Mam autyzm i nie zbieram pieniędzy na konto. Za to piszę, co mi się podoba.
Kategorie: Wszystkie | Info | Ja i ASD | Komentuję | Konstruktywnie | KSIĄŻKA | Opisuję
RSS
poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Nigdy się nie pchałam na wysokości. Najlepiej czuję się na ziemi lub w wodzie. Pływanie wpław lub kajakiem jest super, ale nie wspinaczka, nie wyginanie ciała w powietrzu. Nigdy nie wchodziłam wysoko na drabinki, a stanie na rękach na wuefie wywoływało u mnie potężny atak paniki. Na łańcuchach w górach byłam raz i więcej nie chcę. Za to byłam kupę razy na kolejkach i młotach w wesołym miasteczku, bardzo mi się podobało.

Jeśli chodzi o aktywności typu skakanie na sznurku, to póki co miałam okazję uczestniczyć w nich raz. Było to w roku 1999 na wycieczce szkolnej. Zeskakiwaliśmy wtedy z 20-metrowego mostu w Rutkach koło Żukowa. Postać na poniższym zdjęciu to ja we własnej osobie. Nie było wtedy aparatów cyfrowych, dlatego widać co widać. Musicie mi uwierzyć na słowo.

 

 

Zdjęcie z 1999

 

 

Most odwiedziłam ponownie w zeszłym roku, kiedy pojechałam na wyprawę Jarem Raduni. Trasa jest dość hardkorowa, bo idzie się cały czas zboczem o sporym nachyleniu. Wszędzie leżą poprzewalane drzewa, przez które należy przejść górą lub dołem. Nieraz trzeba się czołgać. Prędkość na tej trasie to jakieś 1 km/h. Pieszo oczywiście. Rowerem nie da się przejechać.

 

 

Zdjęcie z 2015

 

 

Parki linowe widywałam do tej pory głównie jako atrakcję dla dzieci. O parkach dla dorosłych dowiedziałam się przy okazji poszukiwania sposobów na aktywność fizyczną. Okazało się, że to, co brałam do tej pory za poligon koło torów kolejowych, to tak naprawdę ogólnodostępny park przygody. Fajnie, blisko, nic tylko iść. No to poszliśmy tam z Sysadminem wczoraj. Nie brałam ze sobą aparatu i bardzo dobrze wyszło. Po przejściu 1/3 trasy zaczął lać deszcz. Z aparatu nic by nie zostało, a do tego by tylko przeszkadzał. To był mój debiut w parku linowym, więc bez fotografowania było mnóstwo emocji. Jeśli pójdę tam kiedyś ponownie i będzie ładna pogoda, to umocuję sobie porządnie aparat w jakims stabilnym miejscu i porobię foty. Dzisiaj wstawię cudze.

No dobra, ostatnia moja fota. Oto moje rany siniaki odniesione w bojach, które pokazuję wam z dumą. Jako link, bo nie chcę świecić ryjem na blogu. Przy okazji: jeśli kiedykolwiek będę wychodzić za mąż, to na pewno nie założę jedynie słusznej sukni bez rękawów. Uszyję sobie taką z długimi i szerokimi rękawami.

 

No a teraz konkretnie o parku linowym.

Przede wszystkim różni się to od chodzenia na łańcuchach tym, że nie da się spaść. Cały czas jest się przypiętym do stalowej liny i nawet, jeżeli noga się powinie, to po prostu zawiśniemy w powietrzu. Przez wejściem na górę jest szkolenie z przypinania pasów i testowe przejście po przeszkodach umieszczonych jakiś metr nad ziemią. No a potem można już wchodzić na właściwą trasę. W parku, w którym byłam, są dwie trasy dla dorosłych - łatwiejsza (krótsza) i trudniejsza (dłuższa). Początek jest ten sam i po kilku przeszkodach można się zdecydować, czy idzie się w prawo, czy w lewo. My poszliśmy w prawo, na trudniejszą trasę. Chwilę później zaczął padać deszcz i lał tak do samego końca.

Przeszkody wyglądają tak jak na poniższym filmiku:

 

 

 

 

 

Bujające się podesty? Spoko. Dwudziestometrowy spacer po gołej linie? Luzik. Najgorsze pojawiło się jednak mniej więcej po 2/3 trasy i wyglądało tak:

 

 

 

 

Po wejściu na drugą pętlę spadłam i zaplątałam się nogami w sznury. Ogarnęła mnie panika i zaczęłam drzeć ryło na pół parku. Bozia głosu nie żałowała, więc było naprawdę głośno. Zleciała się obsługa i patrzyła jak podciągam się do podestu. Wygramoliłam się na górę i dalej się wydzierałam, bo miałam nogi oplątane na wysokości ud linami, które ściągały mnie z platformy. Na szczęście udało mi się wyplątać, ale musiałam jeszcze chwilę sobie posiedzieć i poryczeć. Pętle przeszłam w końcu w dość dziwaczny sposób: siadałam na jednej, kładłam się na plecach, zarzucałam nogi na kolejną i przeskakiwałam do przodu. Najgorzej było na sam koniec, bo siedziałam na pętli jakieś 0,5-1 metra pod poziomem platformy. Musiałam zarzucić nogi bardzo wysoko i podciągnąć się na nogach. I tak, były wrzaski.

Potem było kilka przeszkód podobnych do tych po prawej, czyli mostkopodobne. Przeszłam je bez większego problemu. Najgorsze są jednak pętle i trójkąty.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Pod koniec pojawiły się trudniejsze przeszkody, które wcześniej nie sprawiłyby mi problemu. Jednak wcześniej ogarnęła mnie panika, która nie do końca zeszła. Skończyło się tak, że instruktor stał na kolejnej platformie i mówił mi jak stawiać nogi, a ja szłam i płakałam, że się boję. Po drodze zaplątały mi się jeszcze włosy w bloczek i but utknął w sznurowej pajęczynie. No ale w każdym razie przeszłam całość sama. Mogło być gorzej. Podobno czasem trzeba ludzi ściągać w połowie trasy, czasem przeklinają, rzucają się, czasem też trzeba ich długo uspokajać.

Z ostatniej platformy można zejść po drabinie lub zeskoczyć. Sysadmin bał się skoczyć, więc zszedł. Ja zeskoczyłam, ale za to wcześniej się wydzierałam, więc ostatecznie wyszło po równo. Skok wyglądał tak:

 

 

 

 

Skok sam w sobie nie jest straszny. Najgorzej jest zrobić krok w przepaść, bo to wbrew wszelkim instynktom samozachowawczym. Ale potem jest już fajnie.

Na koniec poszliśmy na zjazd tyrolką, czyli po prostu na uprzęży umocowanej na linie. To w ogóle nie było straszne. Najgorsze było to, że instruktor przypadkowo walnął mnie w oko i wyleciała mi soczewka. Dobrze, że pod koniec, a nie na przeszkodach dwadzieścia metrów nad ziemią. Wtedy musieliby mnie ściągać, a tak tylko wracałam na ślepo.

Jeśli chcecie się wybrać do Kolibek, to polecam. Atrakcje są niezłe, a obsługa bardzo miła i pomocna. Najlepiej ubrać się w wygodny dres i porządne buty. Mogą być adidasy, ale glany będą jeszcze lepsze, bo mają gruby bieżnik. Biżuterię najlepiej zdjąć, bo jest spora szansa zerwania, w najgorszym razie uduszenia.

Po wizycie w parku mam parę siniaków na ramionach, ale nic mnie nie boli. Sysadmina za to boli wszystko. Nie jestem pewna, czy wybrałabym się ponownie na tego typu wspinaczki, ale chyba jednak tak. A może wahadło w Rutkach?

 

 

 

Lubicie takie rzeczy?

 

 

piątek, 05 sierpnia 2016

 

Dzisiaj byłam na kolejnej rozmowie kwalifikacyjnej. Wcześniej firma zrobiła mi testy, które podobno zdałam ponadprzeciętnie dobrze. Na spotkaniu się zachwycali - znam technologię, języki obce, gadam z sensem. Mają zadzwonić w przyszłym tygodniu.

Jest się z czego cieszyć? Oczywiście, że nie. Zbyt często słyszałam podobne gadki, żeby się napalać. To w dalszym ciągu wersja dobrze wszystkim znanego zadzwonimy do pani.

Zazwyczaj nawet nie dzwonią.

Mimo to prawdopodobnie i tak znajdę stałą pracę. A póki co robię swoje zlecenia na umowy cywilno-prawne i w końcu się wysypiam. Kiedy chodziłam codziennie do firmy, to chciało mi się spać 24/7. Po powrocie do domu myślałam tylko o spaniu. O wiele lepiej się czuję, kiedy pracuję w domu. Zazwyczaj w nocy. Jestem w końcu kotem. Albo wampirem - lubię zimno, unikam światła i wykazuję aktywność nocą.

Tylko zwinności mi brakuje.

 

 

 

 

A teraz się zdziwicie. Zapisałam się na ćwiczenia, konkretnie to aerobik albo coś podobnego. Niestety Hashimoto mi za bardzo dowaliło i metoda nie żryj słodyczy albo mniej żreć nie działa. Na spalanie sadła najlepszy jest właśnie aerobik, więc kupiłam sobie karnet na miesiąc. We wtorek byłam pierwszy raz, dzisiaj (w piątek) idę po raz kolejny. Mam nadzieję, że się jakoś do tego przyzwyczaję, chociaż takie podskoki na sali są nudne. Muszę. Być może czeka mnie konieczność ćwiczenia całe życie.

Na ćwiczeniach jest dużo skakania i głośna muzyka typu łupu-cupu. Instruktorka wydaje z siebie niezrozumiałe okrzyki, a ja podryguję jak paralityk. Moja koordynacja nie jest zbyt dobra i nie chodzi wcale o nadwagę. Zawsze tak było i prawdopodobnie zawsze będzie.

 

 

 

 

Każda część mojego ciała jest ciężka jak ołów i sztywna. Każda rusza się niezależnie od siebie. Umysłowo ogarniam sekwencje ruchów, ale moje ciało nie chce słuchać mózgu. Kiedy staram się kontrolować jedną rękę, druga leci jak chce. A przecież są jeszcze nogi, plecy, głowa... To strasznie trudne do opanowania. Obserwuję nieraz ludzi jak tańczą, jak zwinnie się ruszają. Kiedy próbuję zrobić to samo, staję się wielka, ciężka i toporna. Mówiłam nieraz, że mam zbyt duże ciało do opanowania swoim kontrolerem ruchu i powinnam mieć z 160 cm wzrostu.

Może kiedy uda mi się zrzucić sadło aerobikiem, przerzucę się na sporty siłowe, które wychodzą mi dużo lepiej. Jeśli mowa o tego typu rzeczach, to umówiliśmy się z Sysadminem, że będziemy oboje ćwiczyć. On też ma Hashimoto, ale oprócz tego ma te cudowne geny, dzięki którym może jeść ile chce i nie tyje (nawet z Hashimoto do kompletu). Byłoby niesprawiedliwe, gdybym tylko ja musiała się użerać z ćwiczeniami, dlatego zapisał się na siłownię. Cel: przybranie masy mięśniowej na patykowatym ciele. No i ćwiczymy od tego tygodnia. Póki co jego bolą mięśnie, a mnie nic nie boli. Za to bezpośrednio po ćwiczeniach chciało mi się rzygać.

 

 

A teraz będą foty, bo w końcu mamy wakacje.

 

Pokażę wam krainę miniaturowych ludzi żyjących pomiędzy morzem a trawą.

 

 

 

 

To oczywiście nie są prawdziwi miniaturowi ludzie. Nie jest to też fotoszopka. Zdjęcie zrobiłam z klifu w Gdyni, ale sama skarpa się gdzieś po drodze schowała. W rzeczywistości odległość jest spora. Sami zobaczcie:

 

 

 

 


Tutaj z kolei widać bunkier, który kiedyś był w lesie. Jeszcze kiedy byłam w ogólniaku, to można było sobie spokojnie do niego wejść (o ile ktoś lubił smród i syf). Erozja klifu sprawiła jednak, że zaczął niebezpiecznie zwisać nad plażą. Podjęto więc decyzję o kontrolowanym zrzuceniu bunkra. Leży sobie na dole do dziś, schody na plaży, ściany w wodzie.

 

 

 

 

 

 

 

A to po prostu ładne zdjęcie z klifu:

 

 

 

 

 Na klifie byłam w ostatnią sobotę. W niedzielę poszłam natomiast do Parku Majkowskiego.

 

 

 

 

W parku jest duży plac zabaw, więc jeśli macie dzieci (albo idziecie w nocy), to jest gdzie się wybrać. Jeśli wolicie podziwiać widoki, to warto zobaczyć ptactwo.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Jest też mnóstwo zieleni i wody.

 

 

 

 

 

 

 

 

Niedługo mam też zamiar wybrać się do parku linowego. Ogólnie lubię dużo chodzić, bo jest przyjemnie i się nie nudzę przy tym. Lubię też sporty wodne, na przykład pływanie w jeziorze albo długie zapieprzanie kajakiem. Niestety trudno ćwiczyć w ten sposób na co dzień, więc pozostaje aerobik i zwiedzanie ładnych miejsc.

Nudy i mało o autyzmach? Być może, ale w końcu piszę, co mi się podoba.

 

 

piątek, 22 lipca 2016

W zeszły piątek opuszczałam na zawsze swój zakład pracy. Spakowałam swoje rzeczy i zeszłam po schodach, nucąc sobie w głowie tę głupawą piosenkę. Zamieniłam sobie tylko naje na wyje. Hej, dziewczyno młoda! Wywalili, to do domu.

W ciągu tych trzech miesięcy zaliczyłam skoncentrowany kurs pracy na etacie. Mam na koncie przyjęcie, wdrożenie, kurs BHP, codzienne przychodzenie, imprezę firmową, jeden dzień wolny na sprawy w Warszawie, zwolnienie lekarskie (na grypę) i zwolnienie w ogóle. Sporo przygód jak na tak krótki czas!

Od poniedziałku jestem prawie ponownie na bezrobociu. Prawie, bo mam umowy o dzieło i nie powinnam zginąć z głodu. No i mogę pisać bloga - kierownictwo z byłej firmy chyba da już mi i mojej rodzinie spokój. Ciężko jest coś pisać, kiedy wszystko może zostać wykorzystane przeciwko tobie. Ale teraz chyba mogę wrócić do pisania autystycznych manuali. Te teksty mają służyć lepszemu zrozumieniu funkcjonowania osób ze spektrum, nie szukaniu na nich haka.

Czasem mam wrażenie, że moje życie jest już na straty, ale może moje doświadczenie przyda się kolejnym pokoleniom. To pewnie nieprawda, ale na głupie myśli nic się nie da poradzić.

Powróciłam do poszukiwania stałej pracy i spotkała mnie kolejna przygoda. Sysadmin polecił mnie w swojej firmie - oczywiście w innym dziale, bo administracją się nie zajmuję. Kierownik spojrzał na CV i skomentował: no spoko, ale to DZIEWCZYNA.

W jakim miejscu pracy płeć ma kluczowe znaczenie? Hmmm... pomyślmy... Ups! Nie sądziłam, że kandyduję do burdelu.

 

 

 

 

 

Jest lato, więc mało się pisze, dużo zwiedza, fotografuje i poznaje. Wczoraj poznałam miłego chłopaka z ASD, którego pasją są żarówki i systemy oświetleniowe. Bardzo oryginalne hobby!

 

A ja mam nowy aparat, do którego dokupię w przyszłości dużą lampę i teleobiektyw. Jesienią jadę do Czarnobyla i mam nadzieję, że do tego czasu zbiorę na ten sprzęt. Na razie mam statyw i dwie soczewki powiększające. Pokażę wam swoje zdjęcia.

 

Poznań

Poznań zwiedziłam przy okazji konferencji Autyzm w szkole. Zakupiłam na niej pluszową sowę o imieniu Furia, która towarzyszyła mi w zwiedzaniu. Producent Furii produkuje też fajne przypinki - sami sprawdźcie.

Teraz trochę centrum Poznania.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Furia towarzyszyła mi także na Cmentarzu Zasłużonych Wielkopolan, gdzie uzupełniała brakujące głowy w pomnikach.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

W niedzielę wraz z Furią zwiedziłam Cytadelę, która jest naprawdę pięknym parkiem. Szkoda, że było wtedy tak strasznie gorąco.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Gdańsk

 

W Gdańsku znajduje się wzgórze o nazwie Pachołek, na którym jest umieszczona nieco straszna wieża widokowa. Ale kiedy przyzwyczaimy się do wstrząsów i chybotliwej konstrukcji, to można zacząć podziwiać widoki. Jeśli macie lornetkę, to koniecznie ją zabierzcie ze sobą. Ja sobie kupiłam niedawno w Lidlu i mogłam podziwiać panoramę Gdańska w przybliżeniu.

 

Ten długi, czerwony blok to słynny Falowiec.

 

 

 

 

 

 

 

Miasto, bloki, biura... ale kiedy obrócimy się lekko w prawo, zobaczymy taki widok:

 

 

Droga Marnych (lub Zgniłych) Mostów.

 

 

 

Irys w parku Oliwskim.

 

 

 

 

Gdańsk-Sobieszewo

czyli Wyspa Sobieszewska, rezerwat Ptasi Raj.

 

 

 

 Zdjęcie pseudopanoramiczne.

 

 

 

 

 

 

 

Nowa grobla:

 

 

 

 

 

 

 A pod koniec taki widok - ale udało mi się przejść!

 

 

 

 

Dom i koty

 

A konkretnie jedna kota - zbój o imieniu Nela (Nutella).

 

 

 

 

No i oczywiście trochę roślinności z naszego ogródka - w dużym powiększeniu.

 

 

 

 

 

 

Następne zdjęcia, które opublikuję, zrobię już jako wolny człowiek.

 

piątek, 20 maja 2016

Minął miesiąc od kiedy rozpoczęłam pracę i już wylądowałam na L4. Tak, dobrze czytacie - siedzę na zwolnieniu. Dziś leci już trzeci dzień. Co takiego zrobiłam? Czy dostałam dzikiego szału i przyjechała po mnie karetka z pasami bezpieczeństwa? A może chodzenie do pracy to dla mnie zbyt duży wysiłek?

A gdzie tam. Dostałam zwyczajnej, nudnej grypy. Takiej z gorączką, katarem, kaszlem i bólem mięśni. Takiej, kiedy człowiek jest niebezpieczny dla siebie (bo zamulony gorączką) i dla otoczenia (bo zakaźny). Może trochę głupio, że już po miesiącu poszłam na zwolnienie, no ale wirus grypy nie pyta o staż pracy. Mogło być gorzej, na przykład zaraz po rozpoczęciu, no nie?

 

Wszędzie wokół słychać o maturach i robieniu prawa jazdy. To w sumie naturalna sprawa - ludzie kończą szkoły, zdają maturę i mają parę miesięcy wolnego. Nic, tylko wykorzystać ten czas na kursy i egzaminy.

Niedawno odwiedziła mnie Zakładka i opowiadała między innymi o tym, że jej syn też chce zdawać na prawko. Ja mam to już od dziewięciu lat za sobą i opowiem wam jak to u mnie wyglądało.

 

 

 



 

 

Prawo jazdy tym się różni od matury, że nie ma tam żadnych dostosowań i ułatwień. Każdy zdaje na dokładnie tych samych zasadach. Albo się uda, albo nie. Wszystko zależy od indywidualnych umiejętności, nie od bycia w spektrum lub nie. Jeśli jesteś w stanie zrobić kurs i zdać egzamin, to możesz jeździć. Przy czym uważam, że jeśli liczba tych egzaminów przekracza 5 (3 podejścia + 2 na wyjątkowego pecha), to niestety, ale raczej nie nadajesz się na kierowcę. 

W sumie jak pomyślę o ludziach, co zdali za 5+ razem, to oni zwykle i tak nie jeżdżą. Mają sobie to prawo jazdy dla formalności, ale i tak nie korzystają.

Mój kurs rozwlekł się w czasie z dwóch powodów. Pierwszy to taki, że dokupiłam sobie sporo godzin, żeby wyćwiczyć koordynację. Drugi to taki, że na egzamin trzeba było czekać dwa miesiące. Centrum Gdańska było wówczas rozkopane i nikt nie chciał zdawać w tamtejszym ośrodku. Wszyscy zwalili się do Gdyni, przez co tworzyły się ogromne kolejki. Oczywiście mało kto zdaje za pierwszym razem, więc tłum się zagęszczał.

 

 

Zdawałam egzamin w Gdyni!

 

 

 

Kiedy uczyłam się jeździć i zdawałam egzamin, miałam orzeczenie o niepełnosprawności. Nikt o nim jednak nie wiedział, bo nie było to nikomu do niczego potrzebne. Badania lekarskie sprawdzają tylko czy widzę i słyszę - więcej nie trzeba, wszystko i tak wychodzi na kursie.

Uczył mnie stary facet o imieniu Andrzej, który też był mało towarzyski i nie odzywał się poza wymaganą normę. Placu nauczyłam się szybko i wkrótce mogłam robić ten słynny łuk z zamkniętymi oczami. Najtrudniejsze było ruszanie i zmiana biegów - ale to chyba standardowe problemy kursantów. Na mojej drugiej lekcji na mieście osiem razy zgasł mi silnik na skrzyżowaniu w centrum Gdyni. Pan Andrzej wydzierał się na mnie, ludzie wokół trąbili, a ja nie mogłam ruszyć. W końcu powiedział mi, że ruszam z dwójki. Po tej lekcji wysiadłam spocona i trzęsły mi się nogi.

Zdarzało mi się wjeżdżać na krawężniki i blokować skrzyżowania, ale nigdy nie odwaliłam niczego w stylu ludzi z poniższego filmiku. Dalsze części i ogólnie cały program są dostępne na youtubie, jeśli chcecie się pośmiać.

 

 

 

 

 

Przez bardzo długi czas nie mogłam opanować zmiany biegów i skoordynowania wszystkich czynności wokół. Byłam święcie przekonana, że jeśli zdam, to będę musiała jeździć samochodem z automatyczną skrzynią biegów. Jeśli w ogóle zdam - w końcu jazda samochodem nie jest taka prosta. Trzeba patrzeć na drogę, znaki, pilnować wszystkiego wokół, opanować nogi, ręce, kontrolować biegi i prędkość... strasznie dużo rzeczy. Z tego powodu dokupiłam sobie drugą serię godzin i dobrze na tym wyszłam.

Jeśli chodzi o zmianę biegów, to w końcu się tego nauczyłam i daję sobie z tym radę. Znam jeszcze dwie osoby z Aspergerem, które mają prawo jazdy i obie jeżdżą na automacie. Wy też znacie te osoby - to Marek i Wanderratte. Miałam okazję jeździć z jednym i drugim i było zupełnie normalnie. Wśród ludzi pokutuje takie przekonanie, że automat jest dla nieudaczników, natomiast Prawdziwy Kierowca musi jeździć na manualu. Kto nie używa manuala, ten nie umie jeździć. A tak naprawdę to ważne jest patrzenie na drogę, nie gmeranie przy drążku.

W końcu przyszedł ten straszny dzień egzaminu. Zdawałam go w sobotę o ósmej rano. W nocy przed egzaminem spadł śnieg i rano po ulicach jeździły pługi z piaskarkami. Zapowiadało się ostro.

Moja grupa liczyła dziesięć osób. Teorię zdały cztery, w tym ja. Przed wejściem na plac okazało się, że będzie ruszanie pod górkę, którego pan Andrzej nigdy ze mną nie przerabiał. Jakaś babka powiedziała mi, co należy robić. Udało się. Byłam jedną z dwóch osób, które wyjechały na miasto. Śmigałam po zaśnieżonych drogach i wszystko szło dobrze. Egzaminator kazał mi zaparkować pod sklepem w zaspie śniegu. Zapytałam go, czy dobrze się czuje. Powiedział, że tak - no dobra, jedziemy, sam chciał. No i się zakopaliśmy.

W ten sposób na egzaminie poznałam wyjeżdżanie z zaspy przez rozbujanie auta. Ale po raz kolejny się udało! Głupi ma szczęście!

Jeździliśmy jeszcze trochę po mieście i wszystko szło dobrze, nie dawałam się nawet w nic wkręcić. Nie wiem, czy u was też tak robili, ale u nas standardem było to, że egzaminator próbował oszukiwać zdającego. Na przykład kazał skręcić gdzieś, gdzie jest zakaz wjazdu albo coś w tym stylu.

Jazda trwała już dość długo i zaczęliśmy się kierować w stronę ośrodka. Może zdam za pierwszym razem? Muszę skręcić na światłach w lewo, tak jak to auto przed nami. No to podążam za tym autem i przejeżdżam przez skrzyżowanie... na czerwonym.

W ten oto sposób nie zdałam egzaminu na prawo jazdy z powodu nieznajomości sygnalizacji świetlnej. Tak mi wpisali w protokole. Jeśli trzymają te protokoły w jakichś archiwach, to mają dowód na to, że w wieku dziewiętnastu lat nie znałam kolorów świateł. 

 

 

 

Niewiele brakowało!

 

 

 

Po oblanym egzaminie musiałam czekać dwa miesiące na następny. W tym czasie wykupiłam sobie kolejne jazdy, ale tym razem u innego instruktora. Zmiana instruktora dobrze robi, bo nowy zwraca uwagę na inne rzeczy i nie jest przyzwyczajony do kursanta. Tym razem jeździłam z panem Maćkiem, który był młodszy i nie wydzierał się tyle, co pan Andrzej. Nie puszczał też Gosi Andrzejewicz w samochodzie. Do tej pory, kiedy słyszę jakąś piosenkę Gosi Andrzejewicz, to przypomina mi się kurs prawa jazdy.

Drugi egzamin zdałam bez większych problemów. Jednak i tak nie jeździłam autem, bo go nie miałam. Okazja trafiła się dopiero pięć lat później, kiedy trafił mi się nieużywany Matiz. Nieużywany w sensie stojący w garażu, nie nowy. Nowy zdecydowanie nie był, był stary i poobijany. No ale zawsze to coś.

Wykupiłam sobie kilka godzin w celu przypomnienia jak się jeździ. Na początku było nieco dziwnie, ale wszystko sobie przypomniałam. Najtrudniejsze były wizyty w Urzędzie Skarbowym i Wydziale Komunikacji. Dostałam dokładne instrukcje, co mam zrobić i poszłam tam zupełnie sama. Z urzędnikami sobie jakoś poradziłam bez większej zawiechy, ale zostawiłam tablice rejestracyjne w US i ludzie wpychali się przede mnie w kolejce. W WK stałam strasznie długo w kolejce. W pewnym momencie ktoś z rodziny do mnie przyszedł, bo zaczęli się martwić. Jednak nic się nie stało, po prostu kolejka była duża i ludzie się wpychali.

No i udało się! Zostałam oficjalnie właścicielką starego Matiza! Niewiele nim jeżdżę, bo nie ma takiej potrzeby. Komunikacja miejska działa u nas dobrze, a ja mam chorobę lokomocyjną. Poza tym uważam, że samochód przydaje się, jeśli ktoś mieszka na zadupiu. W mieście służy głównie do popisywania się i generowania korków. W rezultacie jeżdżę bardzo rzadko, głównie właśnie na jakieś zadupia. Najdłuższa trasa to wakacje w okolicach Kościerzyny, które opisywałam wam tutaj.

Jeżdżę zupełnie przeciętnie - ani jakoś super, ani tragicznie. Ale matka i tak za każdym razem wariuje i uważa, że jeżdżę jak na obrazku poniżej.

 

 

 

 

 

Ogólnie ludzie z ASD mogą jeździć samochodem. Czasem nauka zajmuje więcej czasu, czasem przydaje się automatyczna skrzynia biegów, ale ogólnie jest to możliwe i całkiem przydatne. Problemy mogą pojawić się przy:

  • koordynacji wszystkich czynności,
  • zmianie biegów,
  • szybkości reakcji,
  • przewidywaniu sytuacji na drodze,
  • płynnych zmianach np. prędkości - nie jeździmy przecież tak, że zmieniamy ją dopiero przy znaku, ale stopniowo wcześniej.

Większość z tych rzeczy można podciągnąć dłuższą nauką lub różnymi wspomagaczami - czy to wspomniana już skrzynia biegów, ale także takie wynalazki jak czujnik parkowania i podobne. Po to one są, żeby ułatwiać ludziom życie.

Jeśli jednak się nie uda, no to cóż - wielu neurotypowych też nie nadaje się do prowadzenia samochodu. Oni mają jednak ten komfort, że nie podciąga się wszystkiego, co robią do zaburzeń. Jeśli neurotypowy Jaś nie radzi sobie z czymś, to trudno, ludzie są różni, na pewno umie robić inne rzeczy. Jeśli autystyczna Małgosia sobie z czymś nie radzi, to wina autyzmu, w ogóle autycy się nie nadają do takich rzeczy, to są chorzy ludzie. A jeśli sobie radzi, to udaje i nie ma autyzmu. To są podwójne standardy, które nadają się na osobną notkę.

Czy są tu inne osoby ze spektrum, które mają prawo jazdy? Jak wspominacie naukę? Jak sobie radzicie na co dzień? Dostajecie mandaty? Ja na szczęście jeszcze nie zaliczyłam żadnego i oby tak zostało. Nie wiem, jak zachowałabym się w sytuacji mandatu albo jakiejś kolizji. Zwłaszcza to drugie mogłoby być straszne. Mam nadzieję, że nigdy nie będę musiała sprawdzać tego na żywo.

 

 

 

 

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

 

Tydzień temu szykowałam się do pierwszego dnia w nowej pracy. Praca jest nie byle jaka, bo w końcu taka prawdziwa, długoterminowa, na umowę o pracę. Do tej pory trafiały mi się same śmieciówki, staże, praktyki i podobne badziewia. No i oczywiście wszechobecne próby wyrolowania naiwnych na dynamiczne pitupitu.

Tydzień temu się bałam. Pracę mam właściwie dzięki poprzedniemu artykułowi, który trafił później do Wyborczej, Interii i Focha. Na Wykopie też był. Jedna z firm, która wcześniej mnie odrzuciła, nagle znalazła dla mnie stanowisko. Było to megaśmieszne, zwłaszcza że na kolejnej rozmowie zapytano mnie, czy dalej prowadzę bloga. Owszem, prowadzę i nawet jadę na kolejną konfę.

Tak oto mam szefostwo, które czyta Koci Świat ASD. Pozdrawiam serdecznie! :P

Strach był duży. No bo mogę sobie robić aferę w internetach, ale jak będzie na żywo? Pojawiło się to uczucie, że jestem właściwie testowym egzemplarzem autyka. Jeśli zrobię coś głupiego, to opinia o mnie przejdzie na całą społeczność. Jeśli wyjdę na debila, to w świat pójdzie opinia, że autycy to debile. Nie ja jako jednostka, tylko wszyscy. Noooo, kiedyś wzięliśmy dziewczynę z Aspergerem, ale była taka i owaka, oni się do niczego nie nadają, to są chorzy ludzie...

A z drugiej strony, to jeśli okażę się taka sama lub lepsza od ludzi na tym samym stanowisku, to w świat pójdzie opinia, że autyk to człowiek jak każdy inny, nadaje się do pracy i nie robi wiochy.

 

 

 

Ruiny dworku w Starej Hańczy.

 

 

Szefowie też się bali. W ciągu minionego tygodnia przychodzili kilka razy dziennie do pokoju, w którym siedzę i pytali czy wszystko u nas w porządku. Chyba myśleli, że będę się bujać, walić głową w ścianę albo rzucać gównem w facetów siedzących obok. A tu nic z tego. Chyba zrujnowałam wyobrażenia tego, jak zachowuje się osoba ze spektrum autyzmu.

Siedzę sobie spokojnie jak kwiat lotosu na tafli jeziora. Albo jak łabędź na tafli jeziora Wigry.

Wszystkie dzisiejsze foty są mojego autorstwa tak w ogóle. Zrobiłam je w czasie wyprawy do Suwałk i wycieczek z Markiem. Jeśli ktoś z mojej firmy chce obejrzeć inne, to zapraszam do obejrzenia kalendarza.

 

 

 

Jezioro Wigry.

 

 

Największym problemem w nowej pracy jest rozpoznawanie ludzi. Do tej pory umiem jako tako zidentyfikować cztery osoby, z czego dwie siedzą ze mną w pokoju na stałe, natomiast dwie pozostałe dość często przychodzą. Reszta wciąż zapisuje się w /dev/nullu, łącznie z szefami, zastępcami i resztą ekipy, którą wypadałoby rozpoznawać.

Nie mam pojęcia z kim rozmawiałam na rozmowach kwalifikacyjnych. Imiona i nazwiska pamiętam, natomiast nie same osoby. Mogłam je mijać setki razy, ale nie rozpoznać. Nie robię tego specjalnie. Nie ma sensu się obrażać, lepiej przypomnieć kim się jest - nawet kilka razy dziennie.

 

 

 

Jezioro Hańcza.

 

 

 

Drugim moim problemem jest to, że matka każe mi się ładnie ubierać. Nie wiem, dlaczego programistka ma chodzić odstawiona jak szczur na otwarcie kanału elegancka starsza pani. Do tej pory przychodziłam ubrana zwyczajnie, ale codziennie słyszę narzekania w domu, że fuuuu i źle. Moi koledzy z pokoju mogą nosić dżinsy i koszulki z napisem DENATURAT. Ja mam się stroić jakbym szła na randkę albo spotkanie z klientem. Powtarzam matce, że nie jestem wdrożeniowcem ani przedstawicielem handlowym, ale nie dociera.

Według mnie, strój programisty powinien spełniać trzy kryteria:

  • czystość,
  • brak golizny,
  • brak wulgarnych/obraźliwych napisów.

Reszta to kwestia gustu. Ładne ubrania są trudne do zniesienia, bo są niewygodne i trzeba o nich cały czas pamiętać.

 

 

 

Jezioro Wigry.

 

 

To są póki co moje jedyne problemy związane z pracą. Chyba - bo mogłam coś odwalić i o tym nie wiedzieć.

Jeśli chodzi o pracę jako taką, to na razie robię niewiele zadań i są one bardzo proste. Do tego robię je pod nadzorem. Powody mogą być dwa: albo mam się bardzo powoli przyuczać, albo uważają mnie tam za dziecko specjalnej troski. Mam nadzieję, że ten pierwszy powód jest prawdziwy. Firma od wielu lat tworzy dość kobylasty program, w którym można się pogubić nawet jako użytkownik. Lepiej dać nowemu pracownikowi jakieś proste zadania, żeby powoli zapoznawał się z całością.

Albo nowy pracownik to autystyczny debil, który lepiej niech udaje, że pracuje. To też możliwe, bo pani z kadr kilka razy się pytała czy mam orzeczenie. Za 02P/12C są w końcu ładne dotacje.

A ja orzeczenia nie mam, bo uważam się za osobę w pełni sprawną fizycznie i umysłowo.

Kiedy byłam w Suwałkach, nagrałam z Markiem filmik o zatrudnianiu osób z ZA. Film powstał na zamówienie Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, ale przemawiamy z pokoju Marka w Suwałkach. W Lublinie jeszcze nie byłam.

 

 

 

 

 

 

Marek i ja byliśmy prelegentami na konferencji organizowanej przez Niepubliczną Terapeutyczną Szkołę Podstawową Bajka w Suwałkach. Marek opowiadał o swoim dorastaniu, a jego mama o wychowywaniu dziecka z ZA. Ja natomiast opowiedziałam o stimach i fiksacjach - o tym, jak je przeżywam i co one dla mnie znaczą. Potem był panel dyskusyjny, w którym uczestniczył także Piotrek (znany czytelnikom tego bloga jako Sysadmin). Miałam nadzieję, że opowie coś więcej ze swojej perspektywy, jednak jego tematyka autyzmu niewiele obchodzi. Gdyby ktoś zadał mu pytanie dotyczące systemów, sieci lub serwerów, to pewnie do dzisiaj by nie skończył. Ale nikt takiego pytania nie zadał.

Najciekawsze pytanie, z jakim się spotkałam na konfie w Suwałkach, to jak nauczyć kota korzystać z drapaka? Nie padło ono na sali, ale na korytarzu, bo tam też ludzie mnie zaczepiali. Otóż ja zrobiłam to tak, że pokazałam kotom jak się drapie w drapak. Na zachętę powiesiłam jeszcze parę kolorowych sznureczków. Wiem też, że niektórzy używają do tego celu kocimiętki.

Marek pokazał mi dużo pięknych miejsc w Suwałkach i okolicach. Nie udało się zobaczyć wszystkiego, bo nie było na to czasu, ale mam nadzieję, że jeszcze tam kiedyś będę. Może do tego czasu kupię sobie lepszy aparat - w końcu mam już stałą pracę. Na razie fotografuję sprzętem za stówę z Lidla, bo najważniejsze jest oko. Jednak tanim aparatem nie sfotografuję małych obiektów lub czegokolwiek w słabym oświetleniu.

 

 

Obejrzyjmy zdjęcia!

 

 

 

Jezioro Wigry i klasztor.

 

 

 Rzeka koło Wigier.

 

 

Rzeka koło Wigier.

 

 

 

Żaby w jeziorze Wigry.

 

 

 Jezioro Wigry.

 

 

Ogólnie w okolicach Suwałk jest tak, że jeśli traficie na jakieś jezioro, to będą to prawdopodobnie Wigry.

 

 

 

Rzeźba w klasztorze.

 

 

Klasztor nad Wigrami.

 

 

Ładne widoki #1 - pole.

 

 

Ładne widoki #2 - wieża widokowa.

 

 

Ładne widoki #3 - widok z wieży.

 

 

 Ładne widoki #4 - widok z wieży.

 

 

Może się wydawać, że Suwalszczyzna jest płaska. Nic bardziej mylnego! Teren jest bardzo pagórkowaty. Drogi są kręte i robi się na nich niedobrze podczas jazdy.

 

 

 

Ładne widoki #5 - jezioro Hańcza.

 

 

Ładne widoki #6 - mosty w Stańczykach.

 

 

 

Ładne widoki #7 - mosty w Stańczykach.

 

 

Tężnie w Gołdapi.

 

 

No i oczywiście...

Cmentarze

 

 

 

Cmentarz Siedmiu Wyznań w Suwałkach.

 

 

 

Cmentarz Siedmiu Wyznań w Suwałkach.

 

 

 

Cmentarz Radziecki w Suwałkach.

 

 

 

Cmentarz żydowski w Jeleniewie.

 

 

 

Cmentarz ewangelicki/wojenny w Dubeninkach.

 

 

 

Cmentarz ewangelicki/wojenny w Dubeninkach.

 

 

 

Cmentarz żydowski na skarpie nad jeziorem Sumowo.

 


 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 24
Tagi