię, poprzednia szkoła, motywacja do wyboru obecnej, wakacje. Potem możesz zapytać czy ktoś z towarzystwa interesuje się może taborem kolejowym albo niemiecką gramatyką (albo czymś innym, co tam lubisz). Jeśli temat spotka się z zainteresowaniem, możesz kontynuować. Staraj się jednak mówić bardziej w stylu emocjonalnym: Nie lubię tych nowych SKM-ek po modernizacji, strasznie piszczą! Styl encyklopedyczny: Lokomotywa ET-22 ma dwa wózki po trzy osie i waży 120 ton, szkoda że nie 128, bo to 2^7 jest niewskazany, bo odstrasza ludzi. No chyba, że trafisz na drugiego maniaka, wtedy możesz gadać, co chcesz.

Może się zdarzyć tak, że dostaniesz odpowiedź negatywną. Odpowiedz wtedy: Szkoda, bo jestem wielkim pasjonatem kolejnictwa i zawsze chętnie o tym porozmawiam.

Zainteresowania muzyczne są łatwe, ale jednocześnie zdradliwe. Łatwe, bo można wyczaić innych fanów po koszulce lub zainteresowaniach na fejsbuku. Macie wtedy punkt wspólny. Zdradliwe, bo często ludzie nie znają szczegółowo życia i twórczości zespołu. Można się na tym przejechać.

 

9. Ujawnianie diagnozy. To twoja decyzja, czy chcesz się ujawniać, czy pozostawiać to w tajemnicy. Jeśli zdecydujesz się na postawę otwartą, nie rób z tego swojej wizytówki. Równie dobrze mógłbyś zacząć biegać po korytarzu i wrzeszczeć AAAAA JESTEM POJEBANY! Przedstawianie się z naciskiem na diagnozę jest podobne do mówienia komu popadnie, że jest się studentem prawa. No, prawie. Studiowanie prawa jest ogólnie akceptowane, natomiast autyzm jest utożsamiany z szaleńcem z siekierą lub upośledzonym dzieckiem, które ślini się w kącie.

Zamiast straszyć otoczenie etykietami, możesz mówić - w odpowiednim kontekście oczywiście - o swoim odbieraniu świata. Zamiast strasznego mam autyzm, użyj neutralnego mam bardzo czuły węch albo nie mam pamięci do twarzy. W ten sposób mówisz coś konkretnego o sobie i nie straszysz diagnozą.

Być może będziesz mieć w klasie drugą osobę ze spektrum. Być może ta osoba od początku stanie się pośmiewiskiem, bo nie czytała tego artykułu. Może się tak zdarzyć, że ktoś szepnie ci w tajemnicy: Ten świr ma autyzm, wiesz? To dlatego jest taki dziwny. Wtedy masz dwa wyjścia - zaśmiać się w duchu z tej sytuacji lub zareagować. Jeśli wybierzesz drugie rozwiązanie, nie reaguj nerwowo. Uśmiechnij się i powiedz lepiej: Ja też mam autyzm i jak widzisz, jestem zupełnie normalny! Ludzie będą zdziwieni, bo przecież tak ładnie się integrowałeś.

Możesz też oczywiście zachować informację o swojej neuroorientacji w tajemnicy. To w końcu twoja prywatna sprawa. Moja strategia jest taka, że nie rozpowiadam gdzie popadnie o ASD, ale jeśli ktoś zapyta, to nie będę zaprzeczać.

 

10. Większość ludzi lubi ciastka. Możesz pójść drogą małego przekupstwa i przynieść na początek do szkoły coś słodkiego. Najlepiej własnej roboty. Jeśli nie umiesz sam robić ciastek, zrób je z mamą (albo kimś innym z rodziny). Ważne jest, żebyś wiedział, co jest w środku i jak się to piecze. Gotowanie jest obecnie modne, więc możesz nabić sobie parę punktów do fajności.

Dlaczego ty masz przynosić ciastka, a neurotypowi niekoniecznie? Dlatego, że oni nadrabiają swoim szóstym zmysłem społecznym. Twoje umiejętności społeczne są nieco gorsze, dlatego startujesz z ujemnej pozycji, którą musisz nadrobić.

 

 

 

 

  - Nienawidzę ludzi i widzę, że ty też. Może zostaniemy przyjaciółmi?
- Nie, ja naprawdę nienawidzę ludzi.

 

 

 

Wszystkie powyższe rady testowałam na własnej skórze. Doszłam do tego metodą prób i błędów. Udało mi się sprawić, żeby przez kilka pierwszych tygodni mieć pozytywny wizerunek w nowej grupie. Potem niestety wszystko się sypało i po raz kolejny nie miałam towarzystwa, nie znałam przydatnych informacji i robiłam za pośmiewisko.

Powyższe zalecenia przydadzą ci się na początku. Potem musisz skorzystać z porad kogoś bardziej doświadczonego.

 

 

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Nigdy się nie pchałam na wysokości. Najlepiej czuję się na ziemi lub w wodzie. Pływanie wpław lub kajakiem jest super, ale nie wspinaczka, nie wyginanie ciała w powietrzu. Nigdy nie wchodziłam wysoko na drabinki, a stanie na rękach na wuefie wywoływało u mnie potężny atak paniki. Na łańcuchach w górach byłam raz i więcej nie chcę. Za to byłam kupę razy na kolejkach i młotach w wesołym miasteczku, bardzo mi się podobało.

Jeśli chodzi o aktywności typu skakanie na sznurku, to póki co miałam okazję uczestniczyć w nich raz. Było to w roku 1999 na wycieczce szkolnej. Zeskakiwaliśmy wtedy z 20-metrowego mostu w Rutkach koło Żukowa. Postać na poniższym zdjęciu to ja we własnej osobie. Nie było wtedy aparatów cyfrowych, dlatego widać co widać. Musicie mi uwierzyć na słowo.

 

 

Zdjęcie z 1999

 

 

Most odwiedziłam ponownie w zeszłym roku, kiedy pojechałam na wyprawę Jarem Raduni. Trasa jest dość hardkorowa, bo idzie się cały czas zboczem o sporym nachyleniu. Wszędzie leżą poprzewalane drzewa, przez które należy przejść górą lub dołem. Nieraz trzeba się czołgać. Prędkość na tej trasie to jakieś 1 km/h. Pieszo oczywiście. Rowerem nie da się przejechać.

 

 

Zdjęcie z 2015

 

 

Parki linowe widywałam do tej pory głównie jako atrakcję dla dzieci. O parkach dla dorosłych dowiedziałam się przy okazji poszukiwania sposobów na aktywność fizyczną. Okazało się, że to, co brałam do tej pory za poligon koło torów kolejowych, to tak naprawdę ogólnodostępny park przygody. Fajnie, blisko, nic tylko iść. No to poszliśmy tam z Sysadminem wczoraj. Nie brałam ze sobą aparatu i bardzo dobrze wyszło. Po przejściu 1/3 trasy zaczął lać deszcz. Z aparatu nic by nie zostało, a do tego by tylko przeszkadzał. To był mój debiut w parku linowym, więc bez fotografowania było mnóstwo emocji. Jeśli pójdę tam kiedyś ponownie i będzie ładna pogoda, to umocuję sobie porządnie aparat w jakims stabilnym miejscu i porobię foty. Dzisiaj wstawię cudze.

No dobra, ostatnia moja fota. Oto moje rany siniaki odniesione w bojach, które pokazuję wam z dumą. Jako link, bo nie chcę świecić ryjem na blogu. Przy okazji: jeśli kiedykolwiek będę wychodzić za mąż, to na pewno nie założę jedynie słusznej sukni bez rękawów. Uszyję sobie taką z długimi i szerokimi rękawami.

 

No a teraz konkretnie o parku linowym.

Przede wszystkim różni się to od chodzenia na łańcuchach tym, że nie da się spaść. Cały czas jest się przypiętym do stalowej liny i nawet, jeżeli noga się powinie, to po prostu zawiśniemy w powietrzu. Przez wejściem na górę jest szkolenie z przypinania pasów i testowe przejście po przeszkodach umieszczonych jakiś metr nad ziemią. No a potem można już wchodzić na właściwą trasę. W parku, w którym byłam, są dwie trasy dla dorosłych - łatwiejsza (krótsza) i trudniejsza (dłuższa). Początek jest ten sam i po kilku przeszkodach można się zdecydować, czy idzie się w prawo, czy w lewo. My poszliśmy w prawo, na trudniejszą trasę. Chwilę później zaczął padać deszcz i lał tak do samego końca.

Przeszkody wyglądają tak jak na poniższym filmiku:

 

 

 

 

 

Bujające się podesty? Spoko. Dwudziestometrowy spacer po gołej linie? Luzik. Najgorsze pojawiło się jednak mniej więcej po 2/3 trasy i wyglądało tak:

 

 

 

 

Po wejściu na drugą pętlę spadłam i zaplątałam się nogami w sznury. Ogarnęła mnie panika i zaczęłam drzeć ryło na pół parku. Bozia głosu nie żałowała, więc było naprawdę głośno. Zleciała się obsługa i patrzyła jak podciągam się do podestu. Wygramoliłam się na górę i dalej się wydzierałam, bo miałam nogi oplątane na wysokości ud linami, które ściągały mnie z platformy. Na szczęście udało mi się wyplątać, ale musiałam jeszcze chwilę sobie posiedzieć i poryczeć. Pętle przeszłam w końcu w dość dziwaczny sposób: siadałam na jednej, kładłam się na plecach, zarzucałam nogi na kolejną i przeskakiwałam do przodu. Najgorzej było na sam koniec, bo siedziałam na pętli jakieś 0,5-1 metra pod poziomem platformy. Musiałam zarzucić nogi bardzo wysoko i podciągnąć się na nogach. I tak, były wrzaski.

Potem było kilka przeszkód podobnych do tych po prawej, czyli mostkopodobne. Przeszłam je bez większego problemu. Najgorsze są jednak pętle i trójkąty.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Pod koniec pojawiły się trudniejsze przeszkody, które wcześniej nie sprawiłyby mi problemu. Jednak wcześniej ogarnęła mnie panika, która nie do końca zeszła. Skończyło się tak, że instruktor stał na kolejnej platformie i mówił mi jak stawiać nogi, a ja szłam i płakałam, że się boję. Po drodze zaplątały mi się jeszcze włosy w bloczek i but utknął w sznurowej pajęczynie. No ale w każdym razie przeszłam całość sama. Mogło być gorzej. Podobno czasem trzeba ludzi ściągać w połowie trasy, czasem przeklinają, rzucają się, czasem też trzeba ich długo uspokajać.

Z ostatniej platformy można zejść po drabinie lub zeskoczyć. Sysadmin bał się skoczyć, więc zszedł. Ja zeskoczyłam, ale za to wcześniej się wydzierałam, więc ostatecznie wyszło po równo. Skok wyglądał tak:

 

 

 

 

Skok sam w sobie nie jest straszny. Najgorzej jest zrobić krok w przepaść, bo to wbrew wszelkim instynktom samozachowawczym. Ale potem jest już fajnie.

Na koniec poszliśmy na zjazd tyrolką, czyli po prostu na uprzęży umocowanej na linie. To w ogóle nie było straszne. Najgorsze było to, że instruktor przypadkowo walnął mnie w oko i wyleciała mi soczewka. Dobrze, że pod koniec, a nie na przeszkodach dwadzieścia metrów nad ziemią. Wtedy musieliby mnie ściągać, a tak tylko wracałam na ślepo.

Jeśli chcecie się wybrać do Kolibek, to polecam. Atrakcje są niezłe, a obsługa bardzo miła i pomocna. Najlepiej ubrać się w wygodny dres i porządne buty. Mogą być adidasy, ale glany będą jeszcze lepsze, bo mają gruby bieżnik. Biżuterię najlepiej zdjąć, bo jest spora szansa zerwania, w najgorszym razie uduszenia.

Po wizycie w parku mam parę siniaków na ramionach, ale nic mnie nie boli. Sysadmina za to boli wszystko. Nie jestem pewna, czy wybrałabym się ponownie na tego typu wspinaczki, ale chyba jednak tak. A może wahadło w Rutkach?

 

 

 

Lubicie takie rzeczy?

 

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 25
Tagi