Mam autyzm i nie zbieram pieniędzy na konto. Za to piszę, co mi się podoba.
Kategorie: Wszystkie | Info | Ja i ASD | Komentuję | Konstruktywnie | KSIĄŻKA | Opisuję
RSS
czwartek, 06 października 2016

 

Jeśli chodzi o rozmowy kwalifikacyjne, to jestem w nich prawdziwym ekspertem. Było ich mnóstwo - nie powiem, ile dokładnie, ale dużo. Udział w kolejnej wywołuje już u mnie znudzenie i irytację. No bo ile razy można słuchać tych samych tekstów i udawać, że się w nie wierzy? Jeśli chce się mieć za co żyć i żreć, to można i to dużo.

W dzisiejszym artykule opiszę wam najdziwniejsze sytuacje, jakie przytrafiły mi się podczas rekrutacji. Nie chodzi tu wcale o idiotyczne pytania typu ile szczoteczek do zębów zmieści się w żołądku krowy ani jakim dinozaurem jesteś. Na takie oczywiście też trafiłam, ale tego typu teksty krążą po internetach od wielu lat. Wszyscy je już znają. O motywacji do czyszczenia kibli też nie będzie i to nie dlatego, że nie startowałam w takich rekrutacjach. Po prostu chcę opisać autentyczne sytuacje, które wydarzyły się w moim życiu.

Żeby było uczciwie: przydarzały mi się także wpadki. Nie będę jednak o nich pisać, bo nie były jakieś spektakularne. Poza tym na tego bloga zaglądają pracodawcy. Wystarczy, że piszę o życiu ze spektrum autyzmu.

Nikt nie chce pracownika z jawnym Aspergerem. Przekonaliśmy się już o tym jakiś czas temu. 

 

 

 

 

 

No to teraz przyszedł czas na kwiatki!

1. Alternatywna działalność gospodarcza

Sytuacja wydarzyła się sporo lat temu i nie dotyczyła informatyki, ale raczej branży sprzedażowej. Umówiłam się na rozmowę z właścicielem firmy w dość odległej lokalizacji. Po dotarciu na miejsce i poszukiwaniach lokalu, okazało się, że jest to prywatne mieszkanie w bloku. Drzwi otworzył mi młody facet w krótkich spodenkach z ortalionu i gumowych klapkach. Zastanawiałam się czy w ogóle tam wejść. W końcu jednak weszłam, bo strasznie chciało mi się siku. Spytałam, gdzie jest toaleta. Facet wskazał mi drogę przez korytarz zastawiony z obu stron stertami gratów sięgającymi do sufitu. Obok drzwi do łazienki znajdowały się drzwi do pokoju. Były otwarte. Dostrzegłam przez nie stół z ogromnym stosem suszonych konopii.

Zrobiłam co trzeba i wróciłam do pokoju na rozmowę kwalifikacyjną. Po tym wydarzeniu usunęłam z CV dane adresowe. Obecnie znajduje się tam wyłącznie e-mail i telefon.

 

2. Normalna praca

Zgłosiłam się do pracy w sklepie komputerowym. Rozmowa odbywała się w kawiarni w galerii handlowej. Było tam bardzo dużo ludzi. Musiałam znaleźć rekruterów w tym tłumie. Byłoby to o wiele łatwiejsze, gdyby któryś z nich na przykład mi pomachał lub dał inny znak. Niestety tak się nie stało i musiałam wypytywać ludzi przy stolikach.

Panowie wcale nie chcieli mnie zatrudniać w tym sklepie. Zostałam zaproszona tylko po to, żeby na żywo usłyszeć, że mam znaleźć sobie normalną pracę w IT. W sklepie bym się tylko marnowała.

Marnowanie mojego czasu nikomu jednak nie przeszkadzało.

 

3. A może księgowość?

Firma szukała analityka. Zadzwonili do mnie, wysłali testy i zaprosili na rozmowę. Na miejscu okazało się, że praca jest, ale w księgowości. Nie znam się na tym! Nie szkodzi, firma doskonale o tym wie. Po prostu chcieli obejrzeć mnie na żywo.

 

 

 

 

 

 

4. Prawie jak darmowy staż

Duże wydawnictwo proponowało mi 8-10 złotych za stronę specjalistycznego tłumaczenia o programowaniu grafiki 3D. Jeszcze zrozumiem tak gówniane stawki za mało skomplikowane teksty o tematyce ogólnej. Jednak nawet moje zamiłowanie do grafiki 3D nie przysłoniło poczucia jawnego dymania.

Odmowa spotkała się oczywiście z wielkim fochem, a jakże.

 

5. Umowa z Afryki

Na konferencji gadałam z babką z jednej firmy. Odezwała się parę miesięcy później z zapytaniem, czy nie popisałabym u nich na stronie. Tematyka niezbyt skomplikowana, ale wymagałaby przygotowania własnych ilustracji. Wyglądało to w ten sposób:

JA: To jakie będą warunki współpracy?
ONA: Możesz mi wysłać przykładowy tekst?
JA: Mogę.

Wysyłam demo. Niby w temacie, ale tylko część tekstu, bez obrazków, do tego z wyciętymi fragmentami i dopiskami tu będzie coś. Można z tego się dowiedzieć, jak ktoś pisze, ale ciężko to potem wykorzystać. Bez sensu, jeśli zamawiający czytał inne teksty wcześniej, ale przynajmniej się odczepi.

ONA: No, dobre jest. To jeden taki artykuł na tydzień by się przydał.
JA: Za ile?
ONA: No wiesz, nasza firma nie istnieje długo, ale się dynamicznie rozwija... Nie mam kasy...
JA: Takie teksty słyszałam w ogólniaku. Dokładnie takie same. Jakoś one się dynamicznie nie rozwinęły.
ONA: No dobra, dostaniesz X zeta. To wyślij artykuł za dwa dni.
JA: Spoko, wyślij mi do jutra umowę.
ONA: Ale ja dzisiaj w nocy wyjeżdżam na wakacje do Afryki, teraz się szykuję na samolot. Wrócę za 3 tygodnie. Wyślij tekst do Krychy, dostaniesz umowę jak wrócę.
JA: Spoko. Ja się na szczęście nie spieszę, więc dostaniesz tekst jak wrócisz.
ONA: Ale my potrzebujemy go już teraz! Musimy coś opublikować za dwa dni.
JA: To niech Krycha przygotuje umowę.
ONA: Nie, to ja muszę przygotować. No pisz i wysyłaj!
JA: Poczekam 3 tygodnie.
ONA: Beznadziejny początek współpracy. Inaczej to sobie wyobrażałam.



6. Mam takie hobby

Polega ono na tym, że piszę za darmo teksty o komputerach, oprogramowaniu i szeroko pojętej informatyce do jednego portalu. Moim wynagrodzeniem jest satysfakcja z ujrzenia własnego tekstu na popularnej stronie.

Tak się przynajmniej jednemu panu wydawało.

 

 

 

 

 

7. Czasami szlag trafi

Nawet tak spokojną osobę jak ja.

Poszłam kiedyś na rozmowę, w którym pan w świecącym garniturze przerabiał słowo w słowo skrypt rozmowy kwalifikacyjnej. Miał nawet wszystko spisane w notatniku. W pewnym momencie wyciągnął długopis...

JA: Pewnie mam sprzedać długopis, co?
ON: A skąd pani wie?
JA: Ma pan bardzo oklepany skrypt.
ON: Yyyyyy...
JA: Serio. Czytałam te wszystkie bzdury w gazetach w latach 90.

Facet został skutecznie wytrącony z równowagi. Ostatecznie nie musiałam nic mu sprzedawać.

 

8. Granice desperacji

Rozmowa odbywała się w dużym biurowcu z przepięknym widokiem na Zatokę Gdańską. Na wstępie rekruter, który był jednocześnie szefem działu, stwierdził, że jestem już stara i wciąż nie mam stałej roboty. Pewnie się do niczego nie nadaję i ogólnie się opieprzam.

Stwierdziłam, że widok z okna jest dużo ciekawszy od niego.

Gdzie jest granica pomiędzy desperacją do znalezienia pracy a dawaniem się obrażać?

 

 

 

 

9. Ruska mafia

Pewnego dnia zaczął mi dzwonić telefon. Ktoś z Nowosybirska chciał koniecznie ze mną rozmawiać. Naczytałam się sporo o zagranicznych przekrętach, dlatego ignorowałam te połączenia. Wyszukiwarka pokazywała, że numer należy do nowosybirskiego sklepu z garnkami. Nie mam z tym nic wspólnego.

Jakiś czas później dostałam maila od faceta z dużej korporacji, że chcą zaprosić mnie na rozmowę kwalifikacyjną, ale ja nie odbieram telefonu. Odpisałam, że skoro spotkanie miałoby być w Gdańsku, to na pewno mają też polski numer. Przy okazji zadzwoniłam do gdańskiego oddziału firmy z zapytaniem czy taka osoba faktycznie tam pracuje.

Okazało się, że owszem, pracuje. Rozmowa faktycznie się odbyła! Były mocno dziwne pytania jak na programistę. Potem się okazało, że szukali administratora sieci i systemów. W firmie tej byłam kilka razy, za każdym razem stanowisko było inne od zgłaszanego.

 

10. Trawnik w serwerowni

Dobrze radzę sobie z grzebaniem w sprzęcie. Zgłosiłam się na stanowisko technika w serwerowni. Ktoś musi w końcu składać i naprawiać to wszystko. Okazało się, że obowiązkiem technika jest także koszenie trawnika wokół budynku, odśnieżanie dachu, zamiatanie chodnika i ogólnie robienie za przynieś-podaj-pozamiataj. Niestety nie dowiedziałam się, czy czyszczenie kibli też jest w pakiecie.

 

11. Stacja diagnostyczna

Jak już wspominałam, wśród czytelników tego bloga znajdują się także pracodawcy. Podczas wizyty w biurze szefa działu programistów przypomniały mi się zajęcia ze studentami, podczas których robiłam za pomoc naukową. Facet analizował sobie na bieżąco moje zachowanie z kryteriami diagnostycznymi zespołu Aspergera. Takimi na przykład z Wikipedii. Oczywiście robił to całkowicie jawnie i dzielił się ze mną spostrzeżeniami.

 

 

 

 

 

Czy was również spotkały dziwne sytuacje na rozmowach kwalifikacyjnych? Piszcie w komentarzach. A jeśli ktoś z was potrzebowałby pomocy w pisaniu CV lub przygotowaniu do rozmowy, to mogę pomóc. Moje rady są całkiem skuteczne. Mam na koncie parę osób, które znalazły pracę dzięki nim. No chyba, że piszecie popularnego bloga o ASD, wtedy nic wam nie pomoże.

 

środa, 31 sierpnia 2016

 

Dwadzieścia dwa lata temu szykowałam się do pójścia do pierwszej klasy podstawówki. Wszystkie książki miałam już dawno przeczytane, zeszyty podpisane, galowy strój kupiony. Pozostało tylko rozpocząć naukę. W przedszkolu dzieci mnie nie lubiły (wychowawcy tak samo), ale naczytałam się wielu opowiadań o szkole, przygodach, przyjaźni i podobnych sprawach. Wierzyłam, że prawdziwe życie wygląda tak samo.

Okazało się, że jednak wcale nie wygląda. Rzeczywistość okazała się brutalna.

Przez kolejne lata próbowałam nauczyć się obsługiwać ludzi. Wychodziło mi to z różnym skutkiem, ale udało mi się odnieść pewne sukcesy. Zbliża się czas rozpoczęcia szkoły lub studiów, dlatego postanowiłam się podzielić paroma patentami na nawiązywanie znajomości.

 

 

 

 

 

Wpis ten jest przeznaczony dla młodych ludzi z ASD i innymi problemami społecznymi, którzy zaczynają właśnie nową szkołę i chcieliby mieć w niej znajomych. Podane sposoby działają tylko w nowym środowisku. Jeżeli idziesz do kolejnej klasy w tej samej szkole i nie jesteś tam lubiany, to raczej niewiele ci pomogę.

Jeśli idziesz do nowej szkoły, ale z tą samą klasą, to też ci nie pomogę. Ważne jest, żeby było nowe miejsce i nowi ludzie, którzy jeszcze cię nie znają.

Właściwie to umiem tylko nawiązać początkowy kontakt w nowym miejscu. Po jakimś czasie zaczynają tworzyć się grupki, do których nie należę. Po raz kolejny trafiam na margines i zostaję lokalnym dziwakiem.

Ale nie szkodzi. Opiszę tu jak należy postępować na samym początku. Może czytelnicy dopiszą w komentarzach sprawdzone sposoby na kontynuowanie integracji z grupą.

Dla uproszczenia będę się posługiwać terminami klasa i szkoła. Czytelnicy, którzy idą na studia, powinni sobie podmienić je na rok, grupa, uczelnia i co tam jeszcze trzeba. Sens jest ten sam, a zamętu w tekście dużo mniej.

 

 

 

 

 

 

 Obrazek powyżej mówi, że pierwsze wrażenie eliminuje większość przeszkód. Tak dobrze nie ma, ale faktycznie można sobie trochę pomóc. Jak?

1. Integruj się jeszcze przed rozpoczęciem roku. Obecnie popularne jest zakładanie grup na Facebooku. Grupy te powstają często jeszcze w czasie wakacji. Spróbuj znaleźć właściwą i dołączyć do niej. Może się okazać, że nie znajdziesz, ponieważ jej widoczność jest ustawiona na tajną. W takim przypadku możesz wyszukać kogoś ze swojej nowej klasy i zapytać go o istnienie grupy. Powinien wiedzieć takie rzeczy, ponieważ neurotypowi mają szósty zmysł do spraw społecznych.

Jeśli udało ci się znaleźć grupę, poudzielaj się trochę w dyskusjach. Ludzie ze spektrum często wychodzą przez internet na o wiele fajniejszych, niż w rzeczywistości. Przyczyną tego jest fakt, że kontakt internetowy eliminuje komponent niewerbalny z komunikacji. Nie ma znaczenia, w którą stronę patrzysz i jakim tonem mówisz. Liczy się to, co masz do powiedzenia. Wykorzystaj to. Jeżeli ludzie uznają cię w internecie za fajną osobę, przeniosą to później na kontakt rzeczywisty.

Unikaj ostrych tekstów w internecie. Nie radzę na przykład szkalować nauczycieli, bo nigdy nie wiesz, co zostanie potem wykorzystane przeciwko tobie.

Często nowe klasy organizują spotkania integracyjne przed rozpoczęciem roku. Informacje na ten temat znajdują się zazwyczaj właśnie na fejsbukowych grupkach, więc lepiej mieć na to oko. Jeśli spotkanie jest organizowane, idź na nie. Spotkania są męczące, ale ty chcesz mieć potem parę do prac w grupach i wiedzieć o zmianach w planie na bieżąco. Chcesz? Na pewno chcesz, bo brak tego jest niesamowicie upierdliwy. Musisz się zatem przemóc i iść na takie spotkania. Tak działa wolny rynek dyplomacja.

 

2. Podchodź do ludzi. Na początku nie będzie jeszcze ustalonych stałych grupek, więc ludzie będą się mieszać między sobą. Zwykle będą stać na korytarzu podzieleni na kilkuosobowe grupki (tymczasowe, stałe ustalą się później). Podejdź do jednej z nich (dowolnej) i przedstaw się. Jeśli kojarzysz już kogoś na przykład z Facebooka, może być to twój punkt zaczepienia (ty pewnie jesteś Jan Kowalski, prawda?).

Podchodzenie do ludzi jest bardzo ważne. Wielu autyków ma z tym problem. Nie wiedzą, kto jest kim i co należy z ludźmi robić, dlatego decydują się na samotne krążenie po szkole. To bardzo niekorzystna strategia, która dodaje mnóstwo świropunktów. W ten sposób izolujesz się od samego początku. Jeśli dodatkowo chodzisz w dziwny sposób, zaraz zostaniesz obiektem żartów.

 

 

 



 

 

3. O czym gadać z ludźmi? Początek jest na tyle fajny, że daje mnóstwo bezpiecznych tematów. Oto kilka z nich:

  • Przedstawienie się. Jeśli zapomniałeś czyjegoś imienia, poproś o przypomnienie. Jeśli dwa razy przedstawisz się tej samej osobie, nie uciekaj. Lepiej powiedz hehe, nie mam pamięci do twarzy. Ogólnie na początku mylenie ludzi jest jak najbardziej dopuszczalne i nie należy się tym za bardzo przejmować.
  • Z której szkoły jesteś? Bardzo wygodny i całkiem łatwy temat. Pytasz ludzi o ich poprzednią szkołę, gdzie to jest, czy im się tam podobało. Jeśli znasz tę szkołę, możesz o tym powiedzieć. Punkty wspólne z rozmówcą wzmagają jego sympatię.
  • Dlaczego właśnie ta szkoła? Standardowe pytanie, które ludzie często sobie zadają. Ogólnie chodzi o to, co skłoniło kogoś do wyboru tej szkoły, tego profilu, tego kierunku. Czasem pojawiają się ciekawe historie.
  • Gdzie mieszkasz? Szczególnie dobre dla studentów, ponieważ grupy studenckie to często mieszanina z całej Polski. Bardzo łatwe do wywnioskowania po byłej szkole. Jeśli ktoś mówi ci o poprzedniej w szkole w innym mieście, możesz zapytać Czyli jesteś z [miejscowość]? Możliwe, że byłeś już w tej miejscowości, wtedy warto o tym wspomnieć - nabijasz w ten sposób punkty wspólne. Postaraj się wspomnieć pozytywne strony. Jeśli powiesz coś niekorzystnego, na przykład w tym mieście to tylko syf, dresy i żule albo byłem tam, co za wiocha zabita dechami, rozmówca cię nie polubi. Ludzie mają tendencję do utożsamiania się ze swoim miejscem zamieszkania. Obrażając ich miejscowość, obrażasz również ich.
  • Czy dojeżdżasz może...? Z rozmowy może wyniknąć, że ktoś będzie jeździł tym samym autobusem, co ty. Możecie jeździć razem. Jeśli zauważysz potem na przystanku kogoś z klasy, podejdź do niego i przywitaj się. Uciekanie dodaje świropunktów.
  • Komunikacja miejska. Ludzie uwielbiają rozmawiać o komunikacji miejskiej. Jednak nie są to dyskusje o modelach autobusów i ich silnikach, tylko raczej szkalowanie kanarów, opowieści o wrednych pasażerach, starych autobusowych babach, rozkładach jazdy i cenach biletów. No dobra, modele pojazdów też, ale raczej w kontekście modernizacji, wyglądu czy komfortu jazdy. Postaraj się nie brzmieć jak chodząca encyklopedia.
    Jeśli nie spotkało cię nic ciekawego w autobusie, możesz poczytać ciekawe historyjki z komunikacji miejskiej na Piekielnych i użyć ich potem w rozmowie. Oczywiście nie udawaj, że przytrafiły się właśnie tobie. Powiedz, że czytałeś/słyszałeś o takim przypadku.
  • Gdzie byliście na wakacjach? Ludzie opowiadają o swoich wakacjach, a ty słuchasz i co jakiś czas zadajesz pytanie albo komentujesz. W ten sposób wyrażasz zainteresowanie. Ludzie lubią, kiedy ktoś się nimi interesuje.
  • Psy, koty i inne zwierzaki. Również miły i bezpieczny temat. Często towarzyszy temu wzajemne oglądanie zdjęć. Ty też pokaż foty swoich zwierzaków, jeśli je masz. Możliwe, że ktoś ma nietypowe zwierzę w domu, na przykład gada albo pająka. Możesz wtedy zapytać jak się hoduje takie zwierzę - co je, czy ma specjalną klatkę, czy gryzie, jak się z nim bawić i podobne sprawy. Lecą punkty do zainteresowania rozmówcą.
  • Grupa na fejsbuku. Jeśli jeszcze nie masz do niej dostępu, warto o nią dopytać. Ważne jest, żebyś miał dostęp do informacji na bieżąco.



 4. Idź na imprezę integracyjną. Wiem, że jest to męczące, ale twoim zadaniem jest zrobić sobie pozytywny wizerunek. W liceum i na studiach imprezy zwykle łączą się z alkoholem. Nie radzę pić dużo. Neurotypowi lubią rozpijać autyków, żeby zrobić sobie kabaret na żywo.

 

 

 

 

 

5. Pamiętaj o komunikacji niewerbalnej. Nie musisz wcale odstawiać gestykulacji w teatralnym stylu. Dobrze działa zwyczajny uśmiech. Uśmiechnięta twarz wzbudza sympatię. Kiedy patrzysz na nowe osoby ze swojej klasy, wyobraź sobie, że bardzo je lubisz i cieszysz się, że je widzisz. Wpłynie to na twoją mowę ciała i będziesz odbierany jako fajna osoba.

 

6. Podczas kolejnych dni podchodź do grupek. Jak już pisałam, najgorsze co możesz zrobić, to wałęsać się po korytarzu i podziwiać pęknięcia tynku na ścianie. Jeśli wcześniej rozmawiałeś z kimś, podchodź do niego na przerwach. Jeśli nie, przeczytaj punkt 2 i zastosuj się do niego, dopóki jeszcze nie utworzyły się grupki i intrygi. Stań razem z ludźmi w kółeczku lub usiądź z nimi na ławce. Nie musisz nawet się za wiele odzywać, chodzi o pokazanie chęci kontaktu.

Kiedy pojawi się polecenie pracy w grupie, podejdź do osób, z którymi rozmawiasz najczęściej. Na początku nie istnieją jeszcze stałe grupki, więc raczej nikt cię nie pogoni. Nie czekaj aż zostaniesz sam i nauczyciel przymusowo dołączy cię do kogoś. Tę wątpliwą przyjemność zostaw sobie na późniejsze czasy, kiedy zostaniesz już klasowym świrem (oby jednak do tego nie doszło).

 

7. Zakazane tematy do poruszania to: polityka, religia, seksualność oraz obgadywanie ludzi. Ostatnie może być trudne, bo neurotypowi integrują się przez naśmiewanie się z innych osób. Nie polecam się w to angażować.

 

8. Opowieści o twoim hobby generalnie nie są złe. Nie zaczynaj jednak od nich znajomości. Najpierw przejdź przez zestaw standardowych treści zapoznawczych, czyli imię, poprzednia szkoła, motywacja do wyboru obecnej, wakacje. Potem możesz zapytać czy ktoś z towarzystwa interesuje się może taborem kolejowym albo niemiecką gramatyką (albo czymś innym, co tam lubisz). Jeśli temat spotka się z zainteresowaniem, możesz kontynuować. Staraj się jednak mówić bardziej w stylu emocjonalnym: Nie lubię tych nowych SKM-ek po modernizacji, strasznie piszczą! Styl encyklopedyczny: Lokomotywa ET-22 ma dwa wózki po trzy osie i waży 120 ton, szkoda że nie 128, bo to 2^7 jest niewskazany, bo odstrasza ludzi. No chyba, że trafisz na drugiego maniaka, wtedy możesz gadać, co chcesz.

Może się zdarzyć tak, że dostaniesz odpowiedź negatywną. Odpowiedz wtedy: Szkoda, bo jestem wielkim pasjonatem kolejnictwa i zawsze chętnie o tym porozmawiam.

Zainteresowania muzyczne są łatwe, ale jednocześnie zdradliwe. Łatwe, bo można wyczaić innych fanów po koszulce lub zainteresowaniach na fejsbuku. Macie wtedy punkt wspólny. Zdradliwe, bo często ludzie nie znają szczegółowo życia i twórczości zespołu. Można się na tym przejechać.

 

9. Ujawnianie diagnozy. To twoja decyzja, czy chcesz się ujawniać, czy pozostawiać to w tajemnicy. Jeśli zdecydujesz się na postawę otwartą, nie rób z tego swojej wizytówki. Równie dobrze mógłbyś zacząć biegać po korytarzu i wrzeszczeć AAAAA JESTEM POJEBANY! Przedstawianie się z naciskiem na diagnozę jest podobne do mówienia komu popadnie, że jest się studentem prawa. No, prawie. Studiowanie prawa jest ogólnie akceptowane, natomiast autyzm jest utożsamiany z szaleńcem z siekierą lub upośledzonym dzieckiem, które ślini się w kącie.

Zamiast straszyć otoczenie etykietami, możesz mówić - w odpowiednim kontekście oczywiście - o swoim odbieraniu świata. Zamiast strasznego mam autyzm, użyj neutralnego mam bardzo czuły węch albo nie mam pamięci do twarzy. W ten sposób mówisz coś konkretnego o sobie i nie straszysz diagnozą.

Być może będziesz mieć w klasie drugą osobę ze spektrum. Być może ta osoba od początku stanie się pośmiewiskiem, bo nie czytała tego artykułu. Może się tak zdarzyć, że ktoś szepnie ci w tajemnicy: Ten świr ma autyzm, wiesz? To dlatego jest taki dziwny. Wtedy masz dwa wyjścia - zaśmiać się w duchu z tej sytuacji lub zareagować. Jeśli wybierzesz drugie rozwiązanie, nie reaguj nerwowo. Uśmiechnij się i powiedz lepiej: Ja też mam autyzm i jak widzisz, jestem zupełnie normalny! Ludzie będą zdziwieni, bo przecież tak ładnie się integrowałeś.

Możesz też oczywiście zachować informację o swojej neuroorientacji w tajemnicy. To w końcu twoja prywatna sprawa. Moja strategia jest taka, że nie rozpowiadam gdzie popadnie o ASD, ale jeśli ktoś zapyta, to nie będę zaprzeczać.

 

10. Większość ludzi lubi ciastka. Możesz pójść drogą małego przekupstwa i przynieść na początek do szkoły coś słodkiego. Najlepiej własnej roboty. Jeśli nie umiesz sam robić ciastek, zrób je z mamą (albo kimś innym z rodziny). Ważne jest, żebyś wiedział, co jest w środku i jak się to piecze. Gotowanie jest obecnie modne, więc możesz nabić sobie parę punktów do fajności.

Dlaczego ty masz przynosić ciastka, a neurotypowi niekoniecznie? Dlatego, że oni nadrabiają swoim szóstym zmysłem społecznym. Twoje umiejętności społeczne są nieco gorsze, dlatego startujesz z ujemnej pozycji, którą musisz nadrobić.

 

 

 

 

  - Nienawidzę ludzi i widzę, że ty też. Może zostaniemy przyjaciółmi?
- Nie, ja naprawdę nienawidzę ludzi.

 

 

 

Wszystkie powyższe rady testowałam na własnej skórze. Doszłam do tego metodą prób i błędów. Udało mi się sprawić, żeby przez kilka pierwszych tygodni mieć pozytywny wizerunek w nowej grupie. Potem niestety wszystko się sypało i po raz kolejny nie miałam towarzystwa, nie znałam przydatnych informacji i robiłam za pośmiewisko.

Powyższe zalecenia przydadzą ci się na początku. Potem musisz skorzystać z porad kogoś bardziej doświadczonego.

 

 

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Nigdy się nie pchałam na wysokości. Najlepiej czuję się na ziemi lub w wodzie. Pływanie wpław lub kajakiem jest super, ale nie wspinaczka, nie wyginanie ciała w powietrzu. Nigdy nie wchodziłam wysoko na drabinki, a stanie na rękach na wuefie wywoływało u mnie potężny atak paniki. Na łańcuchach w górach byłam raz i więcej nie chcę. Za to byłam kupę razy na kolejkach i młotach w wesołym miasteczku, bardzo mi się podobało.

Jeśli chodzi o aktywności typu skakanie na sznurku, to póki co miałam okazję uczestniczyć w nich raz. Było to w roku 1999 na wycieczce szkolnej. Zeskakiwaliśmy wtedy z 20-metrowego mostu w Rutkach koło Żukowa. Postać na poniższym zdjęciu to ja we własnej osobie. Nie było wtedy aparatów cyfrowych, dlatego widać co widać. Musicie mi uwierzyć na słowo.

 

 

Zdjęcie z 1999

 

 

Most odwiedziłam ponownie w zeszłym roku, kiedy pojechałam na wyprawę Jarem Raduni. Trasa jest dość hardkorowa, bo idzie się cały czas zboczem o sporym nachyleniu. Wszędzie leżą poprzewalane drzewa, przez które należy przejść górą lub dołem. Nieraz trzeba się czołgać. Prędkość na tej trasie to jakieś 1 km/h. Pieszo oczywiście. Rowerem nie da się przejechać.

 

 

Zdjęcie z 2015

 

 

Parki linowe widywałam do tej pory głównie jako atrakcję dla dzieci. O parkach dla dorosłych dowiedziałam się przy okazji poszukiwania sposobów na aktywność fizyczną. Okazało się, że to, co brałam do tej pory za poligon koło torów kolejowych, to tak naprawdę ogólnodostępny park przygody. Fajnie, blisko, nic tylko iść. No to poszliśmy tam z Sysadminem wczoraj. Nie brałam ze sobą aparatu i bardzo dobrze wyszło. Po przejściu 1/3 trasy zaczął lać deszcz. Z aparatu nic by nie zostało, a do tego by tylko przeszkadzał. To był mój debiut w parku linowym, więc bez fotografowania było mnóstwo emocji. Jeśli pójdę tam kiedyś ponownie i będzie ładna pogoda, to umocuję sobie porządnie aparat w jakims stabilnym miejscu i porobię foty. Dzisiaj wstawię cudze.

No dobra, ostatnia moja fota. Oto moje rany siniaki odniesione w bojach, które pokazuję wam z dumą. Jako link, bo nie chcę świecić ryjem na blogu. Przy okazji: jeśli kiedykolwiek będę wychodzić za mąż, to na pewno nie założę jedynie słusznej sukni bez rękawów. Uszyję sobie taką z długimi i szerokimi rękawami.

 

No a teraz konkretnie o parku linowym.

Przede wszystkim różni się to od chodzenia na łańcuchach tym, że nie da się spaść. Cały czas jest się przypiętym do stalowej liny i nawet, jeżeli noga się powinie, to po prostu zawiśniemy w powietrzu. Przez wejściem na górę jest szkolenie z przypinania pasów i testowe przejście po przeszkodach umieszczonych jakiś metr nad ziemią. No a potem można już wchodzić na właściwą trasę. W parku, w którym byłam, są dwie trasy dla dorosłych - łatwiejsza (krótsza) i trudniejsza (dłuższa). Początek jest ten sam i po kilku przeszkodach można się zdecydować, czy idzie się w prawo, czy w lewo. My poszliśmy w prawo, na trudniejszą trasę. Chwilę później zaczął padać deszcz i lał tak do samego końca.

Przeszkody wyglądają tak jak na poniższym filmiku:

 

 

 

 

 

Bujające się podesty? Spoko. Dwudziestometrowy spacer po gołej linie? Luzik. Najgorsze pojawiło się jednak mniej więcej po 2/3 trasy i wyglądało tak:

 

 

 

 

Po wejściu na drugą pętlę spadłam i zaplątałam się nogami w sznury. Ogarnęła mnie panika i zaczęłam drzeć ryło na pół parku. Bozia głosu nie żałowała, więc było naprawdę głośno. Zleciała się obsługa i patrzyła jak podciągam się do podestu. Wygramoliłam się na górę i dalej się wydzierałam, bo miałam nogi oplątane na wysokości ud linami, które ściągały mnie z platformy. Na szczęście udało mi się wyplątać, ale musiałam jeszcze chwilę sobie posiedzieć i poryczeć. Pętle przeszłam w końcu w dość dziwaczny sposób: siadałam na jednej, kładłam się na plecach, zarzucałam nogi na kolejną i przeskakiwałam do przodu. Najgorzej było na sam koniec, bo siedziałam na pętli jakieś 0,5-1 metra pod poziomem platformy. Musiałam zarzucić nogi bardzo wysoko i podciągnąć się na nogach. I tak, były wrzaski.

Potem było kilka przeszkód podobnych do tych po prawej, czyli mostkopodobne. Przeszłam je bez większego problemu. Najgorsze są jednak pętle i trójkąty.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Pod koniec pojawiły się trudniejsze przeszkody, które wcześniej nie sprawiłyby mi problemu. Jednak wcześniej ogarnęła mnie panika, która nie do końca zeszła. Skończyło się tak, że instruktor stał na kolejnej platformie i mówił mi jak stawiać nogi, a ja szłam i płakałam, że się boję. Po drodze zaplątały mi się jeszcze włosy w bloczek i but utknął w sznurowej pajęczynie. No ale w każdym razie przeszłam całość sama. Mogło być gorzej. Podobno czasem trzeba ludzi ściągać w połowie trasy, czasem przeklinają, rzucają się, czasem też trzeba ich długo uspokajać.

Z ostatniej platformy można zejść po drabinie lub zeskoczyć. Sysadmin bał się skoczyć, więc zszedł. Ja zeskoczyłam, ale za to wcześniej się wydzierałam, więc ostatecznie wyszło po równo. Skok wyglądał tak:

 

 

 

 

Skok sam w sobie nie jest straszny. Najgorzej jest zrobić krok w przepaść, bo to wbrew wszelkim instynktom samozachowawczym. Ale potem jest już fajnie.

Na koniec poszliśmy na zjazd tyrolką, czyli po prostu na uprzęży umocowanej na linie. To w ogóle nie było straszne. Najgorsze było to, że instruktor przypadkowo walnął mnie w oko i wyleciała mi soczewka. Dobrze, że pod koniec, a nie na przeszkodach dwadzieścia metrów nad ziemią. Wtedy musieliby mnie ściągać, a tak tylko wracałam na ślepo.

Jeśli chcecie się wybrać do Kolibek, to polecam. Atrakcje są niezłe, a obsługa bardzo miła i pomocna. Najlepiej ubrać się w wygodny dres i porządne buty. Mogą być adidasy, ale glany będą jeszcze lepsze, bo mają gruby bieżnik. Biżuterię najlepiej zdjąć, bo jest spora szansa zerwania, w najgorszym razie uduszenia.

Po wizycie w parku mam parę siniaków na ramionach, ale nic mnie nie boli. Sysadmina za to boli wszystko. Nie jestem pewna, czy wybrałabym się ponownie na tego typu wspinaczki, ale chyba jednak tak. A może wahadło w Rutkach?

 

 

 

Lubicie takie rzeczy?

 

 

piątek, 05 sierpnia 2016

 

Dzisiaj byłam na kolejnej rozmowie kwalifikacyjnej. Wcześniej firma zrobiła mi testy, które podobno zdałam ponadprzeciętnie dobrze. Na spotkaniu się zachwycali - znam technologię, języki obce, gadam z sensem. Mają zadzwonić w przyszłym tygodniu.

Jest się z czego cieszyć? Oczywiście, że nie. Zbyt często słyszałam podobne gadki, żeby się napalać. To w dalszym ciągu wersja dobrze wszystkim znanego zadzwonimy do pani.

Zazwyczaj nawet nie dzwonią.

Mimo to prawdopodobnie i tak znajdę stałą pracę. A póki co robię swoje zlecenia na umowy cywilno-prawne i w końcu się wysypiam. Kiedy chodziłam codziennie do firmy, to chciało mi się spać 24/7. Po powrocie do domu myślałam tylko o spaniu. O wiele lepiej się czuję, kiedy pracuję w domu. Zazwyczaj w nocy. Jestem w końcu kotem. Albo wampirem - lubię zimno, unikam światła i wykazuję aktywność nocą.

Tylko zwinności mi brakuje.

 

 

 

 

A teraz się zdziwicie. Zapisałam się na ćwiczenia, konkretnie to aerobik albo coś podobnego. Niestety Hashimoto mi za bardzo dowaliło i metoda nie żryj słodyczy albo mniej żreć nie działa. Na spalanie sadła najlepszy jest właśnie aerobik, więc kupiłam sobie karnet na miesiąc. We wtorek byłam pierwszy raz, dzisiaj (w piątek) idę po raz kolejny. Mam nadzieję, że się jakoś do tego przyzwyczaję, chociaż takie podskoki na sali są nudne. Muszę. Być może czeka mnie konieczność ćwiczenia całe życie.

Na ćwiczeniach jest dużo skakania i głośna muzyka typu łupu-cupu. Instruktorka wydaje z siebie niezrozumiałe okrzyki, a ja podryguję jak paralityk. Moja koordynacja nie jest zbyt dobra i nie chodzi wcale o nadwagę. Zawsze tak było i prawdopodobnie zawsze będzie.

 

 

 

 

Każda część mojego ciała jest ciężka jak ołów i sztywna. Każda rusza się niezależnie od siebie. Umysłowo ogarniam sekwencje ruchów, ale moje ciało nie chce słuchać mózgu. Kiedy staram się kontrolować jedną rękę, druga leci jak chce. A przecież są jeszcze nogi, plecy, głowa... To strasznie trudne do opanowania. Obserwuję nieraz ludzi jak tańczą, jak zwinnie się ruszają. Kiedy próbuję zrobić to samo, staję się wielka, ciężka i toporna. Mówiłam nieraz, że mam zbyt duże ciało do opanowania swoim kontrolerem ruchu i powinnam mieć z 160 cm wzrostu.

Może kiedy uda mi się zrzucić sadło aerobikiem, przerzucę się na sporty siłowe, które wychodzą mi dużo lepiej. Jeśli mowa o tego typu rzeczach, to umówiliśmy się z Sysadminem, że będziemy oboje ćwiczyć. On też ma Hashimoto, ale oprócz tego ma te cudowne geny, dzięki którym może jeść ile chce i nie tyje (nawet z Hashimoto do kompletu). Byłoby niesprawiedliwe, gdybym tylko ja musiała się użerać z ćwiczeniami, dlatego zapisał się na siłownię. Cel: przybranie masy mięśniowej na patykowatym ciele. No i ćwiczymy od tego tygodnia. Póki co jego bolą mięśnie, a mnie nic nie boli. Za to bezpośrednio po ćwiczeniach chciało mi się rzygać.

 

 

A teraz będą foty, bo w końcu mamy wakacje.

 

Pokażę wam krainę miniaturowych ludzi żyjących pomiędzy morzem a trawą.

 

 

 

 

To oczywiście nie są prawdziwi miniaturowi ludzie. Nie jest to też fotoszopka. Zdjęcie zrobiłam z klifu w Gdyni, ale sama skarpa się gdzieś po drodze schowała. W rzeczywistości odległość jest spora. Sami zobaczcie:

 

 

 

 


Tutaj z kolei widać bunkier, który kiedyś był w lesie. Jeszcze kiedy byłam w ogólniaku, to można było sobie spokojnie do niego wejść (o ile ktoś lubił smród i syf). Erozja klifu sprawiła jednak, że zaczął niebezpiecznie zwisać nad plażą. Podjęto więc decyzję o kontrolowanym zrzuceniu bunkra. Leży sobie na dole do dziś, schody na plaży, ściany w wodzie.

 

 

 

 

 

 

 

A to po prostu ładne zdjęcie z klifu:

 

 

 

 

 Na klifie byłam w ostatnią sobotę. W niedzielę poszłam natomiast do Parku Majkowskiego.

 

 

 

 

W parku jest duży plac zabaw, więc jeśli macie dzieci (albo idziecie w nocy), to jest gdzie się wybrać. Jeśli wolicie podziwiać widoki, to warto zobaczyć ptactwo.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Jest też mnóstwo zieleni i wody.

 

 

 

 

 

 

 

 

Niedługo mam też zamiar wybrać się do parku linowego. Ogólnie lubię dużo chodzić, bo jest przyjemnie i się nie nudzę przy tym. Lubię też sporty wodne, na przykład pływanie w jeziorze albo długie zapieprzanie kajakiem. Niestety trudno ćwiczyć w ten sposób na co dzień, więc pozostaje aerobik i zwiedzanie ładnych miejsc.

Nudy i mało o autyzmach? Być może, ale w końcu piszę, co mi się podoba.

 

 

piątek, 22 lipca 2016

W zeszły piątek opuszczałam na zawsze swój zakład pracy. Spakowałam swoje rzeczy i zeszłam po schodach, nucąc sobie w głowie tę głupawą piosenkę. Zamieniłam sobie tylko naje na wyje. Hej, dziewczyno młoda! Wywalili, to do domu.

W ciągu tych trzech miesięcy zaliczyłam skoncentrowany kurs pracy na etacie. Mam na koncie przyjęcie, wdrożenie, kurs BHP, codzienne przychodzenie, imprezę firmową, jeden dzień wolny na sprawy w Warszawie, zwolnienie lekarskie (na grypę) i zwolnienie w ogóle. Sporo przygód jak na tak krótki czas!

Od poniedziałku jestem prawie ponownie na bezrobociu. Prawie, bo mam umowy o dzieło i nie powinnam zginąć z głodu. No i mogę pisać bloga - kierownictwo z byłej firmy chyba da już mi i mojej rodzinie spokój. Ciężko jest coś pisać, kiedy wszystko może zostać wykorzystane przeciwko tobie. Ale teraz chyba mogę wrócić do pisania autystycznych manuali. Te teksty mają służyć lepszemu zrozumieniu funkcjonowania osób ze spektrum, nie szukaniu na nich haka.

Czasem mam wrażenie, że moje życie jest już na straty, ale może moje doświadczenie przyda się kolejnym pokoleniom. To pewnie nieprawda, ale na głupie myśli nic się nie da poradzić.

Powróciłam do poszukiwania stałej pracy i spotkała mnie kolejna przygoda. Sysadmin polecił mnie w swojej firmie - oczywiście w innym dziale, bo administracją się nie zajmuję. Kierownik spojrzał na CV i skomentował: no spoko, ale to DZIEWCZYNA.

W jakim miejscu pracy płeć ma kluczowe znaczenie? Hmmm... pomyślmy... Ups! Nie sądziłam, że kandyduję do burdelu.

 

 

 

 

 

Jest lato, więc mało się pisze, dużo zwiedza, fotografuje i poznaje. Wczoraj poznałam miłego chłopaka z ASD, którego pasją są żarówki i systemy oświetleniowe. Bardzo oryginalne hobby!

 

A ja mam nowy aparat, do którego dokupię w przyszłości dużą lampę i teleobiektyw. Jesienią jadę do Czarnobyla i mam nadzieję, że do tego czasu zbiorę na ten sprzęt. Na razie mam statyw i dwie soczewki powiększające. Pokażę wam swoje zdjęcia.

 

Poznań

Poznań zwiedziłam przy okazji konferencji Autyzm w szkole. Zakupiłam na niej pluszową sowę o imieniu Furia, która towarzyszyła mi w zwiedzaniu. Producent Furii produkuje też fajne przypinki - sami sprawdźcie.

Teraz trochę centrum Poznania.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Furia towarzyszyła mi także na Cmentarzu Zasłużonych Wielkopolan, gdzie uzupełniała brakujące głowy w pomnikach.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

W niedzielę wraz z Furią zwiedziłam Cytadelę, która jest naprawdę pięknym parkiem. Szkoda, że było wtedy tak strasznie gorąco.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Gdańsk

 

W Gdańsku znajduje się wzgórze o nazwie Pachołek, na którym jest umieszczona nieco straszna wieża widokowa. Ale kiedy przyzwyczaimy się do wstrząsów i chybotliwej konstrukcji, to można zacząć podziwiać widoki. Jeśli macie lornetkę, to koniecznie ją zabierzcie ze sobą. Ja sobie kupiłam niedawno w Lidlu i mogłam podziwiać panoramę Gdańska w przybliżeniu.

 

Ten długi, czerwony blok to słynny Falowiec.

 

 

 

 

 

 

 

Miasto, bloki, biura... ale kiedy obrócimy się lekko w prawo, zobaczymy taki widok:

 

 

Droga Marnych (lub Zgniłych) Mostów.

 

 

 

Irys w parku Oliwskim.

 

 

 

 

Gdańsk-Sobieszewo

czyli Wyspa Sobieszewska, rezerwat Ptasi Raj.

 

 

 

 Zdjęcie pseudopanoramiczne.

 

 

 

 

 

 

 

Nowa grobla:

 

 

 

 

 

 

 A pod koniec taki widok - ale udało mi się przejść!

 

 

 

 

Dom i koty

 

A konkretnie jedna kota - zbój o imieniu Nela (Nutella).

 

 

 

 

No i oczywiście trochę roślinności z naszego ogródka - w dużym powiększeniu.

 

 

 

 

 

 

Następne zdjęcia, które opublikuję, zrobię już jako wolny człowiek.

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 25
Tagi