Mam autyzm i nie zbieram pieniędzy na konto. Za to piszę, co mi się podoba.
Kategorie: Wszystkie | Info | Ja i ASD | KSIĄŻKA | Komentuję | Konstruktywnie | Opisuję
RSS
środa, 21 marca 2018

 

Aaaaaaaaa! Mały w końcu śpi, można pisać!

Jak już wiecie z poprzedniego wpisu, na początku stycznia urodził mi się synek. Chociaż zdjęć ma mnóstwo i wygląda jak standardowe niemowlę, to nie będę wrzucać tych zdjęć.  Nie chcę upubliczniać wizerunków niepowiązanych z blogiem osób, nawet jeśli są niemowlakami i nie da się ich odróżnić od innych. W zamian wrzucam małe, słodkie kotki.

Wiem, że dużo osób miało ból dupy o posiadanie dziecka przez dwie osoby z ASD. Od razu powiem, że mały ma się dobrze, nikt się nad nim nie znęca, jest wesoły i dużo gada. Wizytację już mieliśmy i wszystko zostało pozytywnie ocenione. Proponuję przekierować swoją troskę na rodziny stosujące przemoc oraz te, które leczą autyzm głodówkami i wlewami z wybielacza (czyli też stosujące przemoc).

 

 

 

 

Na początku opowiem wam o wspaniałej przygodzie, jaką była wizyta na porodówce. Na szczęście udało mi się uniknąć jej w okresie świąteczno-sylwestrowym, chociaż mieliśmy trochę nadzieję, że nasz synek będzie pierwszym Polakiem urodzonym w 2018 roku. Nie udało się, ale nie szkodzi, to nie był cel do osiągnięcia, tylko taka ewentualna ciekawostka.

Całość porodu, od pierwszych skurczy do narodzin, zajęła mi 29 godzin - od 4:04 jednego dnia, do 9:15 następnego. Oczywiście nie było tak, że cierpiałam straszliwe męki przez ten cały czas. Nieee, tak źle nie było. Przez pierwsze 19 godzin skurcze się stopniowo nasilały, aż w końcu około godziny 23 były już naprawdę konkretne. Po 2 w nocy pojechałam do szpitala, ponieważ na szkole rodzenia kazali się zgłaszać jak skurcze będą się pojawiać co 5 minut. Zabrałam ze sobą walizkę, książeczkę przebiegu ciąży, wyniki badań i papier od psychiatry dotyczący Aspergera i możliwych nietypowych reakcji w sytuacjach stresowych.

Kontakt z personelem medycznym w nocy potwierdził moją opinię o tym, że potrzebna jest naprawdę solidna edukacja społeczeństwa w tematyce spektrum autyzmu. Zostałam potraktowana jak niespełna rozumu. Miałam wrażenie, że nie jestem nudną 30-latką z mężem, kotem i kredytem na mieszkanie, ale mało sprawną intelektualnie gówniarą, która puściła się w krzakach z nie wiadomo kim. Podczas przyjęcia do szpitala należy wypełnić i podpisać całą masę papierów - normalka. Padło wówczas pytanie, czy jestem częściowo lub całkowicie ubezwłasnowolniona, co było według mnie totalnym chamstwem. Ojca dziecka też o dziwo znałam, łącznie z peselem na pamięć.

Zaprawdę powiadam wam, wizyta w banku i w USC była dużo przyjemniejsza.

Żeby nie szkalować szpitala do końca, to dodam jeszcze, że podczas wizyty dotyczącej gojenia się rany po cesarce zostałam potraktowana zupełnie inaczej. Miałam w karcie wypisu wpisane ZA, co nie uszło uwadze położnych. Opowiadały mi o dzieciach znajomych i sławnych ludziach z ZA, że to świetna sprawa, a czasem i geniusz. Ten sam szpital, zupełnie inne nastawienie. Chociaż traktowanie mnie jak świra też miało dobre strony, mianowicie dostałam piękną, pojedynczą salę, do której moja rodzina miała całodobowy dostęp.

 

 

 

 

 

Jak wyżej wspomniałam, poród odbył się droga operacyjną. Kiedy przyjechałam do szpitala, była prawie 3 w nocy, silne skurcze co 5 minut... i zero postępu porodu. Potem skurcze się nasilały, darłam się na cały regulator co minutę, ale nadal nic się nie działo. Ustalono, że zrobią mi cięcie. O 8 rano, kiedy wariowałam z bólu i wkłuwanie igły było dla mnie niczym wbijanie gwoździa, a cewnik płonął żywym ogniem, przyszedł lekarz i stwierdził, że to dopiero początek porodu. A myśmy mieli wrażenie, że zanim zabiorą mnie na salę, to zdążę sama urodzić.

Tak naprawdę to nigdy bym sama nie urodziła. Synek był mocno okręcony pępowiną i nawet się nie zsuwał. Nie miałam tego słynnego opadu brzucha ani rozwarcia szyjki macicy. W końcu dowiedziałam się, dlaczego pod koniec ciąży czułam ruchy tylko z jednej strony - mały nie mógł się ruszyć. Dobrze zrobił, że nawet nie próbował, bo mógłby się udusić.

W końcu o 9 zabrali mnie na salę operacyjną. Podanie znieczulenia w kręgosłup było koszmarne, ale kiedy zaczęło działać, to było wspaniałe uczucie. W końcu przestało boleć. Piętnaście minut później urodził się mój synek i dostał 10 punktów na 10 możliwych. Był całkowicie zdrowy i nawet nie przyduszony - mądry chłopak nie próbował się ruszać. Jedynym problemem był brak kawałka ucha i czerwone ślady na skórze po pępowinie. Ucho, kiedy poczuło dostępne miejsce, odrosło do końca. Ślady na skórze powoli zanikają.

Cóż, tym razem miałam szczęście.

Początkowo opieka nad niemowlęciem była koszmarna, ponieważ nie odróżniało dnia od nocy, nie miało wyrobionego rytmu i wszystko uznawało za zamach na jego życie. Obecnie ma już swój plan, wie że zmiana pieluchy to dobra rzecz, całkiem ładnie śpi w nocy i lubi kąpiele. Moje dziecko jest bardzo kontaktowe, uśmiechnięte i gadatliwe. Uwielbia kontakt wzrokowy, domaga się rozmów, zabaw i śpiewania piosenek. Dużo mówi po swojemu, potrafi powiedzieć ghhhh, łała, auuu i le. Mówimy nawet na nie w skrócie Le.

Posiadanie dziecka jest całkiem spoko sprawą, tylko ciężko coś zrobić w domu, bo rzadko kiedy śpi dłużej w ciągu dnia. Koty i psy zareagowały całkiem pozytywnie. Na początku było trochę strachu i rezerwy, ale nie w jakimś strasznym stopniu. Obecnie młody śpi sobie razem z kotem w ramach profilaktyki alergii i astmy. No i oczywiście w ramach nauki miłości do zwierząt.

Cieszę się, że już nie jestem w ciąży, bo było to bardzo męczące, zwłaszcza pod koniec. Wydarzyło się jednak parę pozytywnych rzeczy. Pierwsza to oczywiście narodziny syna, co jest chyba oczywiste. Kolejna to odkrycie, dlaczego cały czas chce mi się spać i mam problemy z koncentracją. Jestem znana z tego, że mogę spać zawsze i wszędzie. Zastanawiałam się nawet, czy mam jakąś narkolepsję, bo nawet leczenie Hashimoto nie pomagało (jednym z objawów jest właśnie senność). Dzięki badaniom przesiewowym w kierunku cukrzycy ciążowej okazało się, że moim problemem są spadki poziomu cukru we krwi. Obecnie zamulam dużo mniej i nawet jestem w stanie coś zrobić.

Fajnie było też stracić w tydzień 15 kilogramów (dziecko w zalewie + okropna opuchlizna). Po ciąży straciłam też apetyt prawie do zera, ale jedynym skutkiem tego jest oszczędność na jedzeniu. 

 

 

 

 

 

Czy chciałabym mieć kolejne dziecko?

 

Nie. Nie chodzi tu wcale o kwestie finansowe ani o to, że sobie nie radzę z opieką. Radzę sobie, a nad finansami można popracować. To w dużej mierze kwestia chęci. I już nawet pomijając to, że w tym wspaniałym prorodzinnym państwie moje dziecko ma 920. (dziewięćset dwudzieste) miejsce do żłobka. Są gorsze problemy.

Miałam cholerne szczęście, że urodziłam zdrowe dziecko, że w szpitalu zrobili mi cesarkę bez większego oporu, a moja lekarka robiła mi USG na każdej wizycie. Miałam cholerne szczęście, że pracowałam do trzeciego trymestru na umowę o pracę i teraz mogę dostawać zasiłek macierzyński z ZUSu.

Obecnie panujący nam rząd (na który nie głosowałam) postanowił to zmienić. Już niedługo będzie można zwalniać z pracy kobiety w ciąży. Strach zachodzić. Jeśli jeszcze okazałoby się, że tym razem loteria przebiegła mniej pomyślnie i tym razem płód nie miałby mózgu, nerek, płuc... no cóż, mój problem. Musiałabym czekać kilka miesięcy i urodzić dziecko z wadą letalną, które umarłoby zaraz po urodzeniu. Na tej stronie można obejrzeć sobie przykłady takich wad - ostrzegam, że widok może być drastyczny, a ja mam trochę kultury, więc nie wklejam obrazków tutaj.

Hospicjum perinatalne? Hahahaha! 

Jeśli wada okazałaby się duża, ale nie śmiertelna, to... po raz kolejny hahahaha. Mój problem, niepełnosprawni po urodzeniu nikogo nie obchodzą. Ciąża pozamaciczna? Sory, czekamy na rozwalenie jajowodu i krwotok. Zaśniad groniasty? Miłej zabawy z nowotworem. A jeśli miałabym nowotwór nie-zaśniadowy i przy okazji zaszłabym w ciążę, to spotkałby mnie przywilej w postaci możliwości wybrania sobie wieńca i nagrobka.

Mogłabym powiedzieć, że pierdolę to wszystko i idę się wysterylizować. A dupa, też nie wolno! W tym kraju tylko mężczyźni mogą zrobić sobie bezproblemowo wazektomię. Mogą też kupić sobie viagrę bez recepty i nikogo nie obchodzą możliwe powikłania kardiologiczne. Kobiety muszą jechać za granicę lub użerać się z receptami w kraju.

Jedna z moich kotek ma właśnie ruję i za tydzień czeka ją zabieg sterylizacji, obecnie dostaje tabletki na zatrzymanie rui. W tym pojebanym kraju moja kotka ma lepsze prawa reprodukcyjne ode mnie. Może dostać leki hormonalne i antykoncepcyjne bez pieprzenia się z klauzulami sumienia. Może mieć bezproblemowo i od ręki zrobioną sterylizację, a nawet aborcję - bez wyjazdu za granicę. Kobieta w Polsce nie ma takich praw.

 

 

 

 

 

Nie chcę mieć więcej dzieci w takich warunkach. W minioną niedzielę byłam na proteście pod lokalną kurią, a w piątek wybieram się na demonstrację, żeby sprzeciwić się traktowaniu polskich kobiet jak gówno. Zachęcam do udziału. Jeśli kogoś wkurwia coraz mocniejsze wpieprzanie się Kościoła do polityki i nie uważa się za osobę wierzącą, może rozważyć apostazję. A jeśli lubicie się pomodlić, ale wkurwia was Kościół Katolicki, to podpowiem, że istnieją inne odłamy chrześcijaństwa, które zajmują się swoimi sprawami zamiast polityką.

Jak komuś ma problem z tym wpisem, to przypominam, że piszę to, co mi się podoba. Wystarczy przesunąć stronę do góry.



piątek, 20 października 2017

 

Na samym początku chciałam pokazać wam stronę z satyrycznymi rysunkami pt. Asperger rysowany. Wybrałam ten obrazek nieprzypadkowo. Już niedługo przyjdzie na świat moje potomstwo, które również może być w spektrum. Ma po kim - wzięłam sobie za mężą Sysadmina, o którym już kiedyś tutaj wspominałam. Obrońcy moralności mogą odetchnąć spokojnie, ponieważ wyszłam za mąż kilka miesięcy przed zajściem w ciążę. 

Ta wiadomość może być dla niektórych szokiem. Osoby ze spektrum autyzmu powinny być w końcu aseksualne i prowadzić życie pustelnika. To drugie nawet się zgadza, ponieważ nie mamy znajomych i słabo się integrujemy. Jeśli nasz syn również będzie w spektrum - a może, bo ma szansę na geny z obu stron, a do tego jest chłopcem - to zagęszczenie autyzmu w naszym domu osiągnie takie wartości, że wytworzy się czarna dziura. Dorzucam jeszcze kota, bo kot musi być, a w końcu wszystkie koty mają zespół Aspergera.

 

 

 

 

 

Kolejne rysunki pochodzą ze strony Kos og kaos (komfort i chaos), narysowała je Line Severinsen.

 

Młody ma się urodzić mniej więcej na Nowy Rok, dlatego wstawiłam poniższy obrazek. Oczywiście nie mam problemów z alkoholem, dlatego nie do końca pokazuje moją sytuację, ale wydawał mi się śmieszny. Albo i nie... Kiedy zobaczyłam jak ludzie reagują na pomysł przymusowego leczenia kobiet pijących w ciąży, to byłam w niezłym szoku. Dla mnie to oczywiste: jestem w ciąży, to nie piję, koniec tematu. Dla innych ludzi niekoniecznie. Według mnie jeśli ktoś ma problem z wytrzymaniem 9 miesięcy, to serio nadaje się na leczenie.

Pisałam już nieraz, że osoby ze spektrum są często traktowane jak dzieci, jak nienormalne lub niespełna rozumu. Ma to swoje plusy - nikt nie wypytuje o męża i dzieci, nawet jeśli zbliżasz się do trzydziestki. Wręcz przeciwnie, oczekiwania są takie, że będziesz żyć na model zakonny aż do śmierci, najlepiej z rodzicami. Kiedy okazało się, że jestem w ciąży, reakcje były raczej w stylu nie za wcześnie? U osoby neurotypowej 30 lat to najwyższy czas, u autystycznej za wcześnie. Zupełnie jakby tylko w przypadku osób neurotypowych działały prawa biologii.

Kiedy szukałam w internetach czegoś o autystycznych kobietach w ciąży, to nawet mile się zaskoczyłam. Coś było - niewiele, ale było. Powoli zmienia się też sytuacja z autystycznymi rodzicami, chociaż wciąż dominują treści o rodzicach dzieci z autyzmem.

 

 

 

 

 

 

Moja sensoryka działa tak, że mam wyostrzony węch/smak i jestem bardziej wrażliwa na światło. Z tym węchem jest tak, że dużo mocniej czuję zapachy, przez co nieraz mnie mdli. Zastanawiałam się nieraz, czy gdybym była w ciąży, to będę miała podwójne mdłości, takie nie do wytrzymania. Okazało się, że prawie nic się nie zmieniło. Zapachy drażnią mnie mniej więcej tak samo. Nasiliła mi się choroba lokomocyjna. Nieraz po wyjściu z autobusu miałam straszny odruch wymiotny, na szczęście bez wymiotów. Za to zgagę po takiej jeździe autobusem mam straszliwą.

 

 

 

 

 

 

Istotną zmianą w funkcjonowaniu, jaką zauważyłam, są straszliwe problemy z koncentracją. Jest mi dużo trudniej skupić się na pisaniu notki na blogu, niż kiedyś - a to nigdy nie było proste. Obrazki w mózgu tańczą mi jak szalone, nie daję rady zatrzymać się na jednym. W ciąży niestety nie wolno łykać ani metylofenidatu, ani wenlafaksyny, więc wychodzi na to, że muszę ten problem przeczekać. A nie jest to wcale takie proste, bo trzeba przygotować mnóstwo rzeczy dla dziecka. W przypadku problemów z koncentracją jest tak, że im więcej pojawia się spraw do załatwienia, tym mniejsza szansa, że COKOLWIEK zostanie wykonane. No i mam wokół siebie rozpierduchę, bo nie wiem, od czego zacząć, a jak już zacznę, to nie mogę się skupić na wykonywanej czynności i wszystko się sypie.

A, zapomniałabym o czymś. Jak już się za coś zabiorę, to okazuje się, że trzeba iść spać. Spanie 12 godzin stało się już normą. 

 

 

 

 Jeszcze daję radę założyć sobie buty, ale przed ciążą mogłam przyłożyć głowę do kolan.

 

 

 

Na początku ciąży musiałam się zapisać do lekarza. Nie było to proste, bo nie ani lubię dzwonić przez telefon, ani chodzić do lekarzy. W wielu przychodniach proponowano mi terminy w stylu za rok albo za kilka miesięcy. W końcu udało mi się dostać całkiem szybki termin w przychodni niedaleko. Zapisałam się, po czym zaczęłam czytać opinie o lekarce na Znanym Lekarzu. Nie były one zbyt pochlebne. Przestraszyłam się, bo jestem standardowo traktowana jak świr, dostaję pytania czy dobrze się czuję i czy jestem psychiczna, co wcale nie pomaga. Znalazłam inny gabinet sporo dalej i zapisałam się na wizytę dzień przed spotkaniem z niefajną lekarką. Kiedy udałam się na miejsce, okazało się, że lekarz sobie poszedł, bo nie chciało mu się siedzieć. Zareagowałam jak na świra przystało, w sensie były płacze i krzyki. Na szczęście miałam kolejną wizytę następnego dnia.

Okazało się, że straszna lekarka nie jest taka straszna. Faktycznie mało się odzywa i nie patrzy na pacjenta, ale robi USG na każdej wizycie, daje zestaw badań na NFZ i nie ma jazd typu klauzula sumienia. Nigdy też nie zadała mi pytania czy jestem nienormalna - pewnie nawet nie zauważyła. Jedyne, co mnie w niej wkurza, to umawianie kilku osób na jedną godzinę, przez co trzeba naprawdę długo czekać.

Wiem, że trzeba będzie wybrać szpital, przychodnię i położną, ale nie wiem jeszcze jak się to robi. W ogóle niewiele wiem o opiece nad dzieckiem, dlatego im bliżej końca, tym bardziej to wszystko mnie przeraża.

 

 

 

 Spuchnięte nogi i ruchy jak stara babcia? Oczywiście!

 

 

Mam nadzieję, że za parę miesięcy przestanę tak zamulać i poprawi mi się koncentracja. Mam też nadzieję, że mi nie odwali i nie będę wrzucać do neta milionów identycznych zdjęć niemowlaka. Na razie nie odczuwam nawet chęci robienia sobie zdjęć z wielkim brzuchem, chociaż całkiem fajnie (w sensie ciekawie) wygląda w specjalnych spodniach. To chyba dobry znak.

Najgorsza w tym wszystkim jest świadomość, że trzeba będzie wychować człowieka tak, żeby nie wyrósł na świra ani psychopatę. Opiekę nad niemowlakiem pewnie da się w miarę sprawnie opanować, pewnie nie różni się poziomem trudności od opieki nad psem lub kotem. Dużo straszniej wygląda perspektywa starszego dziecka i interakcji z nauczycielami w przedszkolu i szkole. No i nie tylko z nauczycielami, bo jakiś rozwój społeczny też trzeba zapewnić. I jakoś w domu wszystko opanować, a z tym bez dziecka mam problem.

Już mi się tego wszystkiego odechciewa, ale nie ma odwrotu.

 


sobota, 01 kwietnia 2017

 

Siedzę sobie właśnie w pokoju hotelowym w Suwałkach. Jutro dzień autyzmu. Z tej okazji będę występować na lokalnej konferencji. Jak dobrze wiecie, wspieram z całych sił prawo osób autystycznych do akceptacji, samodzielności i wypowiadania się we własnym imieniu. To działa! Jeszcze parę lat temu na takich konferencjach pojawiali się wyłącznie rodzice i specjaliści. Obecnie zapraszane są także osoby ze spektrum. Mam nadzieję, że w przyszłości pojawią się także osoby niemówiące, używające alternatywnych metod komunikacji (AAC).

Wśród ludzi pokutuje przekonanie, że nie mówię = nie myślę, co oczywiście nie jest prawdą. Dzięki rozwojowi technologii możemy się o tym przekonać. Niedawno powstała inicjatywa Akcja KomunikAACja, którą oczywiście wspieram i aktywnie propaguję.

 

 

 

 

Niedawno ukazał się też artykuł o Macieju Oksztulskim, niemówiącym doktorancie prawa (wersja odblokowana). Super sprawa, czyż nie? Osoby niemówiące mogą być przecież bardzo zdolne.

Jest tylko jeden problem.

Maciej używa metody o nazwie ułatwiona komunikacja (facilitated communication - FC). To nie jest rodzaj AAC, ale jedna wielka ściema. Jak dobrze wiecie, mam alergię na pseudonaukę. Szkaluję cudowne diety, lewatywy z wybielacza, magiczne suplementy, biorezonansy, wahadełka, DAN i inne bzdury służące do wyciągania kasy od zdesperowanych rodziców. Uczciwość nakazuje mi również przestrzegać przed oszustwem o nazwie FC. Artykuł w Wyborczej odniósł ogromny sukces i zdaję sobie sprawę, że część rodzin może być zainteresowana kolejnym cudem. Nie róbcie tego, bo wpakujecie się w ogromne gówno.

Ułatwiona komunikacja nie jest cudem. Jest równie wiarygodna co czopki z banana. A nawet gorzej.

 

 

 

 

 

Parszywość FC polega na tym, że wszyscy są tu oszukani. Ta metoda wywodzi w pole osobę piszącą, jej rodzinę, asystenta oraz otoczenie wokół. Instytut w Syracuse, który ją promuje, jest równie wiarygodny co Jerzy Zięba. Nie mogę obwiniać użytkowników - oni są przekonani o autentyczności metody. Obwiniam natomiast ludzi, którzy wykorzystują czyjąś naiwność i desperację.

 

O co chodzi?

W latach 70. w Australii żyła sobie pani nazywająca się Rosemary Crossley - pedagog specjalny. Zauważyła ona, że osoby z autyzmem mają często problem z motoryką, czyli z panowaniem nad własnym ciałem. Postanowiła ułatwić życie swoim podopiecznym i nauczyć ich pisania na klawiaturze komputera z lekkim wspomaganiem. Wspomaganie to polegało na podtrzymywaniu ręki osoby piszącej.

Rezultaty były świetne. Okazywało się, że ludzie wcześniej uznani za niepełnosprawnych intelektualnie i niewyuczalnych, są niesamowicie zdolni. Okazywało się, że umieją czytać, pisać i formułować rozbudowane wypowiedzi. Cud!

Cudem zainteresowali się naukowcy, którzy chcieli dowiedzieć się jak ta metoda działa i co właściwie dzieje się w głowach osób niemówiących. Zostały opracowane procedury badawcze, zebrano ochotników... i wszystko wyłożyło się gorzej niż ja podczas jazdy na łyżwach.

Osoby niepełnosprawne były tylko wskaźnikiem do klawiatury. Prawdziwymi autorami wypowiedzi okazywali się ich asystenci. Badania oczywiście zostały powtórzone kilkadziesiąt razy - wiarygodność jakiegokolwiek eksperymentu sprawdza się powtarzając go i porównując wyniki. Rzeczywistość była okrutna. To nie działa.

TO NIE DZIAŁA.

 

 



 

Po ogłoszeniu wyników znaleźli się oczywiście użytkownicy, którzy twierdzili, że w ich przypadku ta metoda działa. Poddali się weryfikacji, która polegała na podtrzymywaniu ręki z zawiązanymi oczami i słuchawkami na uszach. Przeszli też testy polegające na pokazywaniu osobie niepełnosprawnej jakiegoś obiektu (zwykle przedmiotu codziennego użytku), po czym poproszeniu do pokoju asystenta i odpowiedzi na pytanie co to było. Wyniki testów były druzgocące - osoby badane nie potrafiły udzielić odpowiedzi. Metoda komunikacji działała wyłącznie wtedy, kiedy asystent widział klawiaturę i/lub słyszał zadane pytanie.

Wniosek z tego jest prosty: to asystent jest prawdziwym autorem wypowiedzi. Jak to jednak możliwe, skoro asystenci ograniczali się często tylko do dotykania ręki podopiecznego i szczerze twierdzili, że niczym nie manipulują?

Odpowiedzią na to pytanie są demony.

 

Demony, duchy i seanse spirytystyczne

 

 

 

W XIX wieku modne były seanse spirytystyczne. Powstała wówczas gra o nazwie Ouija (oui + ja - po francusku i niemiecku tak tak). Zasady gry były dosyć proste. Trzeba było stworzyć odpowiedni nastrój: ciemny pokój, świece i specjalna tablica ze wskaźnikiem. Następnie wzywało się ducha i zadawało mu pytania. Po chwili gracz czuł jak wskaźnik sam przesuwa mu się pod rękami i pokazuje odpowiedź.

Czy to faktycznie duchy przesuwały wskaźnik? Oczywiście, że nie. Prawdziwy duch znajdował się w ciele gracza i nie chodzi tu o żadne opętanie. Zjawisko to nosi nazwę efekt ideomotoryczny i polega na nieświadomych ruchach ciała. Gracz faktycznie ma poczucie, że wskaźnik ciągnie go za rękę. To jednak nie żadne duchy, ale jego własne ręce.

Ten sam efekt można zaobserwować podczas używania wahadełka i innych paranormalnych zjawiskach, na przykład automatycznym pisaniu. Powiem wam, że sama dosyć często piszę automatycznie. Nie jestem opętana, to zwyczajny stim - jeden z wielu, które mam. Mam przymus gryzienia, podrygiwania oraz bazgrolenia bzdur po kartkach. Kiedy podskakuję albo macham rękami, robię to automatycznie. Mam poczucie, że coś mnie nosi. Jednak to coś to po prostu ja sama, moja podświadomość i emocje.

 

 

 

 

 

Efekt ideomotoryczny pojawia się także w przypadku malujących słoni. Słoń został wytresowany do trzymania pędzla, jednak jego ruchami steruje opiekun poruszający jego uchem. W przypadku FC również nie trzeba chamsko ciągnąć osoby niepełnosprawnej za rękę. Wystarczy wyuczenie stukania w klawiaturę i delikatna (zwykle też nieświadoma) manipulacja łokciem lub ramieniem. Efekt spektakularny, niestety zupełnie nieprawdziwy. Słonie i inne zwierzęta mogą jak najbardziej malować i to całkiem kreatywnie, jednak ich twórczość to różnego rodzaju wzory, nie rzeczywiste obiekty.

 

 

 

 

Ułatwiona komunikacja nie jest metodą AAC. To zwyczajne oszustwo. O ile na początku użytkownicy byli tego nieświadomi, to obecnie temat jest doskonale znany. Metoda skompromitowała się na dobre już na początku lat 90. w badaniach naukowych. Prawdziwym zaoraniem były jednak fałszywe oskarżenia o molestowanie seksualne oraz fałszywe zgody podopiecznego na seks z asystentem. Był także przypadek "namówienia" rodzica na zabójstwo autystycznego dziecka - rzekoma chęć popełnienia samobójstwa. Jeśli w obecnych czasach ktoś propaguje FC, to jest po prostu oszustem żerującym na naiwności ludzi i ich pragnieniu na usłyszenie od dziecka kocham cię. Szwedzi poszli na całość i zakazali stosowania tej metody - i bardzo dobrze.

 

Czy oznacza to, że ludzie niemówiący są faktycznie niewyuczalni?

Oczywiście, że nie. Rzeczywistość - jak już wiele razy pisałam - jest jednak nudna. Nie ma cudów. Nie ma cudownego środka na odchudzanie, trzeba zwyczajnie ruszyć zad z fotela i się nie obżerać. Nie ma cudownej metody leczącej autyzm, trzeba długo i żmudnie pracować nad różnymi umiejętnościami. Nie ma też cudownych sposobów, dzięki którym osoba niemówiąca będzie od razu pisać długie elaboraty. Jeśli będzie, to po długich ćwiczeniach. A może nie będzie wcale. Nie o elaboraty w komunikacji alternatywnej chodzi. Chodzi o zapewnienie osobie niepełnosprawnej możliwości wyrażenia swoich myśli i potrzeb. Nie muszą być to złożone komunikaty, bo i nie każdy będzie do nich zdolny. Ważne jest jednak, żeby mieć możliwość porozumienia się z otoczeniem. Brak takiej możliwości prowadzi do ogromnej frustracji i zachowań agresywnych.

 

 

 

 

 

Komunikacja alternatywna nie zaczyna się od cudów. Pierwsze wiadomości tworzone przez użytkowników są zwykle jedno- lub dwuwyrazowe. Osoby werbalne też nie zaczynają przygody z mówieniem/pisaniem od zdań wielokrotnie złożonych. Sama jestem osobą, która nauczyła się pisać i czytać w wieku dwóch lat, ale zapisane przeze mnie komunikaty były bardzo proste, na poziomie Ala ma kota albo to pies. Ale to jest właśnie piękne - to, że ktoś tworzy własny przekaz, a nie że asystent używa kogoś do wyrażenia swoich podświadomych myśli. 

Ciekawie i praktycznie na temat wprowadzania komunikacji alternatywnej pisze Agnieszka Kossowska. Innym przykładem jest Carly Fleischmann. Obecnie prowadzi własny program na Youtube, ale jej przygoda z pisaniem zaczęła się od powolnego wpisywania pojedynczych słów. Jednym z jej pierwszych komunikatów było boli pomocy - nie rozważania o życiu i świecie. Z czasem zaczęła pisać coraz lepiej, ale najważniejsze było to, że robi to samodzielnie. Poniżej filmik z czasów, kiedy miała 14 lat - teraz ma 22 i pisze dużo lepiej.

 

 

 

 

 

A co z osobami z silną dyspraksją?

 

Ułatwiona komunikacja została wymyślona w odpowiedzi na problemy motoryczne. O ile metoda okazała się bzdurą, tak problemy motoryczne są prawdziwe. I tu, uwaga, można nawet prowadzić kogoś za rękę. Jednak wyłącznie tymczasowo, w celu modelowania właściwych ruchów. Coś jak na siłowni, kiedy instruktor trzyma uczestnika za jakąś część ciała, żeby nauczyć go właściwej techniki. Jednak jest to tylko nauka techniki i wszyscy zdają sobie z tego sprawę.

Niektóre osoby piszą na klawiaturze i podtrzymują sobie rękę same. Jeśli ktoś ma problem z wyczuciem granic własnego ciała, może używać np. sportowych opasek na nadgarstki i podobnych akcesoriów. Najważniejsze jest to, żeby wiadomości były tworzone samodzielnie, bez udziału asystentów. Asystent może pomagać podopiecznemu ogarniać rzeczywistość, ale nie wolno mu dotykać osoby niepełnosprawnej, sprzętu do komunikacji (podczas używania, nie np. przenoszenia czy konserwacji) ani kończyć zdań.

 

 

 

 

 

Niektórzy ludzie mają jednak bardzo poważne problemy z motoryką. Na szczęście jest już na to sposób. Współczesna technologia pozwala na sterowanie urządzeniem do komunikacji za pomocą ruchów oczu. Sama miałam okazję testować takie urządzenie i potwierdzam, że wymagane są wyłącznie sprawne oczy i coś do powiedzenia w głowie.

Przy okazji ruchów oczu chciałabym pokazać jak bardzo ludzie są skłonni do samooszukiwania. To NIE jest metoda komunikacji alternatywnej, ale FC w jeszcze gorszym wydaniu.

 

[KLIK - tu początkowo był wstawiony film, ale cały czas odtwarzał się automatycznie i wkurzał]

 

Prawdziwe AAC dla osób z ograniczonej sprawności ruchów polega na zastosowaniu urządzenia śledzącego ruchy oczu lub wskaźnika laserowego przymocowanego do czapki lub okularów. Tego drugiego sposobu używa jeden z bohaterów serialu Speechless

 

 

 

 

 

 

A na zakończenie proponuję wam mały eksperyment. Cofnijcie się do pierwszego zdjęcia w tym artykule. Otwórzcie edytor tekstu (np. Notatnik), wyciągnijcie palec wskazujący dominującej ręki. Patrzcie w okno, sufit lub inne miejsce daleko od komputera. Spróbujcie palcem wskazującym wpisać tekst bez polskich znaków - trzy razy z punktem odniesienia w postaci pierwszej litery, trzy razy bez żadnego odniesienia. Ja spróbowałam i wyszło mi... no właśnie, co?

elejgtriwbus aranies e carnibykt
elejtriwbua arimoes e vxarbuvtjy
e;ekreowbua atinis\ d cxsrnivtky
rlrtrienis stdsmoes e fdwtnivylki
rlrjreuwbus stinies e xsrnivyky
t.rktroenis stomoes r vxstnobylu

Mam bardzo dobre wyczucie przestrzeni, umiem też pisać bezwzrokowo (patrząc tylko na ekran) i zawiązać sobie gorset na plecach. Nie udało mi się jednak wpisać bezbłędnie żadnej treści na ślepo. Umiem wyłączyć budzik przez sen, ale to i tak nic w porównaniu do użytkowników FC, którzy rzekomo sami pisali na klawiaturze zasypiając przy tym.

Komunikacja alternatywna jest kluczowa umiejętnością w przypadku niemówiących autystów. Należy jednak uważać, żeby się przy okazji nie wpakować w pseudonaukowe gówno. Kiedy po czasie dotrze do nas prawda, będzie to bardzo bolesne. Dużo bardziej, niż tylko prosty obrazek zamiast rozbudowanych wyznań miłości.

 

DODATEK

Zamieszczam film z konferencji Centrum Bioetyki Uniwersytetu Harvarda. Prelegenci mówią tam o szkodach, jakie może spowodować FC. No i przede wszystkim, że oszukiwanie autystów i ich rodzin jest zwyczajnie nieetyczne.

 

 

 

 

niedziela, 04 grudnia 2016

Stimy to dobra rzecz. W ten sposób wyrażamy emocje - radość, stres, złość, zniecierpliwienie i inne. Neurotypowi też to robią. Wielokrotnie widywałam ludzi obgryzających paznokcie, podrygujących nogą lub chodzących w te i we w te po przystanku. W ten sposób łatwiej jest się uporać z emocjami. Autycy mają tych emocji o wiele więcej - nie jest łatwo żyć w dziwnym, neurotypowym świecie. To bardzo stresujące.

Nie ma sensu hamować stereotypii. Emocje muszą mieć jakieś ujście, inaczej będzie źle. Na pewno wiedzą to ci z was, którzy odczuwają potrzebę chodzenia w kółko. Można próbować się powstrzymywać, ale wtedy poziom stresu będzie wyższy. Nie ma to sensu, ponieważ wspomniana czynność jest zupełnie nieszkodliwa.

Czasem stimy bywają jednak szkodliwe lub destrukcyjne, np. obgryzanie paznokci, wygryzanie dziur w ubraniach, wyłamywanie palców, drapanie i gryzienie. Wtedy najlepiej robić to w bezpieczny sposób. Koty mają przymus drapania, dlatego produkuje się dla nich specjalne drapaki, żeby nie niszczyły mebli. Dla autyków (i nie tylko) pojawia się coraz więcej zabawek, które pozwalają na bezpieczne wyładowanie swoich emocji.

 

 

 

Do tej pory z zabawek sensorycznych używałam głównie gryzaków. Mam duży przymus gryzienia, który objawia się niszczeniem przedmiotów codziennego użytku, zjadaniem chusteczek, gryzieniem różnych części ciała i problemami z koncentracją. Kiedy gryzę, jest mi łatwiej. W trakcie pisania tego tekstu mam gryzak w buzi i jest fajnie. Ostatnio sprowadzam gryzaki z Chin, ponieważ zużywam je bardzo szybko, więc w sklepach europejskich i amerykańskich zrujnowałabym się finansowo.

Firma Afiti.pl dobrze wie, że jestem fanką zabawek sensorycznych, dlatego miałam okazję przetestowac kilka z nich. Nie było to proste, bo jestem osobą dorosłą, mam duże ręce i dużo siły. Zabawki musiały być więc wystarczająco duże i wystarczająco mocne. Nie mogły się też kleić, bo lepkie rzeczy wzbudzają we mnie obrzydzenie.

W listopadzie przyszła do mnie duża paka, która zawierała różne ciekawe produkty.

 

 

Wąż manipulacyjny Tangle

 

Wąż składa się z plastikowych części połączonych ze sobą czymś w rodzaju stawów. Dzięki temu można go wyginać w różne strony i zająć czymś ręce. Kiedy piszę na klawiaturze, nie jest mi potrzebny. Za to gdy muszę siedzieć bezczynnie (np. podczas oglądania filmu) lub sobie rozmyślam, przydaje się znakomicie.

 

 

 

 

Jestem dużą osobą, dlatego najlepsze byłyby dla mnie dwa węże połączone ze sobą. Mogłabym wtedy okręcać je sobie wokół rąk. Części można łatwo odpiąć i złożyć z powrotem. Nie trzeba ich wcale wciskać na siłę, wystarczy wetknąć pod odpowiednim kątem. Zwiniętym wężem można też machnąć i wtedy fajnie się rozwija w powietrzu. To jedna z moich ulubionych zabawek.

 

 

Ludzik do wyginania

 

Wspólna zabawa z dzieckiem „Giętkim Przyjacielem” nauczy prezentować różnorodnych emocji i postaw – otwartej, pasywnej, asertywnej, wesołej, niepewnej. Szeroki uśmiech i radosne oczy Wesołego Ludka z pewnością okażą się pomocne do przełamania nawet najbardziej napiętej sytuacji.

 

 

 

 

 

Tak właśnie brzmi opis ze strony. Faktycznie ludzika można ustawiać w rozmaite pozy, co przyda się w nauce różnych postaw ciała a także jako model do rysowania. To drugie nawet bardziej, bo buźka jest cały czas uśmiechnięta, co niekoniecznie pasuje do przybranej pozy. U mnie w domu zabawka służyła najczęściej do obczajania fizyki, czyli wyginania w taki sposób, żeby stała i się nie przewróciła.

 

 

Włochata piłka

 

Lubię włochate rzeczy, które można sobie głaskać i smyrać. Działa to uspokajająco, a do tego jest bardzo miło jest badać palcami rozmaite faktury (o ile się nie kleją). Sprawia mi przyjemność dotykanie własnych i cudzych włosów, głaskanie futra czy szorstkich powierzchni. Włochatą piłkę można sobie dodatkowo podrzucać. Zdjęcie poniżej zrobiłam ziemniakiem kamerką, ponieważ aparat zepsuł mi się w Czarnobylu.

 

 

 

 

 

Piłkę można też naciskać i wtedy przypomina głowę łysiejącego faceta.

 

 

 

 

Kiedy szybko głaszczę piłkę, wydaje w siebie fajne, szeleszczące odgłosy.

 

 

Gniotek w siatce

 

Bardzo fajna zabawka. Na początek wygląda dość nijako...

 

 

 

 

...ale po naciśnięciu wygląda już dużo ciekawiej. Mój egzemplarz nie ma niestety brokatu.

 

 

 

 

 

 

Na początku nie było mi łatwo ścisnać piłkę tak, żeby wyszły bąbelki. Potem guma już się rozciągnęła i jest to bardzo proste. Lubię naciskać zabawkę tak, żeby bąbelki wyskakiwały równomiernie i w ciekawych układach kolorystycznych. Fajnie się też wciska bąbelki z powrotem do środka.

 

 

 

Piłeczka jest bardzo często w użyciu  i albo sama nieco sflaczała, albo siatka się rozciągnęła. Prawdopodobnie to drugie. Nie wpływa to póki co w żadnym stopniu na funkcjonalność zabawki.

 

 

Metalowa sprężynka

 

Czyli powrót do dzieciństwa w latach 90. Wtedy miałam różową, plastikową sprężynkę, która była dużo większa, ale za to łatwo się łamała. Szpanem była sprężynka w kolorze tęczowym, która przy schodzeniu po schodach mieniła się różnymi kolorami.

Mój obecny egzemplarz jest znacznie mniejszy, ale za to metalowy, więc tak łatwo się nie połamie.

 

 

 

 

Sprężynką można wywijać na wszelkie możliwe sposoby, spinać na końcach i wyprowadzać na spacer po schodach. To zabawka, która najczęściej znika z mojego biurka i pojawia się w różnych dziwnych miejscach. Nie robi tego oczywiście sama, tylko wygląda bardzo kusząco dla domowników.

 

 

 

 

Ja najczęściej robię sobie ze sprężynki jojo. Lubię też przesuwać palcami po metalowych brzegach, drapać je paznokciami i słuchać jak trzeszczą przy podrzucaniu.

 


Drewniana zabawka manipulacyjna

 

 Zabawka składa się z drewnianych bloczków na gumce. Można je układać w różne kształty i blokować.

 

 

Drewniane klocki fajnie się przesuwa, układa w różne kształty i wygina podczas oglądania filmu lub czekania w kolejce. Minus: dla mnie ta zabawka jest za mała, nadaje się raczej do dziecięcych rączek. Dłuższa wersja umożliwiałaby ułożenie bardziej skomplikowanych wzorów i lepiej pasowałaby do większych rąk.

 

 

Żelowa piłeczka treningowa

 

Najbardziej podoba mi się napis po czesku na etykietce. Masazni micek brzmi według mnie bardzo ciekawie.  Poza tym jajo fajnie podskakuje po rzuceniu na podłogę i dość szybko ucieka. Łapie przy tym wszystkie paprochy po drodze, bo jest dosyć lepkie.

 

 

 

 

 

 Docelowo zabawka ma służyć do gniecenia, ale ja naprawdę nie lubię dotykać lepkich obiektów.

 

 

 

STIMUJ NA ŚWIĘTA

 

Jeśli lubicie lepkie obiekty o konsystencji smarków, to znajdziecie ich mnóstwo w Afiti.pl. Dla fanów obrzydliwych rzeczy znajdzie się nawet pierdzący glut w kibelku. A jeśli wolicie bardziej suche rzeczy, to też się znajdą - przykłady macie powyżej. Dla czytelników Kociego Świata zniżki są na wszystko. Wystarczy przy zakupie wpisać hasło KOCISWIAT.

 

 

 

 

 

czwartek, 06 października 2016

 

Jeśli chodzi o rozmowy kwalifikacyjne, to jestem w nich prawdziwym ekspertem. Było ich mnóstwo - nie powiem, ile dokładnie, ale dużo. Udział w kolejnej wywołuje już u mnie znudzenie i irytację. No bo ile razy można słuchać tych samych tekstów i udawać, że się w nie wierzy? Jeśli chce się mieć za co żyć i żreć, to można i to dużo.

W dzisiejszym artykule opiszę wam najdziwniejsze sytuacje, jakie przytrafiły mi się podczas rekrutacji. Nie chodzi tu wcale o idiotyczne pytania typu ile szczoteczek do zębów zmieści się w żołądku krowy ani jakim dinozaurem jesteś. Na takie oczywiście też trafiłam, ale tego typu teksty krążą po internetach od wielu lat. Wszyscy je już znają. O motywacji do czyszczenia kibli też nie będzie i to nie dlatego, że nie startowałam w takich rekrutacjach. Po prostu chcę opisać autentyczne sytuacje, które wydarzyły się w moim życiu.

Żeby było uczciwie: przydarzały mi się także wpadki. Nie będę jednak o nich pisać, bo nie były jakieś spektakularne. Poza tym na tego bloga zaglądają pracodawcy. Wystarczy, że piszę o życiu ze spektrum autyzmu.

Nikt nie chce pracownika z jawnym Aspergerem. Przekonaliśmy się już o tym jakiś czas temu. 

 

 

 

 

 

No to teraz przyszedł czas na kwiatki!

1. Alternatywna działalność gospodarcza

Sytuacja wydarzyła się sporo lat temu i nie dotyczyła informatyki, ale raczej branży sprzedażowej. Umówiłam się na rozmowę z właścicielem firmy w dość odległej lokalizacji. Po dotarciu na miejsce i poszukiwaniach lokalu, okazało się, że jest to prywatne mieszkanie w bloku. Drzwi otworzył mi młody facet w krótkich spodenkach z ortalionu i gumowych klapkach. Zastanawiałam się czy w ogóle tam wejść. W końcu jednak weszłam, bo strasznie chciało mi się siku. Spytałam, gdzie jest toaleta. Facet wskazał mi drogę przez korytarz zastawiony z obu stron stertami gratów sięgającymi do sufitu. Obok drzwi do łazienki znajdowały się drzwi do pokoju. Były otwarte. Dostrzegłam przez nie stół z ogromnym stosem suszonych konopii.

Zrobiłam co trzeba i wróciłam do pokoju na rozmowę kwalifikacyjną. Po tym wydarzeniu usunęłam z CV dane adresowe. Obecnie znajduje się tam wyłącznie e-mail i telefon.

 

2. Normalna praca

Zgłosiłam się do pracy w sklepie komputerowym. Rozmowa odbywała się w kawiarni w galerii handlowej. Było tam bardzo dużo ludzi. Musiałam znaleźć rekruterów w tym tłumie. Byłoby to o wiele łatwiejsze, gdyby któryś z nich na przykład mi pomachał lub dał inny znak. Niestety tak się nie stało i musiałam wypytywać ludzi przy stolikach.

Panowie wcale nie chcieli mnie zatrudniać w tym sklepie. Zostałam zaproszona tylko po to, żeby na żywo usłyszeć, że mam znaleźć sobie normalną pracę w IT. W sklepie bym się tylko marnowała.

Marnowanie mojego czasu nikomu jednak nie przeszkadzało.

 

3. A może księgowość?

Firma szukała analityka. Zadzwonili do mnie, wysłali testy i zaprosili na rozmowę. Na miejscu okazało się, że praca jest, ale w księgowości. Nie znam się na tym! Nie szkodzi, firma doskonale o tym wie. Po prostu chcieli obejrzeć mnie na żywo.

 

 

 

 

 

 

4. Prawie jak darmowy staż

Duże wydawnictwo proponowało mi 8-10 złotych za stronę specjalistycznego tłumaczenia o programowaniu grafiki 3D. Jeszcze zrozumiem tak gówniane stawki za mało skomplikowane teksty o tematyce ogólnej. Jednak nawet moje zamiłowanie do grafiki 3D nie przysłoniło poczucia jawnego dymania.

Odmowa spotkała się oczywiście z wielkim fochem, a jakże.

 

5. Umowa z Afryki

Na konferencji gadałam z babką z jednej firmy. Odezwała się parę miesięcy później z zapytaniem, czy nie popisałabym u nich na stronie. Tematyka niezbyt skomplikowana, ale wymagałaby przygotowania własnych ilustracji. Wyglądało to w ten sposób:

JA: To jakie będą warunki współpracy?
ONA: Możesz mi wysłać przykładowy tekst?
JA: Mogę.

Wysyłam demo. Niby w temacie, ale tylko część tekstu, bez obrazków, do tego z wyciętymi fragmentami i dopiskami tu będzie coś. Można z tego się dowiedzieć, jak ktoś pisze, ale ciężko to potem wykorzystać. Bez sensu, jeśli zamawiający czytał inne teksty wcześniej, ale przynajmniej się odczepi.

ONA: No, dobre jest. To jeden taki artykuł na tydzień by się przydał.
JA: Za ile?
ONA: No wiesz, nasza firma nie istnieje długo, ale się dynamicznie rozwija... Nie mam kasy...
JA: Takie teksty słyszałam w ogólniaku. Dokładnie takie same. Jakoś one się dynamicznie nie rozwinęły.
ONA: No dobra, dostaniesz X zeta. To wyślij artykuł za dwa dni.
JA: Spoko, wyślij mi do jutra umowę.
ONA: Ale ja dzisiaj w nocy wyjeżdżam na wakacje do Afryki, teraz się szykuję na samolot. Wrócę za 3 tygodnie. Wyślij tekst do Krychy, dostaniesz umowę jak wrócę.
JA: Spoko. Ja się na szczęście nie spieszę, więc dostaniesz tekst jak wrócisz.
ONA: Ale my potrzebujemy go już teraz! Musimy coś opublikować za dwa dni.
JA: To niech Krycha przygotuje umowę.
ONA: Nie, to ja muszę przygotować. No pisz i wysyłaj!
JA: Poczekam 3 tygodnie.
ONA: Beznadziejny początek współpracy. Inaczej to sobie wyobrażałam.



6. Mam takie hobby

Polega ono na tym, że piszę za darmo teksty o komputerach, oprogramowaniu i szeroko pojętej informatyce do jednego portalu. Moim wynagrodzeniem jest satysfakcja z ujrzenia własnego tekstu na popularnej stronie.

Tak się przynajmniej jednemu panu wydawało.

 

 

 

 

 

7. Czasami szlag trafi

Nawet tak spokojną osobę jak ja.

Poszłam kiedyś na rozmowę, w którym pan w świecącym garniturze przerabiał słowo w słowo skrypt rozmowy kwalifikacyjnej. Miał nawet wszystko spisane w notatniku. W pewnym momencie wyciągnął długopis...

JA: Pewnie mam sprzedać długopis, co?
ON: A skąd pani wie?
JA: Ma pan bardzo oklepany skrypt.
ON: Yyyyyy...
JA: Serio. Czytałam te wszystkie bzdury w gazetach w latach 90.

Facet został skutecznie wytrącony z równowagi. Ostatecznie nie musiałam nic mu sprzedawać.

 

8. Granice desperacji

Rozmowa odbywała się w dużym biurowcu z przepięknym widokiem na Zatokę Gdańską. Na wstępie rekruter, który był jednocześnie szefem działu, stwierdził, że jestem już stara i wciąż nie mam stałej roboty. Pewnie się do niczego nie nadaję i ogólnie się opieprzam.

Stwierdziłam, że widok z okna jest dużo ciekawszy od niego.

Gdzie jest granica pomiędzy desperacją do znalezienia pracy a dawaniem się obrażać?

 

 

 

 

9. Ruska mafia

Pewnego dnia zaczął mi dzwonić telefon. Ktoś z Nowosybirska chciał koniecznie ze mną rozmawiać. Naczytałam się sporo o zagranicznych przekrętach, dlatego ignorowałam te połączenia. Wyszukiwarka pokazywała, że numer należy do nowosybirskiego sklepu z garnkami. Nie mam z tym nic wspólnego.

Jakiś czas później dostałam maila od faceta z dużej korporacji, że chcą zaprosić mnie na rozmowę kwalifikacyjną, ale ja nie odbieram telefonu. Odpisałam, że skoro spotkanie miałoby być w Gdańsku, to na pewno mają też polski numer. Przy okazji zadzwoniłam do gdańskiego oddziału firmy z zapytaniem czy taka osoba faktycznie tam pracuje.

Okazało się, że owszem, pracuje. Rozmowa faktycznie się odbyła! Były mocno dziwne pytania jak na programistę. Potem się okazało, że szukali administratora sieci i systemów. W firmie tej byłam kilka razy, za każdym razem stanowisko było inne od zgłaszanego.

 

10. Trawnik w serwerowni

Dobrze radzę sobie z grzebaniem w sprzęcie. Zgłosiłam się na stanowisko technika w serwerowni. Ktoś musi w końcu składać i naprawiać to wszystko. Okazało się, że obowiązkiem technika jest także koszenie trawnika wokół budynku, odśnieżanie dachu, zamiatanie chodnika i ogólnie robienie za przynieś-podaj-pozamiataj. Niestety nie dowiedziałam się, czy czyszczenie kibli też jest w pakiecie.

 

11. Stacja diagnostyczna

Jak już wspominałam, wśród czytelników tego bloga znajdują się także pracodawcy. Podczas wizyty w biurze szefa działu programistów przypomniały mi się zajęcia ze studentami, podczas których robiłam za pomoc naukową. Facet analizował sobie na bieżąco moje zachowanie z kryteriami diagnostycznymi zespołu Aspergera. Takimi na przykład z Wikipedii. Oczywiście robił to całkowicie jawnie i dzielił się ze mną spostrzeżeniami.

 

 

 

 

 

Czy was również spotkały dziwne sytuacje na rozmowach kwalifikacyjnych? Piszcie w komentarzach. A jeśli ktoś z was potrzebowałby pomocy w pisaniu CV lub przygotowaniu do rozmowy, to mogę pomóc. Moje rady są całkiem skuteczne. Mam na koncie parę osób, które znalazły pracę dzięki nim. No chyba, że piszecie popularnego bloga o ASD, wtedy nic wam nie pomoże.

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 25
Tagi