Mam autyzm i nie zbieram pieniędzy na konto. Za to piszę, co mi się podoba.
Blog > Komentarze do wpisu

DZIWNE ROZMOWY KWALIFIKACYJNE

 

Jeśli chodzi o rozmowy kwalifikacyjne, to jestem w nich prawdziwym ekspertem. Było ich mnóstwo - nie powiem, ile dokładnie, ale dużo. Udział w kolejnej wywołuje już u mnie znudzenie i irytację. No bo ile razy można słuchać tych samych tekstów i udawać, że się w nie wierzy? Jeśli chce się mieć za co żyć i żreć, to można i to dużo.

W dzisiejszym artykule opiszę wam najdziwniejsze sytuacje, jakie przytrafiły mi się podczas rekrutacji. Nie chodzi tu wcale o idiotyczne pytania typu ile szczoteczek do zębów zmieści się w żołądku krowy ani jakim dinozaurem jesteś. Na takie oczywiście też trafiłam, ale tego typu teksty krążą po internetach od wielu lat. Wszyscy je już znają. O motywacji do czyszczenia kibli też nie będzie i to nie dlatego, że nie startowałam w takich rekrutacjach. Po prostu chcę opisać autentyczne sytuacje, które wydarzyły się w moim życiu.

Żeby było uczciwie: przydarzały mi się także wpadki. Nie będę jednak o nich pisać, bo nie były jakieś spektakularne. Poza tym na tego bloga zaglądają pracodawcy. Wystarczy, że piszę o życiu ze spektrum autyzmu.

Nikt nie chce pracownika z jawnym Aspergerem. Przekonaliśmy się już o tym jakiś czas temu. 

 

 

 

 

 

No to teraz przyszedł czas na kwiatki!

1. Alternatywna działalność gospodarcza

Sytuacja wydarzyła się sporo lat temu i nie dotyczyła informatyki, ale raczej branży sprzedażowej. Umówiłam się na rozmowę z właścicielem firmy w dość odległej lokalizacji. Po dotarciu na miejsce i poszukiwaniach lokalu, okazało się, że jest to prywatne mieszkanie w bloku. Drzwi otworzył mi młody facet w krótkich spodenkach z ortalionu i gumowych klapkach. Zastanawiałam się czy w ogóle tam wejść. W końcu jednak weszłam, bo strasznie chciało mi się siku. Spytałam, gdzie jest toaleta. Facet wskazał mi drogę przez korytarz zastawiony z obu stron stertami gratów sięgającymi do sufitu. Obok drzwi do łazienki znajdowały się drzwi do pokoju. Były otwarte. Dostrzegłam przez nie stół z ogromnym stosem suszonych konopii.

Zrobiłam co trzeba i wróciłam do pokoju na rozmowę kwalifikacyjną. Po tym wydarzeniu usunęłam z CV dane adresowe. Obecnie znajduje się tam wyłącznie e-mail i telefon.

 

2. Normalna praca

Zgłosiłam się do pracy w sklepie komputerowym. Rozmowa odbywała się w kawiarni w galerii handlowej. Było tam bardzo dużo ludzi. Musiałam znaleźć rekruterów w tym tłumie. Byłoby to o wiele łatwiejsze, gdyby któryś z nich na przykład mi pomachał lub dał inny znak. Niestety tak się nie stało i musiałam wypytywać ludzi przy stolikach.

Panowie wcale nie chcieli mnie zatrudniać w tym sklepie. Zostałam zaproszona tylko po to, żeby na żywo usłyszeć, że mam znaleźć sobie normalną pracę w IT. W sklepie bym się tylko marnowała.

Marnowanie mojego czasu nikomu jednak nie przeszkadzało.

 

3. A może księgowość?

Firma szukała analityka. Zadzwonili do mnie, wysłali testy i zaprosili na rozmowę. Na miejscu okazało się, że praca jest, ale w księgowości. Nie znam się na tym! Nie szkodzi, firma doskonale o tym wie. Po prostu chcieli obejrzeć mnie na żywo.

 

 

 

 

 

 

4. Prawie jak darmowy staż

Duże wydawnictwo proponowało mi 8-10 złotych za stronę specjalistycznego tłumaczenia o programowaniu grafiki 3D. Jeszcze zrozumiem tak gówniane stawki za mało skomplikowane teksty o tematyce ogólnej. Jednak nawet moje zamiłowanie do grafiki 3D nie przysłoniło poczucia jawnego dymania.

Odmowa spotkała się oczywiście z wielkim fochem, a jakże.

 

5. Umowa z Afryki

Na konferencji gadałam z babką z jednej firmy. Odezwała się parę miesięcy później z zapytaniem, czy nie popisałabym u nich na stronie. Tematyka niezbyt skomplikowana, ale wymagałaby przygotowania własnych ilustracji. Wyglądało to w ten sposób:

JA: To jakie będą warunki współpracy?
ONA: Możesz mi wysłać przykładowy tekst?
JA: Mogę.

Wysyłam demo. Niby w temacie, ale tylko część tekstu, bez obrazków, do tego z wyciętymi fragmentami i dopiskami tu będzie coś. Można z tego się dowiedzieć, jak ktoś pisze, ale ciężko to potem wykorzystać. Bez sensu, jeśli zamawiający czytał inne teksty wcześniej, ale przynajmniej się odczepi.

ONA: No, dobre jest. To jeden taki artykuł na tydzień by się przydał.
JA: Za ile?
ONA: No wiesz, nasza firma nie istnieje długo, ale się dynamicznie rozwija... Nie mam kasy...
JA: Takie teksty słyszałam w ogólniaku. Dokładnie takie same. Jakoś one się dynamicznie nie rozwinęły.
ONA: No dobra, dostaniesz X zeta. To wyślij artykuł za dwa dni.
JA: Spoko, wyślij mi do jutra umowę.
ONA: Ale ja dzisiaj w nocy wyjeżdżam na wakacje do Afryki, teraz się szykuję na samolot. Wrócę za 3 tygodnie. Wyślij tekst do Krychy, dostaniesz umowę jak wrócę.
JA: Spoko. Ja się na szczęście nie spieszę, więc dostaniesz tekst jak wrócisz.
ONA: Ale my potrzebujemy go już teraz! Musimy coś opublikować za dwa dni.
JA: To niech Krycha przygotuje umowę.
ONA: Nie, to ja muszę przygotować. No pisz i wysyłaj!
JA: Poczekam 3 tygodnie.
ONA: Beznadziejny początek współpracy. Inaczej to sobie wyobrażałam.



6. Mam takie hobby

Polega ono na tym, że piszę za darmo teksty o komputerach, oprogramowaniu i szeroko pojętej informatyce do jednego portalu. Moim wynagrodzeniem jest satysfakcja z ujrzenia własnego tekstu na popularnej stronie.

Tak się przynajmniej jednemu panu wydawało.

 

 

 

 

 

7. Czasami szlag trafi

Nawet tak spokojną osobę jak ja.

Poszłam kiedyś na rozmowę, w którym pan w świecącym garniturze przerabiał słowo w słowo skrypt rozmowy kwalifikacyjnej. Miał nawet wszystko spisane w notatniku. W pewnym momencie wyciągnął długopis...

JA: Pewnie mam sprzedać długopis, co?
ON: A skąd pani wie?
JA: Ma pan bardzo oklepany skrypt.
ON: Yyyyyy...
JA: Serio. Czytałam te wszystkie bzdury w gazetach w latach 90.

Facet został skutecznie wytrącony z równowagi. Ostatecznie nie musiałam nic mu sprzedawać.

 

8. Granice desperacji

Rozmowa odbywała się w dużym biurowcu z przepięknym widokiem na Zatokę Gdańską. Na wstępie rekruter, który był jednocześnie szefem działu, stwierdził, że jestem już stara i wciąż nie mam stałej roboty. Pewnie się do niczego nie nadaję i ogólnie się opieprzam.

Stwierdziłam, że widok z okna jest dużo ciekawszy od niego.

Gdzie jest granica pomiędzy desperacją do znalezienia pracy a dawaniem się obrażać?

 

 

 

 

9. Ruska mafia

Pewnego dnia zaczął mi dzwonić telefon. Ktoś z Nowosybirska chciał koniecznie ze mną rozmawiać. Naczytałam się sporo o zagranicznych przekrętach, dlatego ignorowałam te połączenia. Wyszukiwarka pokazywała, że numer należy do nowosybirskiego sklepu z garnkami. Nie mam z tym nic wspólnego.

Jakiś czas później dostałam maila od faceta z dużej korporacji, że chcą zaprosić mnie na rozmowę kwalifikacyjną, ale ja nie odbieram telefonu. Odpisałam, że skoro spotkanie miałoby być w Gdańsku, to na pewno mają też polski numer. Przy okazji zadzwoniłam do gdańskiego oddziału firmy z zapytaniem czy taka osoba faktycznie tam pracuje.

Okazało się, że owszem, pracuje. Rozmowa faktycznie się odbyła! Były mocno dziwne pytania jak na programistę. Potem się okazało, że szukali administratora sieci i systemów. W firmie tej byłam kilka razy, za każdym razem stanowisko było inne od zgłaszanego.

 

10. Trawnik w serwerowni

Dobrze radzę sobie z grzebaniem w sprzęcie. Zgłosiłam się na stanowisko technika w serwerowni. Ktoś musi w końcu składać i naprawiać to wszystko. Okazało się, że obowiązkiem technika jest także koszenie trawnika wokół budynku, odśnieżanie dachu, zamiatanie chodnika i ogólnie robienie za przynieś-podaj-pozamiataj. Niestety nie dowiedziałam się, czy czyszczenie kibli też jest w pakiecie.

 

11. Stacja diagnostyczna

Jak już wspominałam, wśród czytelników tego bloga znajdują się także pracodawcy. Podczas wizyty w biurze szefa działu programistów przypomniały mi się zajęcia ze studentami, podczas których robiłam za pomoc naukową. Facet analizował sobie na bieżąco moje zachowanie z kryteriami diagnostycznymi zespołu Aspergera. Takimi na przykład z Wikipedii. Oczywiście robił to całkowicie jawnie i dzielił się ze mną spostrzeżeniami.

 

 

 

 

 

Czy was również spotkały dziwne sytuacje na rozmowach kwalifikacyjnych? Piszcie w komentarzach. A jeśli ktoś z was potrzebowałby pomocy w pisaniu CV lub przygotowaniu do rozmowy, to mogę pomóc. Moje rady są całkiem skuteczne. Mam na koncie parę osób, które znalazły pracę dzięki nim. No chyba, że piszecie popularnego bloga o ASD, wtedy nic wam nie pomoże.

 

czwartek, 06 października 2016, katja.asd

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2016/10/07 08:22:07
Jak czytam takie rzeczy to naprawdę dziękuję swojemu szczęściu, że moja droga do zatrudnienia była jednak niestandardowa... i to nawet nie po znajomościach czy co tam, czysty losowy zbieg okoliczności, że akurat wpadłem na nad-właściciela firmy na niszowym i to anglojęzycznym forum programistycznym.

Swoją drogą nadal i ciągle szukamy programistów (mniej więcej w Warszawie). Co prawda też nie wiem, czy nasze rozmowy kwalifikacyjne nie są dziwne, ostatnio raz szef projektu był akurat bardzo zajęty i został kolega programista i ja wysłany, żeby rozmawiać z kandydatem, przynajmniej merytorycznie. Co też nie jest łatwe. Chociaż oczywiście mniej stresujące.
-
2016/10/07 09:22:57
Mam takie doświadczenie, że w rozmowie kwalifikacyjnej chciano ode mnie ekspertyzy.
Pytanie: "jak rozwiąże pan taki problem" i tu opis sytuacji dość trudnej do rozwiązania i mocno nietypowej. W połowie odpowiadania zorientowałem się, że pytający wie mniej niż ja. Więc szybciutko poszedłem w maliny a facet się nie zorientował. Cóż, mam nadzieję tylko że nie poszedł we wskazanym przeze mnie kierunku...
W innym przypadku dostałem kawałek kodu w C, miałem wskazać błędy. Babka miała ściągawkę. Ja znalazłem więcej błędów niż było na ściągawce i kobieta miała problem. Nie wiedziała, że jak będzie edytować kod w Wordzie to Word pozamienia cudzysłowy :)
-
Gość: soniagalka@o2.pl, *.dynamic.chello.pl
2016/10/07 12:42:39
Tekst po prostu boski! :D <3
Tak, też miewam przygody z rozmowami kwalifikacyjnymi i pracą w ogóle. Ostatnie rozczarowania opisane tutaj: fintifluszki.esy.es/ludzie/kultura-zatrudnienia-lvl-polska-w-xxi-wieku/
Zapraszam!
-
Gość: nihilnovi, *.dynamic.gprs.plus.pl
2016/10/08 16:14:09
U mnie to było tak że jechałem 30 minut na jakieś wygwizdowo. Na miejscu "rekruterka" przeczytała na głos moje CV i kazała powiedzieć wymagania płacowe. Po 5 minutach grzecznie powiedziała mi żebym sobie poszedł. No pewnie przyoszczędziła te 50 groszy za telefon
-
2016/10/08 18:13:51
Mogę powiedzieć tyle: Masz szczęście, bo zapraszają Cie na rozmowy. Ja mam 54 lata i od bardzo dawna nie mam najmniejszych szans na jakąkolwiek pracę z ogłoszenia, bo moje CV, niezależnie od tego jak jest napisane, leci do kosza. Gdy nie miałam pracy ukazało się ogłoszenie, w którym szukano kogoś o idealnie moich kwalifikacjach - znam wszystkich ewentualnych kandydatów na rynku. Nie wzięto mnie jednak, choć pewnie byłabym najlepsza. Potem przypadkiem zgadałam się z człowiekiem z tej firmy, stwierdził, że szukali kogoś o niższych kwalifikacjach (marnie trafili). Szczęśliwie mam pracę - ściągnął mnie mój były szef (on mnie zresztą nie pierwszy raz powlókł ze sobą).
Co do rozmów. Rekruterzy nie zawsze są mądrzy, często stosują głupie chwyty, ale gdybym była rekruterem, który wyciągnął ten długopis (choć ja raczej bym tego nie zrobiła), to też bym cię nie przyjęła, a na papierach bym napisała "gwarancja kłopotów". Byłam i pracownikiem, i szefem. Wiem wiec jedno: od najlepszych kwalifikacji lepsza jest umiejętność współpracy i schowania czasem własnego ego do kieszeni. Będąc szefem wolałam pracownika słabszego (oczywiście bez przesady), ale takiego, który gdy jest robota, to ją robi, a nie dyskutuje nad jej bezsensem (czasami oczywistym). I nie dyskutuje nie dlatego, że jest taki głupi, ale dlatego, że jest taki mądry. Takie jest po prostu życie.
-
Gość: Bogdan, *.dynamic.gprs.plus.pl
2016/10/09 09:46:42
byłem także na wielu rozmowach i z niejednego pieca chleb jadłem ale takich dojechanych rozmów kwalifikacyjnych to w zasadzie poza jedną nie miałem.
(zwykle te najgorsze kończyły się zdziwieniem ze nie godzę się na najniższą krajową, samozatrudnienie itp.)
początek lat 90 ja zaraz po studiach... ale wykształcenie techniczne, 2 lata prowadzenia własnej działalności, praktyki (a w zasadzie normalna praca) w zakładach itp...

czyli 25, doświadczenie wyższe i znajomość języków i obsługi komputera to coś dokładnie o mnie. koleś pewny siebie managerek zaczyna mnie odpytywać z CV, no cóż każdy wpis ma mocne podstawy i powoli znika mu uśmieszek i koleś staje się coraz bardziej znudzony... w końcu zaczyna szukać punków do których mógłby się przyczepić i rozmowę zakończyć, ot np. język ale moja propozycja by przejść na angielski skutecznie go sprowadziła na ziemię więc wymyślił że nazwa uczelni powinna być pisana inaczej tu go też trochę zgasiłem bo stwierdziłem ze skoro uczelnia tak właśnie oficjalnie się nazywa więc ja nie będę rozstrzygał.
pewnie szukali frajera który przyjęty pomimo braku wymaganych kwalifikacji będzie tyrał za darmola myśląc że dostał szansę. od tamtego czasu tego typu ogłoszenia pomijam i stad może trochę lepsze doświadczenia.
-
Gość: rth, *.static-ip.telepacific.net
2016/10/13 00:30:33
Typowy ASD nie odpowie na apel o opisanie niepowodzen. Tekst o widoku z okna byl dobry.
Tak samo Monty. Tylko nie bierzesz po uwage testu na short fuse. A ty go masz i lezysz. Nauczysz sie. A teraz zyczenia: Dziś jest taki dzień, w którym smutki idą w cień, a marzenia się spełniają i otuchy dodają. I nie marnuj czasu.
-
Gość: bluegirl, *.dynamic.chello.pl
2016/10/13 00:41:37
@rth, nie ma co radzić człowiekowi ze spektrum - na blogu - jak ma reagować, żeby dobrze udawać NT. Zwykle ma się całe życie na wyuczenie wszystkich możliwych reakcji i zawsze, zawsze zostaje coś do poprawki. Ale prawda jest taka, że we właściwym miejscu właściwi ludzie mają tolerancję na różne "ekscentryzmy".
Rozmowa o pracę to jest tak naprawdę rodzaj gry z regułami. To w pracy następuje właściwe dopasowanie człowieka do zespołu i zespołu do człowieka. I jak się dobrze trafi, to jest wygrana na lata.
Jak zwykle polecam środowiska pracy mniej korporacyjne i bardziej nieformalne, takie nieduże firmy, do których chodzą ludzie pasujący do stereotypu nerda w piwnicy. Najlepiej, jeśli już tam jest jedna babka, ale bardziej ogarnięta emocjonalnie od nas - można ją wtedy wypytywać i naśladować, i może nawet się zaprzyjaźnić (chyba, że jest wredną małpą, ale to, jak sądzę, wyłapie nawet Aspie).
Dużo czytać o tym, jak sobie radzić, słuchać feedbacku, prosić o feedback. Znam totalnych Aspergerów, a nawet (chyba) HFA pracujących w zawodach wysoko wykwalifikowanych, przy swoich pasjach. Zrabialne. Tylko trudne.
-
Gość: bluegirl, *.dynamic.chello.pl
2016/10/13 00:46:30
A, no i nie opisywać na blogu rzeczy związanych z pracą, nawet w pozytywnym i żartobliwym tonie. Nigdy nie wiadomo, czy NT nas opacznie nie zrozumie.
-
Gość: Marcin, *.centertel.pl
2016/10/13 08:09:36
Witaj Katju,
Jestem tutaj nowy. Czytam Twojego bloga od kilku dni i zostanę Twoim stałym czytelnikiem. Mój 5-letni synek u którego zdiagnozowalismy autyzm gdy się nauczy czytać pewnie też.
Diagnoza mojego dziecka była szokiem dla mnie, teraz gdy Cię czytam trochę mi lżej :-)
Pozdrawiam Cię Serdecznie.
Życzę dużo zdrowia tej zimnej i mokrej jesieni.
-
Gość: rth, *.static-ip.telepacific.net
2016/10/13 21:31:19
@bluegirl - ja nie radze. :-)
Autorka ma oczeta szeroko zamkniete i tak jej troche chce dodac otuchy, chociaz widze, ze to prawie prozny trud. :-)
A te oczeta trzeba otworzyc, glowa ruszyc nie tylko w poziomie itd. Jestesmy otoczeni falszem, falszywa rzeczywistosc, falszywe dazenia, trzeba w tym calym falszu odnalesc siebie i isc prosto do swoich wlasnych celow. No, ale jak sie ma oczeta szeroko zamkniete - to jest problem dostrzec te cele. Zawsze trafia sie jakies dyrdymaly w internecie do ogladania - taka codzienna dystrakcja, szum w ktorym dobre slowo znika na zawsze. Oczy powinny miec wbudowany filter antyszumowy i wtedy sie naprawde otwieraja. To dotyczy nie tylko autorow blogow, ale i komentujace bluegirle. Caluski.
-
Gość: bluegirl, *.dynamic.chello.pl
2016/10/15 10:30:44
Dziękuję, nie jaram zioła :D A za niezapowiedziane całuski potrafię palnąć.
Praca jest po to, żeby mieć chlebek i masełko do tego chlebka, i dobrze, żeby przy okazji nie było w niej przykro. Są to dążenia zupełnie realistyczne, o czym się człowiek przekonuje, gdy nie ma ani chlebka ani masełka. Prócz tego warto mieć ciepłe łóżko, czyste pranie i możliwość zrelaksowania się na spacerze. Przez ostatnie dwanaście lat uprawiam tę filozofię z lepszym lub gorszym skutkiem. Mam męża, kota, prawo jazdy i dla ogółu jestem jednostką funkcjonalną, żyjemy sobie we dwójkę zupełnie komfortowo. Ludzie mi zazdroszczą, nie wiedząc, jak ciężko na to pracowaliśmy. Ale da się.
-
Gość: dfs, *.static-ip.telepacific.net
2016/10/18 01:08:46
No dobrze, blue girl, ale czy po tych wszystkich latach odnalazlas sama siebie? Bo widzisz, trudno sie nie zgodzic z twoja argumentacja, poniewaz w gruncie rzeczy mowimy podobnie - ale mnie chodzilo o cos wiecej - a swiatlo w tunelu, cel w zyciu, wlasny sens. Tego nie odkrywa sie po 12 latach filozofii. Niestety wiekszosci nie udaje sie to w ogole, a mniejszosc ma szanse zaistniec dopiero gdzies przed emerytura. I nie ma znaczenia kobiecy punkt widzenia, czy meski. Wszyscy tak maja. Ja na przyklad zauwazylem, ze praca to najgorsza rzecz jaka sie czlowiekowi w zyciu trafia. Najwieksza strata czasu. Najglupsze co mozna robic, to pracowac dla kogos. Czy to komus pomoze? Nie. Kazdy musi sam dojsc do tego, co mu pasuje i co lubi, i do jakiego stopnia moze sie dostosowac, a osoba z ASD ma taki stopien niedostosowania spolecznego, ze musi te swoje cele okreslac i poszukiwac wielokrotnie silniej, szybciej i madrzej, bo inaczej nie bedzie szczesliwa nigdy. Nie majac ASD nie masz nawet szans na zrozumienie takiej osoby, poniewaz skala doswiadczenia ci sie skonczy. I nie robie pretensji ani nic - tylko stwierdzam fakt - po prostu tak jest. Kazda praca jest w takiej sytuacji czyms dramatycznym i traumatycznym. Ludzie tego nie rozumieja.

Osoby z ASD maja bardzo interesujace doswiadczenia - zawezone i glebokie zainteresowania w jednych dziedzinach, ale rownoczesnie niestety braki w innych trywialnych sferach zycia. I te braki determinuja problemy i konflikty. Czasem najtrudniej znalesc wine w samym sobie, nawet majac pamiec i percepcje absolutna.

I zwroce twoja uwage na taki drobny fakt, ze napisalas, ze masz cos, o czym autorka bloga mysli i byc moze pragnie i marzy, a jest to dla niej w obecnej sytuacji najwyrazniej nieosiagalne, co moze wzbudzac w niej pewne negatywne odczucia - czyli piszac to do mnie - trafiasz tekstem w kogos innego.

W mojej ocenie czytanie waszych komentarzy w odpowiedzi do artykulow jest bardzo interesujace wlasnie ze wzgledu na to totalnie niezrozumienie sytuacji i rozmijanie sie opinii.
Kazdy mysli cos innego i nikt tak naprawde nikogo nie slucha. Kompletny brak wzajemnego zrozumienia.
-
Gość: bluegirl, *.dynamic.chello.pl
2016/10/23 09:57:01
Zawsze byłam bardzo konkretnie mną. Nigdy się nie zgubiłam.
Takie wbijanie w poczucie winy wszystkich rozmówców dookoła jest dość paskudne. To coś jakby szantaż emocjonalny. Nikt nic nie musi.
Jeśli to, co napisałam zabrzmiało niejasno albo niefajnie, wytłumaczę autorce bloga: dla nas dochodzenie do względnej stabilizacji życiowej może trwać dłużej i być trudniejsze, ale warto o to walczyć, bo nic się nie marnuje w przyrodzie. Nie zawsze tę walkę widać z zewnątrz - widać efekty - ale ty najlepiej wiesz, ile wkładasz pracy w to, co robisz. Dwie osoby z ASD, które znam, pracują w dziedzinach związanych ze swoimi szczególnymi zainteresowaniami i u nich akurat to działa (są świetne!), tak, że każdy jest inny. Może o to chodzi z tym "odkrywaniem siebie". Tak, że, teges, będzie dobrze i wiem o tym :)
-
Gość: Serena66, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2016/10/23 20:37:30
Zastanawiam się czy na rozmowach jest waźna mowa ciała.
Nie bardzo umiem się do tych rozmów przygotować. Nie wiem jak. Nie chodzi o poczytanie sobie o firmie ale prezentacja siebie na rozmowie.
Załamują mnie też porażki. A 6 miesięcy już bez pracy jestem.
-
Gość: dfg, *.static-ip.telepacific.net
2016/10/25 00:54:49
Serena - na rozmowie nie prezentujesz siebie, tylko sposoby na ktore mozesz sie potencjalnemu pracodawcy przydac i ile to kosztuje. Rozmowa kwalifikacyjna to automat. Mozna sie przygotowac jak do rozprawy rozwodowej - tylko trzeba wiedziec co sie chce i miec odpowiedniego adwokata. Porazka zalamuje wtedy, kiedy nie wie sie dlaczego poszlo zle albo ma sie zla opinie, bez konkretnego dowodu. Pomaga nagranie rekrutacji i potem omowienie krok po kroku z kims doswiadczonym pod katem poprawy bledow. Dam przyklad - spotkalem sie z opinia na temat rozmowy w konsulacie po wize. Kandydatka rozzalona i wsciekla przyszla i narzekala jak to ja zle potraktowali na rozmowie, jak ja przesluchowali i tak dalej. I mowi, ze po czyms takim na pewno wizy nie dostanie i tak dalej i nawet juz nie chce o tych wakacjach myslec. I w ogole zalamana, bo wydala kilkaset zlotych i "na pewno" nic z tego nie bedzie. A potem dokladnie i szczegolowo opisala jak perfekcyjnie i zgodnie z prawda odpowiadala na pytania. Prawde mowiac zrobila na mnie wrazenie tymi odpowiedziami. I nawet jak opowiadala, to mnie szczeka opadla. Mowila, ze ja tam przeczolgali, zaszczuli, obrazili i tak dalej. Ale odpowiadala wspaniale. Jak w interview w TV. I nie dosc ze dostala wize, to na dodatek dali jej 10 lat multi - takie dobre musiala na nich zrobic wrazenie. I dopiero jak jej uswiadomilem jak dobrze odpowiadala - to kobita zrobila wielkie oczy i zaczela wierzyc w siebie. Wszystko trzeba miec w zyciu starannie przemyslane - poczawszy od wizyty u dentysty, fryzjera i strony dystrybutora na stacji CPN a skonczywszy na kwalifikacji do pracy.

Bluegirl - sorry, ale nie do konca zrozumialem o co Ci chodzi w tej wypowiedzi. O tym szantazu i poczuciu winy. No w zab nie wiem o co ci chodzi. Ale to moze dlatego ze nie przez przypadek czytam takiego niekomercyjnego bloga - rozumiesz co chce przez to powiedziec. :-)

Jak powiedzialem, ze ludzie sie roznia, to mozesz mi uwierzyc na slowo, ze tak jest. Roznia. sie.
-
Gość: Ser, *.ap221.ftth.ucom.ne.jp
2016/10/29 14:53:03
Wracając do pytania Katji, o najdziwniejsze rozmowy kwalifikacyjne, 2 lata temu rozmawiałem o pracy (IT) z bardzo bogatą instytucją z Zatoki Perskiej, na początku rozmowa z kilkoma osobami na miejscu, później rozwiązywanie przez internet testu na inteligencję, z angielskiego i psychologicznego (te testy zajęły mi około 3 godzin) (inteligencja to normalna - szlaczki, a psychologiczny to pytania typu "kolega sobie nie radzi, co zrobię" albo "zobaczyłem rannego ptaka, co czuję" i tego typu pytania powtarzane po naście razy we wszystkich przypadkach), później kilka rozmów przez kamerę. Później zaproszenie (razem z rodziną) na miejsce. Gdzie następne spotkania z kierownikami wszystkich działów, no i ... "bardzo przepraszam, ale niestety musimy powtórzyć testy" i następne 2 godziny na testach a do tego godzinna rozmowa z psychologiem (pytania typu "co jest pana największym osiągnięciem" etc, itp, itd...). Pracy nie dostałem ale nie dowiedziałem się tak naprawdę dlaczego (tzn. odpowiedzieli ale jako że powód podali taki który mogli stwierdzić po przeczytaniu mojego CV... może nie spodobałem się psychologowi, albo któremuś z gospodarzy). Przyznam się, że nie narzekam, moja rodzina miała trochę luksusowych wakacji (ja poniekąd też, choć dużo krócej) za darmo.
Ale muszę przyznać, że w IT (nie w Polsce) nie spotkałem się z prawdziwie dziwnymi pytaniami (choć jak startowałem do Apple'a to rekruter poradził mi bym jak najwięcej dowiedział się o Apple'u i w razie czego mówił jak bardzo go "kocham", ale nie doszedłem do etapu gdzie było to potrzebne).

Mam też pytanie ... poza konkursem. Monty Python/IT Crowd są (nie tylko IMHO) bardzo śmieszne (przyznam się, że nie cierpię humoru który jest w tutejszej telewizji), a w większości informacji o ASD jest informacja o problemach z żartami... jak to jest?
-
2016/10/30 07:59:36
Hej Ser! Zacznę od Twego pytania do autorki, bo tez mam ZA :-) Odnośnie humoru to uwielbiam humor i żarty. Rozumiem ironie i sarkazm. Tyle, że jest pewien typ żartu niezrozumiałego. Dokładnie nie wyjasnie ale ludzie często stosują jako zart coś co jest normalnym, możliwym zdaniem. Nie wiem jaki dac przyklad... Np. mam dzialkę za miastem. Wszyscy wokolo wiedzą, że ten ktoś zartuje a ja łapie się tylko po ty, że się śmieją. I nie mam zielonego pojecia skąd oni to wiedzą. Gorzej kiedy rozmowa jest jak tu, w necie - taki żart jest nie do zlapania. A ludzie też łapią. Jak? Niepojęte. I nie mówię o sytuacji, gdy to bedzie np ironią czy sarkazmem, np skierowanym do zbyt wyzywająco ubranej koleżanki, ale o normalnie toczacej się rozmowie. Np. Przyjade do Ciebie. Ktoś mówi. Ja zapraszam, to pewnie kiedyś wpadnij. A on, że to żart. I bądź tu mądry.
Na szczęście od pewnego czasu mam przyjemnosc obracać się w kregach, ktore nie żartują w taki sposób. Żartujemy raczej w stylu Monty Pytona albo bawimy się slowami, co uwielbiam. :-)
Z kolei ja mam pytanie do autorki, nie tylko z ciekawości, bo ciekawam, choc też, ale i dlatego, że chcialabym kiedyś wspolnie z koleżanką, psychologiem, napisać powiedzmy coś w rodzaju "podrecznika" o poruszaniu się wśród NT :-) Powiedz mi proszę, czy tak faktycznie poczułaś prxy jednej z tcy rozmów, że "widok za oknem byl ciekawszy"? Bo ja mam inaczej z tym. Jeśli rozmowa jest nudna albo trudna opuszczam wzrokiem rozmowcę ale to dlatego, że próbuję nadążać, skupić się. Wyłączam więc bodźce które są niepotrzebne, skupiajac się max na rozmowie. A to znaczy, że wyłączam wizję. Czyli nieważne czy patrze za okno, czy na ścianę. Ja i tak nie mam pojecia na co patrze' bo defacto- nie patrzę. :-) Jak to jest u Ciebie?
-
Gość: tlusta_papuzka, *.rev.sfr.net
2016/11/11 20:50:52
-
Gość: tlusta_papuzka, *.rev.sfr.net
2016/11/11 20:51:39
*a propos...
-
2016/11/23 21:33:55
Jeśli chodzi o punkt 10 to tutaj może niepotrzebnie odpuściłaś - no chyba,że nie zamierzali płacić. Kibli raczej by ci nie kazali czyścić a nawet jeśli, to mówisz PO PRZYJĘCIU,że tego akurat nie masz w umowie i że zarzygasz im ten kibel albo odejdziesz.Wtedy by chyba musieli odpuścić.

A okres zatrudnienia do CV i kasa by ci się pewnie przydały.Fakty są niestety takie,że w naszym kraju z pracą to problem ma KAŻDY oprócz rodzin urzędników,polityków i reszty tzw."elit",a nawet oferty za minimalną bez doświadczenia są trudne do otrzymania.Już nie wspominając o pracy.Dopiero jak ktoś ma te 2-3 lata doświadczenia to ma szansę na porządne oferty i pracę.

Możesz stwierdzić Katja.asd,że ja nie mam ambicji. Możesz stwierdzić,że wypisuję dyrdymały i że krytykuję (no trochę owszem,sorry). No ale fakty są takie,że też miewałem tą "przyjemność" chodzić na rozmowy bez skutku.Obecnie - przypuszczalnie przez dłuższy okres bez zatrudnienia - coraz rzadziej mnie zapraszają i to jeszcze na takie "stanowiska",że szkoda pisać.Żyjemy niestety w Polsce.Tu nawet typowy neurotypowy cwaniak "nie zna dnia ani godziny" swej prywatnej zatrudnieniowo-płacowej apokalipsy.A gdy ta nastąpi to przysłowiowe "od Annasza do Kajfasza". Osobiście myślę wręcz o wyjeździe,tylko że się boję.Bardzo.
-
Gość: Rysio, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2016/11/26 17:17:01
W latach 90-tych mimo młodego wieku miałem duże doświadczenie programistyczne, własną wydaną grę itp. Rozmowa w sprawie pracy, firma znacząca w regionie sami prezesi/kierownicy na rozmowie i moje pogrzebowe pytanie:
-Ile będę zarabiał?
-Szukamy młodych ludzi, którzy chcą się wyżyć programistycznie.
-Czyli ile konkretnie?
-Młodzi ludzie tylko o pieniądzach, tworzymy w spaniałe projekty taki i takie i jeszcze wspanialsze.
-Może Pan podać kwotę?
-No to zależy wszytko od Pana, promujemy młodych prężnych programistów.
-Czyli jaki zakres kwotowy?
-Wy młodzi to od razu chcielibyście wiedzieć.. bla bla bla
No cóż nie dowiedziałem się ile mam zarabiać zanim nie podpiszę umowy. Oczywiście ich olałem. Kumple, którzy się skusili pracowali za najniższą krajową +300% premii jak uwiną się przed deadline'm. Dziś jeden z moich domowych projekcików o dziwo pokrywa się tematyką z jednym z ich przedsięwzięć, ale są daaaaleko w tyle. Gdyby mnie zatrudnili może by byli kilkanaście lat do przodu, ale nie wiem czy bym tam wytrzymał do dziś :)
-
Gość: 975975975, *.dynamic.gprs.plus.pl
2016/12/14 16:50:11
Moje główne doświadczenia z nieudanych rozmów kwalifikacyjnych pochodzą z czasu, gdy każdemu było ciężko znaleźć pracę (przedunijny początek lat 2000-nych) i regionu, gdzie niektórym do dziś jest ciężko ją zdobyć. Najważniejsze, czego mnie nauczyły, to nie traktować odrzucenia osobiście, i nie wierzyć w podawany powód odrzucenia. Ludzie nadzwyczaj często mają niejawne polityki zatrudnienia, których się krępują, a czasem nie są do końca świadomi ("nie zatrudniamy kobiet bo uciekają na macierzyński", "zatrudniamy tylko osoby ładne", "rekrutacja to ściema, i tak musimy zatrudnić syna / córkę profesora, posła, kierownika", "nie zatrudniamy formalistów, bo nie dajemy umów", "zatrudniamy tylko głupszych od siebie", "zatrudniamy tylko osoby z polecenia", "zatrudniamy tylko osoby z innym tytułem ubezpieczenia, żeby nie płacić składek"). A podają preteksty, zwykle oskarżycielskie, bo to im pozwala zrzucić problem na kandydata, np. "nie poradzisz sobie w tej pracy, bo jesteś zbyt: chory / milczący / gadatliwy / wrażliwy / prosty / delikatny / gruby / chudy / spokojny / szybki / roztargniony ... etc (wybierane zazwyczaj dość losowo). I osiągają to, że niedoszły pracownik szuka przyczyny w sobie, gdy tak naprawdę jest ona poza nim. Zaczyna udowadniać, że wytknięta mu cecha nie byłaby przeszkodą w pracy (bo nie byłaby), ale to nie ma najmniejszego znaczenia, bo nie ta cecha była przyczyną odmowy. Lepiej jest zostawiać to w tyle za sobą, olewać niedoszłych pracodawców, iść do przodu i szukać miejsca faktycznie dla siebie. Jeśli się pojawi, to dotychczasowe przeszkody stracą nagle znaczenie. Moja pierwsza udana rozmowa kwalifikacyjna wyglądała tak, że po podaniu CV zapadło obopólne milczenie, potem przyszły szef przyczepiał się do różnych fragmentów, moje odpowiedzi były typu dukającego i jąkającego, po czym spytał "to kiedy możesz zacząć?", na co moja odpowiedź "w zasadzie od razu" - i po 45 minutach zatrudnienie stało się faktem. Bo oni naprawdę nie mieli nikogo na to miejsce. A jak się wkrótce okazało, że radzę sobie dobrze (bo na dłuższą metę liczy się zupełnie co innego niż pierwsze wrażenie), podpisaliśmy umowę na czas nieokreślony. Po kilku latach warunki się zmieniły, przestała mi pasować ta praca i odtąd pracuję na własny rachunek (działalność gosp.), co ma swoje zalety i wady, ale to już inny temat :-) Tak więc, najważniejsze, to nie fiksować się na swoich prawdziwych czy urojonych ułomnościach, i iść do przodu. Czego wszystkim nam życzę :-)
-
Gość: LT, *.e-sbl.net
2017/01/25 22:53:30
Tak, pomijając już lawirowanie między umową o pracę ze stawką 2000 zł brutto (ale dopiero po miesiącu pracy na zleceniówce) po 20-to minutowy wywiad do sklepu ze stanikami, którego nie doczekałam, bo miałam dość stania w kolejce, jak na kastingu do Tap Madl.