Mam autyzm i nie zbieram pieniędzy na konto. Za to piszę, co mi się podoba.
Blog > Komentarze do wpisu

CO NAS NIE ZABIJE, CZYLI JESTEM SAWANTEM

 

Ogłuchłam tydzień temu. Byłam na wakacjach nad jeziorem, chlupałam się w wodzie, spacerowałam po Borach Tucholskich i napieprzałam kajakowymi wiosłami po kilkanaście kilometrów. Pewnego ranka obudziłam się ze straszliwym bólem ucha. Pojechałam do najbliższego miasta i kupiłam krople w aptece oraz nową część Millennium w księgarni.

Ból ucha minął, ale przestałam słyszeć. Na szczęście nie całkowicie, jak się skoncentrowałam, to dało się porozmawiać. Trwało to kilka dni. Zdążyłam wrócić do domu i odebrać telefon z firmy rekrutacyjnej. Po raz kolejny ktoś chciał mnie zatrudnić na słuchawce przy obsłudze klienta zagranicznego. Nienawidzę rozmawiać przez telefon, zwłaszcza z obcymi ludźmi. A już na pewno nie z porządnym niedosłuchem.

Kij tam jednak z głuchotą - laryngolog naprawił mi uszka i już jest w porządku. Zastanawiam się jednak co kieruje tymi ludźmi, że chcą mnie zatrudniać w obozie pracy przy wciskaniu kitu callcenter. Już chyba wolałabym jeździć mopem, przynajmniej nie trzeba rozmawiać. Jednak... po cholerę mi wykształcenie techniczne, języki i mózg przetwarzający kosmiczne ilości danych? Praca na słuchawce? Serio?

 

 

 

 

Niełatwo emanować zjebstwem. Możesz wtedy rozwiązywać dziesiątki tego typu zagadek, a i tak gówno z tego wyniknie.

Niełatwo być sawantem autystycznym.

W nowym Millennium sawantyzm autystyczny odgrywa dużą rolę. Autor przedstawił to w maksymalnie stereotypowy sposób, czyli upośledzone dziecko z autyzmem, brak mowy, walenie głową w ścianę i niesamowite zdolności. Rzeczywistość jest nudna i tak nie wygląda, no ale z drugiej strony, kto chciałby czytać nudną książkę?

Pojawienie się motywu sawanta w książce było ciekawym zbiegiem okoliczności, ponieważ dwa tygodnie wcześniej odkryłam, że sama również mogę być sawantką. Od razu zastrzegam, że jest to wyłącznie niepotwierdzona hipoteza. Ale jeśli czyta to jakiś spec od mózgu i chce przeprowadzić testy, to proszę o kontakt.

 

 

 

 

 

Ale o co chodzi?

Otóż odkryłam niedawno, że prawdopodobnie cierpię na hipermnezję. Cierpię w bólach i męczarniach, rzecz jasna, dokładnie tak jak na autyzm.

Jakby ktoś się jeszcze nie domyślił: nie cierpię tak naprawdę. Autyzm nie sprawia mi problemów, one pojawiają się dopiero w kontaktach z ludźmi, którzy dostrzegają inność i odrzucają mnie, celowo wprowadzają w błąd lub dręczą mnie sensorycznie. Hipermnezja też mnie nie boli. Problemem jest czynnik ludzki, czyli ciągłe oskarżenia o kłamstwa, które pojawiają się, kiedy opowiadam o wydarzeniach sprzed dwudziestu lat jakby wydarzyły się wczoraj.

Jeśli już mowa o wydarzeniach sprzed dwudziestu lat, to moje wakacje w Borach Tucholskich były częściową rekonstrukcją moich pierwszych kolonii w 1995 roku. Odnalezienie ośrodka, w którym wówczas mieszkałam, zajęło mi parę minut. Doskonale pamiętałam wygląd budynków, układ pokoi, trasy i wycieczki. Nic, tylko jechać. No to pojechałam.

 

 

 

Cierpię na straszliwe zaburzenia.

 

 

Pewnie chcecie wiedzieć jak to się stało, że dopiero teraz wpadłam na to, że cierpię?

Kiedy już zarezerwowałam sobie pokój w ośrodku w Borach Tucholskich, usiadłam nad mapą satelitarną i postanowiłam wyszukać wszystkie miejsca, w których kiedykolwiek byłam na wakacjach. Nie mylić z koloniami, bo na te zaczęłam jeździć dopiero w 1995 roku. Wyszukiwałam sobie miejsca, które odwiedziłam od 1990 roku (dla przypomnienia jestem rocznik 1988). Nie zawsze pamiętałam adresy, ale nie było to problemem - pamiętałam otoczenie, przebywane trasy oraz najważniejsze - jak dojść do ośrodka np. z centrum miejscowości, znad jeziora itp.

Wszystko było formalnością. Przy okazji zobaczyłam jak bardzo zmieniły się te miejsca.

Fotografia ruin poniżej to hotel w Nadolu nad Jeziorem Żarnowieckim. Byłam tam na wakacjach w 1990 roku. Postanowiłam zweryfikować swoje wspomnienia, więc zawołałam matkę, pokazałam jej zdjęcie (inne, nie dałam go tu ze względu na słabą jakość) i zapytałam, czy mieszkaliśmy w tym pokoju. Okazało się, że tak. Wzięłam kartkę i narysowałam plan budynku oraz układ mebli w pokoju. Wszystko się zgadzało.

Pojeździłam sobie po okolicach i znalazłam przebyte dawno temu trasy wycieczkowe, miejsca w których były place zabaw, odwiedzane sklepy. Moje wspomnienia były tak cholernie żywe.

 

 

 

 

 

 

Poszukałam sobie ciekawych treści o ludzkiej pamięci i odkryłam, że większość ludzi może przywołać jednocyfrową liczbę wspomnień sprzed 7. roku życia. Że co? Przecież ja mogłabym napisać o tym książkę o grubości cegły. A o późniejszych to już w ogóle całą sagę. Nie żeby ktokolwiek chciał to wszystko czytać, bo to straszne nudy - no ale dałoby się zrobić.

Jednym z rodzajów pamięci jest pamięć autobiograficzna, która doskonale pasuje do tego typu wspomnień. Okazało się, że mało kto dysponuje świetną pamięcią tego typu. To zjawisko nazywa się hipermnezja i jest bardzo rzadkie.

Nagle wszystko zaczęło mi się układać. To nie ludzie wokół mnie są upośledzeni lub leniwi. Do tej pory tak uważałam - że są mało inteligentni lub nie chce im się ruszyć trochę mózgiem i przypomnieć paru spraw. Nie są też wrednymi mendami, które uwielbiają się czepiać i zarzucać kłamstwo lub powtarzanie relacji rodziców. To ja tu jestem sawantem, chociaż mój sawantyzm jest taki trochę z dupy, bo pamiętam tylko ze szczegółami swoje nudne życie. To nie są operacje w pamięci na ogromnych liczbach, recytowanie pi do iluśtysięcznego miejsca po przecinku (znam tylko osiem) ani rysowanie fotorealistycznych obrazów z pamięci. Do tego dochodzi prozopagnozja, która wypacza nieco moje zdolności.

W tym momencie przypomina mi się kawał, który kiedyś zobaczyłam w internecie:

-273,15°C
Absolutne zero. Ustaje ruch cząstek elementarnych.
Lapończyk, ssąc kawałek lodu, przyznaje: "No, mamy troszkę większą zimę". 

Mogę go sobie przerobić tak:

Rok 2015.
Katja, opowiadając swoje przygody ze żłobka, przyznaje: No, mam trochę lepszą pamięć.

 

 

 

 

 

Nieraz się zdarzało, że ludzie pytali mnie, czy z racji ASD mam jakieś sawanckie zdolności. Zawsze odpowiadałam, że nie... no, może tak trochę. Przecież mam wbudowany słownik ortograficzny i nigdy nie robiłam błędów, ale to dlatego, że dużo czytam od wczesnego dzieciństwa. Teraz się okazało, że chyba muszę zmienić odpowiedź na to pytanie. Podkreślam jeszcze raz, że chyba - nie zostało to jeszcze potwierdzone. Na razie mam tylko wyjaśnienie dziwnego zjawiska, z którym zawsze miałam do czynienia.

Nieraz mówię znajomym mi osobom w sytuacjach, kiedy pamiętam coś doskonale, a oni nie:

Wasze marne ludzkie mózgi, pamięć dziurawa jak sito.

Oczywiście mówię to tylko dla żartu i tylko do dobrze znanych mi osób. Wiem, że postronni pewnie strzeliliby focha. Ale teraz już wiem, że jest to całkiem uzasadniony tekst.

 

 

 

 

 

Jeśli zaczniecie czytać o hipermnezji, to na pewno zauważycie, że osoby z tym ciężkim zaburzeniem są opisywane jako skrajnie introwertyczne i żyjące w przeszłości. Tak właśnie jest. Żyję przeszłością, ale dzięki temu mogę opisywać na blogu wydarzenia z mojego życia jako dziwacznego dziecka z autyzmem i odpowiedzieć na pytania, dlaczego czyjeś dzieci mogą reagować w taki a nie inny sposób. Dla mnie to całkiem świeże wspomnienia.

Trudno też nie żyć przeszłością, kiedy dawne wydarzenia ciągle wracają do głowy i są niesamowicie szczegółowe i realistyczne. Zwykły człowiek już nic nie pamięta. Dla mnie to wszystko wydarzyło się niedawno.

Obrazek powyżej pochodzi z serialu Zapisane w pamięci (Unforgettable), który opowiada o policjantce cierpiącej na hipermnezję. Obejrzałam już jeden odcinek i niedługo zabiorę się za kolejny. Jest to film, więc wiele rzeczy jest ponaciąganych, ale i tak fajnie się ogląda. Zachęcam, zwłaszcza że Mr Robot już się skończył. Zachęcam też do czytania nowego Millennium, jeśli chcecie coś o typowych sawantach i ASD. W tej części pojawiają się aż trzy osoby ze spektrum - Lisbeth, August i Frans.

Książka nosi tytuł Co nas nie zabije i wpisuje się w model x som y. Widziałam gdzieś opinie, że tytuł nie pasuje do reszty serii, ale wystarczy zobaczyć tytuł oryginału, żeby przekonać się, że tak nie jest. Dosłowne tłumaczenie brzmiałoby To, które nie zabije nas (det som inte dödar oss) i jeśli komuś brakuje tego słówka które, to niech sobie zaklei tytuł i wpisze właśnie to.

A ja sobie mogę powiedzieć: co nas nie zabije... będzie powracało przez resztę życia.

 

 

 

czwartek, 03 września 2015, katja.asd

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2015/09/03 22:02:45
Szybki rzut oka na internet wykazał, że jako zespół sawanta definiowana jest sytuacja, gdy "osoba niepełnosprawna intelektualnie jest wybitnie uzdolniona (geniusz), co jest zazwyczaj połączone z doskonałą pamięcią."
pl.wikipedia.org/wiki/Sawant

Więc sama dobra pamięć nie wystarczy. Zwłaszcza że ja też mam doskonałą pamięć i odtwarzanie dawnych miejscówek wakacyjnych nie stanowi dla mnie problemu. A nie jestem osobą niepełnosprawna intelektualnie.
-
2015/09/03 22:14:10
A już na angielskiej wiki nie trzeba być upośledzonym, a polska gubi się w zeznaniach przy Danielu Tammecie. Artykuł o hipermnezji nie zakłada upośledzenia w żadnym języku :P
-
Gość: Teofano, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2015/09/03 22:32:50
A wiesz, mój Młody też potrafi przywoływać wspomnienia z bardzo wczesnego dzieciństwa z fotograficzną wręcz dokładnością. Ale ma świetną pamięć w ogólności i u niego to przywoływanie detali wspomnień wydaje mi się raczej elementem całej tej dobrej pamięci, niż czymś wyjątkowym.
Pytanie więc na ile u Ciebie to "hiper" a na ile cecha dobrej pamięci ogólnej, sprzężonej z ZA. Badanie MRI zapewne mogłoby sporo wyjaśnić.

A jeszcze co do pracy - współczuję propozycji... Praca na słuchawce prawie tak dobra dla ZA jak w recepcji ;)
-
2015/09/04 00:18:52
nie wiedzialam, ze tak sie toto nazywa. Tez pamietam szczegoly sprzed 37 lat, ale sa to raczej przeblyski i jakby fragmenty filmu w obrebie kilku minut. No bo tak wlasnie moje zycie wyglada, jak ogladanie filmu, jakbym w oczach miala kamere, ktora rejestruje wszystko co widzi, robiac zblizenia na najdziwniejsze szczegoly. Prawdopodobnie bylabym w stanie dokladnie odtworzyc wszystkie skrzyzowania na trasie Mielec- Warszawa, ktora przejezdzalam zanim skonczylam 6 lat. w sumie jakos nigdy mi sie to dziwne nie wydawalo. Maz sie smieje nieraz, ze z mlodym dogadujemy sie polslowkami, bo widzac obrazami wystarczy, ze on wspomni o jakims szczegole sprzed 4-5 lat, a ja dokladnie wiem co, gdzie i z kim :D Bardziej intryguja mnie fragmenty w mojej pamieci, ktorych rzekomo nie mam prawa pamietac, bo ponoc nie wydarzyly sie w moim zyciu, podobnie z sytuacjami, ktore mialy miejsce, ale nikt nie jest w stanie ich zweryfikowac, bo albo nie pamietaja, albo pamietac nie chca, a ze ja mialam wowczas 3-4 lata, to trudno wymagac od innych zapamietania akurat moich szczegolow ;) Pamiec mam typu fotograficznego, wyuczonych na bazie tekstow rzeczy mnooooostwo zapomnialam. Kiedys tlumaczylam pani psycholog, ktora chciala poznac zarys historii mojego dosc barwnego zycia, ze moje wspomnienia, to jak ogroooomna mapa w moim mozgu. widze ja z gory, gdy przypomne sobie jakis szczegol, najpierw otwieram odpowiednie miejsce, potem przyblizony czas (nie pamietam dat, pamietam perspektywe z aktualnego wowczas wzrostu, oczywiscie dotyczy to tylko wspomnien z dziecinstwa), potem dopiero pudelko z konkretnym filmem. Za nic kobieta nie byla w stanie za mna nadazyc, na szczescie trafilam potem na bardziej kumatych ludzi :D wydaje mi sie, ze ten typ pamieci jest dosc typowy dla ludzi myslacych obrazami i akurat w moim przypadku do hipermnezji mi na pewno bardzo daleko. A juz zwiazku z bycia sawantem zadnego nie widze. Ale moja pamiec, nawet ta osobista jest dziurawa, zawiera szczegolowe fragmenty, ale nie potrafilabym np dokladnie zrekonstruowac wiekszosci dni od momentu przebudzenia do zasniecia, zwlaszcza wspomnienia z tego samego miejsca i zblizonych okolic przyrody zdarzaja mie sie mieszac.
-
Gość: Nerd, *.centertel.pl
2015/09/04 00:31:27
Katju - z wykształceniem technicznym, znajomością języków obcych i pracą w "swoim fachu" to jest tak, że może się ona jedynie pozornie wydawać atrakcyjna. Jako przykład podam, że w liceum byłem bardzo dobry z matmy i jakoś do mnie przyległa opinia zdolniachy. Wszystko do czasu... Gdy poszedłem na studia pojawiły się zmiany. Główna to rozbicie matematyki na działy (logika, teoria mnogości, algebra liniowa, algebra abstrakcyjna, analiza matematyczna, algorytmika, matematyka dyskretna, rachunek prawdopodobieństwa). Kolejna istotna zmiana to rozbicie na wykłady i ćwiczenia. No i pojawiły się schody. Okazało się, że wcale nie lubię całej matematyki, ale tylko te bardziej smakowite kąski, jak choćby matematyka dyskretna (lubię kombinować, zliczać jakieś obiekty). Algebra liniowa okazała się ubezwłasnowolnieniem, bo tam wszystko jest tak silnie zalgorytmizowane, że w zasadzie komputer może zastąpić człowieka. Nie ma jak się wykazać kreatywnością. W dodatku na wykładach trzeba kogoś słuchać i notować a nie atakować zadania. Ćwiczenia były OK. Chyba mam jakiś taki aktywizm we krwi. Gorzej - wykłady programowo rozjeżdżały się z ćwiczeniami, co powodowało, że dla nowo wprowadzonych, wysoce abstrakcyjnych pojęć, brakowało mi reprezentacji umysłowych. Ja potrzebuję kilkunastu konkretów (desygnatów pojęć - to się robi na ćwiczeniach), żeby wytworzyć sobie w umyśle ideę ogólną. I co najważniejsze - ta sama matematyka uprawiana w warunkach domowych, we własnym pokoju, przy herbatce, bez naglących terminów może wydawać się fascynująca. Gdy wpadasz w zewnętrzny rygor, ograniczenia czasowe, gdy ktoś Tobie narzuca metody działania, to pasja może stać się przykrym obowiązkiem. Wtedy nie masz czasu na delektowanie się tematem, nie możesz się cieszyć, gdy coś się Tobie uda. Ja na przykład lubię po wymyśleniu rozwiązania jakiegoś problemu przebiec się galopem po domu, poskakać, napić się czegoś, włączyć muzę. Jestem wtedy wniebowzięty.
A w firmie? Należy zachować spokój, nie ma jak odreagowywać emocji. I niestety - bezruch powoduje, że emocje zaczynam tłumić przy pomocy blokad mięśniowych (tak jak w aleksytymii), albo przebieram nogami pod biurkiem. Efekt jest taki, że trudno jest mi się skupić na dalszych zadaniach, bo jestem nadmiernie pobudzony. Kończy się to wypaleniem zawodowym, nerwicą i ostatecznie depresją.

Znam osobiście ludzi, którzy zostali otumanieni korporacyjną propagandą. Języki obce, dyplomy MBA, studia techniczne, kasy full. Nadeszła czterdziestka i załamanie nerwowe. Ciągłe uczucie, że robota niegdyś fascynująca nie cieszy. Kasa niby jest, ale pojawia się pytanie: po cholerę? Kark sztywny, oddech płytki, kłucie w klatce piersiowej. I co się okazuje? Że typy, nawet z doktoratami, lądują na zasiłku. Rok, albo dwa bez roboty. Dobrze, jak mają trochę grosza odłożonego. I jest dramat, bo co - wrócić tam? A w życiu! Najchętniej kupiliby ziemię na wsi, parę krówek, trochę kurek, może własny ogródek. Jednak prestiż nie pozwala. I miotają się pomiędzy byciem niezadowolonym z życia, znerwicowanym, ale kasiastym yuppie, a wolnym, szczęśliwym, choć nie tak bogatym "wieśniakiem".

To są na prawdę ludzkie dramaty. Tym bardziej dla autyków, którym wydaje się, że są sprofilowani na całe życie i praktycznie nie mogą się przekwalifikować. Sam mam czasami obawy co by było, gdyby mnie taki stan dopadł. Niby jestem dobry w swoim fachu i zdaje się, że lubię to co robię. A może tylko wmawiam sobie, że to lubię, bo boję się spojrzeć prawdzie w oczy? Nie wiem jednak co bym począł, gdybym któregoś dnia stracił zapał i pasję. Tragedia, bo w każdej innej dziedzinie jestem niewykwalifikowany i musiałbym zaczynać od zera. Mógłbym co prawda sprzątać, prasować a nawet zajmować się dziećmi. Jednak sama przebudowa mentalności, pewne przewartościowania, poczucie utraty pozycji, to chyba ponad moje siły. Tu potrzebni są psychocosie.
-
Gość: Nerd, *.centertel.pl
2015/09/04 00:43:00
A czy czytałaś może "Patrz mi w oczy" i "Kaktus na walentynki"? Zarówno Robinson, jak i Schmidt, mierzyli z myślami o rzuceniu roboty. Robinson był przez jakiś czas menedżerem, ale zrezygnował, bo miał wrażenie że to stanowisko urzędnicze, zabijające jego naturalną kreatywność. Schmidt - zdaje się - nigdy nie został profesorem, bo wymagałoby to odeń sporych zdolności społecznych, których nie posiada. Owszem, kierował jakimś projektem, ale była to porażka.
-
2015/09/04 07:55:02
A ja mam to olbrzymie szczęście, że wiele z tego, co wydarzyło się w przeszłości zapominam lub upycham po zakamarkach mózgu i tylko czasem tam zaglądam. Nie chciałabym pamietać wszystkiego.
-
2015/09/04 09:56:53
Katja, szczęka mi opadła...
Rzeczywiście dzięki hipermnezji możesz nam sporo napisać o tym, jak odczuwałaś różne rzeczy jako dziecko, dzięki czemu możemy lepiej rozumieć nasze dzieci. Za co Ci dziękuję przy okazji :)
Ale musi to być też potwornie trudne... Pamiętać złe rzeczy też, o których chciałoby się zapomnieć. No i sama ilość informacji chyba bardzo obciąża sensorycznie, podobnie jak ogrom danych może zawiesić system... Trzeba to przecież jakoś ogarniać: co ważne, co nie, jakie są relacje między różnymi zdarzeniami, które na które wpłynęły... Nic dziwnego, że wielu Aspich zostaje informatykami ;)
Z trzeciej strony: wiele problemów wynika z tego, że ludzie wypierają z pamięci złe zdarzenia -- zachodzą wtedy w psychice różne skomplikowane procesy, które powodują spustoszenie w życiu albo tej osoby, albo jej otoczenia. Np. ktoś nie pamięta, co dokładnie się wydarzyło, ale w sferze nieświadomości całe jego życie się wokół tego kręci... Czy przy hipermnezji tego zjawiska nie ma? Czy może ona nie działa w sferze psychologicznej?
Wiesz, ja nie mam hipermnezji, ale często mam wrażenie, że czuję jednocześnie sprzeczne rzeczy: radość z tego, co jest, stres z powodu skojarzenia tego z czymś, co było, nadzieję związaną z tym, co będzie jutro, stres z powodu tego, czym się akurat nie zajmuję, a może powinnam -- i mam jakieś takie ogólne poczucie braku dekoncentracji, dezorientacji, to bardzo męczy. Bywa to pożyteczne, bo dzięki temu często przetwarzam inną częścią mózgu coś, co pozwala mi lepiej planować, przypomnieć sobie o czymś, znaleźć rozwiązanie jakieś problemu w tle. Ale też prawie nigdy nie czuję się w pełni zrelaksowana, zawsze jest jakieś coś. Tak mi się skojarzyło z tym, co napisałaś.
-
Gość: Nerd, *.centertel.pl
2015/09/04 11:38:01
@renatka1 - z przykrymi zdarzeniami jest tak, że dzięki hipermnezji jesteśmy je w stanie prawidłowo zinterpretować, choć nie w czas. Dobra pamięć powoduje, że widzę różnicę pomiędzy niegdysiejszym postrzeganiem rzeczywistości (widzenie teleskopowe, wąskokątne) a dzisiejszym (widzenie panoramiczne). To jest ogromna różnica. Za młodu miałem wrażenie, że dzieciaki biegające po szkole nagle wyrastały, jak grzyby po deszczu, w sferze mojej prywatności (bliskie otoczenie ciała). Pojawiały się bez ładu i składu, jakby je ktoś teleportował. Czasem jakiś chłopak biegający po korytarzu albo zaczepił mnie ręką, albo próbował się chować za mną, żeby go kumpel nie złapał. Dostawałem wtedy szału, chciałem bić ludzi. No i te wieczne przepychanki słowne, czy ktoś walnął mnie celowo, czy - jak to mówili - "niechcąco". Na ogół doszukiwałem się celowości, bezczelności i złośliwości. Teraz mogę z powodzeniem ogarnąć zabawę kilku dzieciaków w piaskownicy i doskonale wiem co jest grane, kto kogo popchnął i czy było to zamierzone. Widzę też, że problemy związane z nieumiejętnością wykonywania pewnych czynności w dzieciństwie mają bardzo często podłoże w niezrozumieniu/niedoinformowaniu. To nie jest tak, że człowiek ma dwie lewe ręce. Często u dzieci z ZA ma miejsce jakiś taki dziwaczny brak pomyślunku. Dobry przykład to otwierana tortownica. Pamiętam sytuację, gdy wpychałem denko od tortownicy w ramę, ale to denko wsadzałem na odwrót - "do góry nogami". Złościłem się jak diabli, że nie mogę zapiąć klamry zaciskającej ściankę tortownicy. Wystarczyło denko obrócić i wsadzić jeszcze raz. Pamiętam te wkurzające pouczenia, że "myślenie ma kolosalną przyszłość", albo "nic na chama, tu trzeba pomyśleć, bo ktoś mądrzejszy widocznie tak to zaprojektował". Co gorsza - gdy mama mi tłumaczyła jak skręcać maszynkę do mielenia mięsa jednocześnie pokazując i mówiąc, to potrafiłem to później robić wyłącznie na podstawie tego co powiedziała, a nie pokazała. Wychodziło na to że polecenie jest niepełne, że nie da się tego wykonać, że nie wszystko zostało powiedziane - zupełnie, jakbym rozdzielił ścieżkę dźwiękową od obrazu. I te cyrki na poczcie, gdy dostałem polecenie wysłania listu poleconego. Tam trzeba było wypełniać takie karteluszki, wpisywać adres. I pojawiały się szopki, bo któregoś słowa nie rozumiałem. Zamiast pójść i zapytać kobietę w okienku (bałem się), próbowałem rozkminić co dane słowo znaczy na podstawie posiadanego zasobu słów - a nóż widelec jest podobne do innego, znanego słowa. Później okazało się, że adres odbiorcy jest zbyt długi, żeby zmieścił się w wymaganej liczbie kratek. No i klops. Co zrobić? Upychać po dwie literki w kratce? Problem pojawił się przy kodzie pocztowym miejscowości adresata, bo rodzice oczywiście posyłając mnie na pocztę, nie raczyli go zapisać go na kartce. Ujmując krótko - podali niepełne dane nie widząc w tym problemu. Wracam do domu na tarczy i od drzwi awantura: "bo trzeba było zapytać babkę o kod miejscowości, są przecież książki z kodami pocztowymi". A skąd ja mam to u licha wiedzieć, że różne miejscowości mają różne kody i że można to na poczcie uzyskać. W życiu bym się nie domyślił. To nawet trudno nazwać jakąś nieumiejętnością - to jest po prostu niedoinformowanie, brak wiedzy o otaczającym świecie. Dziwne tylko, że rodzice tego nie widzą. Im się wydaje, że człowiek dowiaduje się takich rzeczy z powietrza, albo może ma wkodowane tego typu informacje w genach, od poczęcia. Kolejny problem pojawił się przy następnej próbie wysłania listu poleconego, gdy należało wpisać adres zamieszkania odbiorcy (ulica, nr domu, nr mieszkania). Okazało się (nie wiedziałem tego), że facet mieszka w domku jednorodzinnym i że numer mieszkania jest zbędny. Byłem rozłoszczony, bo miałem wrażenie, że rodzice znów czegoś nie dopilnowali, że zapomnieli podać nr mieszkania a tam przecież jest napisane, że trzeba wpisać nr mieszkania. I znów dym uszami poszedł, wracam do domu przestraszony, że dostanę opiernicz. No i dowiaduję się, że przecież adresat mieszka w domku jednorodzinnym i adres mieszkania jest zbędny. A skąd mam to wiedzieć?
-
2015/09/04 16:04:27
@Nerd
Dzięki. Bardzo ciekawy opis Twojego patrzenia na rzeczywistość. A kiedy zacząłeś widzieć panoramicznie?
Tak, masz rację z tym "dziwacznym brakiem pomyślunku". Strasznie mi znowu trudno od jakiegoś czasu rozróżnić, kiedy mam od Młodej wymagać więcej czy wymagać czegoś innego, a kiedy zaakceptować to, co jest. Odróżnić choćby zwykłego lenia od deficytów. Dlatego takie informacje jak od Ciebie -- bezcenne. To o maszynce mi się podobało, bardzo jasne i logiczne. Sporo takich mechanizmów człowiek zaczyna stopniowo rozumieć na podstawie obserwacji, lektur, informacji od psychocosiów. Ale też u mnie (nie wiem, jak u innych) czasem występuje znieczulenie, biorące się z bardzo, bardzo częstego doświadczania silnych i mocno akustycznych reakcji emocjonalnych. Na wyłącznie mój własny odbiór tych sytuacji zdać się nie mogę.
A pamiętasz, kiedy zacząłeś jakoś bardziej świadomie i aktywnie pracować nad tym, żeby funkcjonować lepiej? Np. przewidywać jakieś sytuacje trudne, przygotowywać się do nich?
-
Gość: Nerd, *.centertel.pl
2015/09/04 22:03:18
@renatka1 - jeżeli chodzi o widzenie panoramiczne, to myślę że uzyskanie pełnoletniości to za mało powiedziane. Co najmniej od dwudziestego roku życia (może nawet później). Jak miałem ok. dwudziestki, to pamiętam, że jeszcze tresowałem się chodząc po mieście i czytając reklamy - dawałem sobie kilka sekund na wyciągnięcie informacji o reklamującej się firmie, lokalizacji, nr telefonu. John Elder Robinson w książce "Patrz mi w oczy" spisał swoje wspomnienia i doszedł do wniosku, że bliżej trzydziestego roku życia doznał wymiany okablowania mózgu. Przeglądał jakieś tam swoje projekty tworzone w wieku lat kilkunastu (chyba powyżej 15. roku życia) i miał nieodparte wrażenie, jakby to ktoś inny je tworzył. Myślę, że istotne zmiany zachodzą pomiędzy dwudziestką a trzydziestką. Trochę szkoda że tak późno, bo może to zahaczyć o studia lub nawet początki pracy, ale jest to proces trwały i przypuszczam że nawet nadmierne stymulowanie go nie przyspieszy. Pewne zmiany w mózgu aktywują się po prostu z opóźnieniem w takim, a nie innym wieku. To trochę tak, jakby ktoś wszedł w fazę dojrzewania w wieku 22 lat - pojawiłoby się owłosienie ciała, mutacja głosu, popęd seksualny. Można oczywiście młodziaków uczyć w "odpowiednim wieku" samoobsługi i całej tej reszty, ale wymaga to alternatywnego podejścia. Gdy dorosną, odrzucą te metody i będą robić to inaczej. Grunt to przetrwać ten okres. Gdybym robił prawko w wieku lat 18, miałbym spore problemy, najadłbym się stresu. W wieku 28 lat poszło jak z płatka.

Natomiast odnośnie złośliwości i buntu ze strony dziecka - trzeba zwracać uwagę na to, czy dziecko rozumie dlaczego ma się zachować tak, a nie inaczej. W przeciwnym razie będzie się czuło jak w świecie bezsensownych, irracjonalnych, okultystycznych praktyk, do których jest zmuszane siłą. Efekt jest taki, że narasta bunt, dzieciak staje się krnąbry, hardy, pyskaty i arogancki. Potęguje się to w wieku dojrzewania. To tak, jakby ktoś mi dorosłemu kazał się rozebrać i ganiać przez pół godziny wokół bloku. Uznałbym kogoś takiego za idiotę, a jakby mnie zmuszał, to bym po prostu pobił i skopał. Jest to o tyle ważne, że rodzic nie powinien wyjść w oczach dziecka na debila, bo grozi to utratą autorytetu. Jako przykład podam sytuację z zakazem wychodzenia z domu po 22:00. Dzieciak musi wiedzieć, że spowodowane jest to zagrożeniami, że rodzice martwią się o niego. Reguła musi być uzasadniona a nie pozostawać tępym, pustym dogmatem, którego się przestrzega na zasadzie "bo tak". Jak dorośnie, to zacznie filozofować, bo dlaczego o 21:59 wyjść można, a minutę później nie?
-
2015/09/06 10:47:58
Sytuacja w mojej kuchni: " Pamiętasz, jak w 197..." zaczyna mój Brat i tu mogę być pewna, że opisze kolor dywanu w mieszkaniu u państwa X, w którym chyba-bo ja nie pamiętam, że w ogóle -byliśmy w owym 197... przez pięć minut. A za chwilę okaże się, że nie pamięta o kartce na stole z trzema pozycjami zakupów koniecznych, które miał zrealizować aby powstał obiad, choć obecność kartki i jej przeczytanie ze zrozumieniem potwierdził maksimum pięć godzin wcześniej. W tym kontekście trudno mi się dziwić, że raczej nie przepadam za tego rodzaju 'sawantyzmem" prezentowanym przez trzech moich panów, z których jeden koncentruje się na "własnym nudnym życiu" a dwóch na wszelkich możliwych schematach konstrukcyjnych. W konsekwencji ja kupuję jajka i uszczelki oraz je wymieniam, choć aby to zrobić czytam schemat w wersji papierowej zamiast wyciągnąć go z pamięci. Taka pamięć jest "do niczego" bez narzędzia, takiego jak wyszukiwarki internetowe: dopiero umiejętność selekcji i nadawania wagi informacjom czyni jakąś wartość z bazy danych, jakakolwiek by ona nie była obszerna. Samo posiadanie takiej bazy to ot, ciekawostka. Wręcz marnotrawstwo-dysk zapchany a pożytku żadnego. Ot, tak sobie ponarzekałam :)
-
2015/09/06 11:42:53
@Nerd -- dzięki. W byciu z autystykiem trudne, a zarazem fascynujące jest to, że niczego nie można przewidzieć. Tak przynajmniej ja to widzę. Jest jakoś, a potem któregoś dnia zaczyna być zupełnie inaczej. Zwykle zmiana jest pozytywna -- fajnie. Ale nie ma pewności, że nastąpi, więc człowiek próbuje się jakoś na przyszłość przygotować, nastawić, zabezpieczyć... Jak, w oparciu o co? Czytam, co piszecie -- super. Ale moja córka obecnie nie sprawia wrażenia wybitnie inteligentnej -- wg Wechslera plasuje się średnio w dolnych rejonach normy, a i to przy przy korzystnej dla niej interpretacji. Niewerbalnie -- środek normy, werbalnie -- pogranicze normy i lekkiego, matematyka (i umiejętności życiowe z nią związane, jak planowanie, szacowanie, organizowanie czegokolwiek) -- nawet boję się myśleć myśleć gdzie. To się poprawia, poprzedni test dał gorsze wyniki. Może więc następny da lepsze. W ogóle nie wiem, co dalej. Mogę mieć nadzieję, że po 20. roku życia coś się zmieni, ale powinnam też jakoś ją i siebie zabezpieczyć na okoliczność, gdyby się nie zmieniło. A jak iść w dwie strony jednocześnie?
Nie jest też dociekliwa, nie próbuje na własną rękę zdobywać wiedzy, pracować nad tym, co źle jej idzie. Trzeba to wymuszać, jeśli jest ważne. Zachowuje się często, jakby w ogóle nie kojarzyła skutku z przyczyną. Ona ma deficyty, ale też nie uczy się prawie w ogóle -- myślę, że gdyby włożyła w coś minimum wysiłku, to jakiś efekt mimo deficytów by był. Prawdziwy problem to właśnie ten opór, niechęć, niemożność zaakceptowania czegoś, co jest inne, niż ona by chciała.
Konieczność różnych zachowań ona rozumie, na poziomie rozmowy nawet akceptuje -- planuje, obiecuje, że coś wykona, zgadza się, że tak jest lepiej. Po czym bardzo często robi coś innego, często po prostu nic. Ogląda filmiki na YT, gra, a kiedy jej zabiorę wszystkie elektroniczne gadżety, bo uznam, że to już przesada, to kładzie się i leży. Bywa, że po kilku, kilkunastu godzinach decyduje się zrobić to, co miała do zrobienia. Późnym wieczorem na przykład. Oczywiście tak nie jest zawsze, ale dość często. Lubi też pogadać o tym, co inni ludzie w jakiejś sytuacji powinni -- ale tak jakby jej te zasady nie dotyczyły.
W dodatku ma bardzo ograniczony zasób słów, jeśli chodzi o nazywanie swoich stanów emocjonalnych -- "Nie chce mi się" określa wszystko: to, że ma lenia, że coś jest za trudne, przykre, nudne, że jest zmęczona, że potrzebuje pomocy, że ma kompletnego doła i nie wierzy w powodzenie.
Kompletnie się w tym gubię. Zgodnie z tym, co piszesz, Nerd, powinnam założyć, że obecna sytuacja i tak jest tymczasowa i próby wychowania i tak nie dadzą trwałych sukcesów? I więcej odpuszczać?
@Katja -- sorry, że się tu rozpisuję, nie do końca na temat Twojego posta...
-
2015/09/06 18:08:22
@ renatka1:
Sprawdziłaś, czy Twoja córka nie ma depresji? AFAIK u autyków ona występuje bardzo często.
-
2015/09/07 08:49:19
@Wanderratte -- Zastanawiam się nad tym. Jak właściwie odbywa się sprawdzanie, czy ktoś nie ma depresji? Nie jest tak, że psychiatra po prostu uwierzy w to, co powiem?
To, co na moje oko przemawia przeciwko depresji, to to, że Młodą na ogół da się z tego stanu wyrwać, proponując jej coś, co jest dla niej przyjemne, albo zwalniając ją z robienia tego, czego nie chce robić. Często kiedy już uda jej się zmobilizować do ruszenia z miejsca, natychmiast poprawia jej się nastrój. Czasem też dobrze robi brak widowni (nie ma wtedy komu demonstrować swoich emocji, więc po cichu robi się swoje). Niepokoi mnie z kolei to, że ona działa niekiedy przeciwko sobie, np. posprzątanie pokoju zajęłoby, załóżmy, dwie godziny, a bunt przeciwko sprzątaniu pokoju może zająć osiem godzin i więcej, w czasie których ona nie robi nic sensownego ani przyjemnego, tylko się awanturuje albo siedzi i patrzy w okno/podłogę -- nie ma więc nic do zyskania, kompletnie nic. W końcu się mobilizuje, a po fakcie przyznaje rację, że to nie miało sensu. A po jakimś czasie znowu to samo... Nie podejmuje żadnych prób "uzdrowienia" sytuacji, np. przełożenia przykrego obowiązku na jutro, zrobienia sobie przerwy, posłuchania sugestii, jak coś zrobić lepiej. Jest po prostu "niebieski ekran"... Na pewno córka jest meteopatką, na pewno są okresy lepsze i gorsze. A czy to ma podłoże depresyjne... Tak jak pisałam, boję się, że mogę źle ocenić sytuację, a na podstawie mojej oceny psychiatra mogłaby przepisać leki, które też mogłyby powodować objawy niepożądane, nie od razu zadziałać czy tp.
-
Gość: Nerd, *.centertel.pl
2015/09/07 22:09:19
@renatka1 - ja będąc dorosłym mam takie nieodparte wrażenie, że otaczający świat to siedlisko niewoli. Wynika to w dużej mierze z tego, że jak mnie coś wciągnie, to jestem tak nakręcony, że ciężko mnie z tego stanu wyrwać, a czasem trzeba. Nie liczy się jedzenie (biorę w biegu pęto kiełbasy i suchą bułkę, żeby czasu nie tracić), czy wydalanie (nawet jak mnie ciśnie, to odkładam moment odejścia od biurka i pójścia do toalety). Wiem, nie zdrowo. Potrafię być tak pobudzony, że trudno mi przez 3-4 godziny zasnąć. Jak coś mi się uda i dla higieny zrobię sobie godzinny spacerek, to nie mogę spokojnie iść. Co chwila nachodzi mnie chęć podskakiwania, biegania tak z 200-300 metrów. Myślami jestem cały czas przy wykonywanej robocie. Gadam sam do siebie komentując to, co udało mi się zrobić. Oczywiście - nie samymi przyjemnościami człowiek żyje, jednak ja jestem hedonistą. Uważam, żeby życie miało sens, przyjemności powinny przeważać nad nieprzyjemnościami. Gdybym pozbawił się swoich fiksacji czekałaby mnie ciężka depresja, może nawet nerwica neogenna. To nie jest do końca tak, że są rzeczy ważne i ważniejsze. Owszem, pewne minimum niechcianych obowiązków trzeba odfajkować żeby przeżyć. Reszta to fanaberie nadające sens życiu. Ja jestem minimalistą w tym sensie, że wolę zrezygnować z dużego domu, żeby nie chrzanić się ze sprzątaniem, czy martwieniem się o kasę na opłaty. Być może mając chałupę 200 m^2 musiałbym pracować w dobrze płatnym zwodzie, którego jednak nienawidziłbym. Nie wyobrażam sobie siedzenia 8-10 godzin dziennie w robocie, której nie cierpię. Z czasem dopadłoby mnie poczucie bezsensu, niespełnienia, wypalenie zawodowe.
-
2015/09/07 22:33:46
Ludzie mi nie wierzą, gdy opisuję sytuacje, które mam żywe w pamięci z wieku 2,5 roku życia. Pamiętam też niektóre sny z tego czasu. Ba, ja podejrzewam, że pamiętam swoje urodzenie, mam w pamięci kafle w sali porodowej i taką czerwoną rozżarzoną sprężynę za metalowym panelem. Czułam, jak mnie czyjeś ręce podnoszą i gdzieś noszą. Dopiero niedawno odkryłam, że takie stały w szpitalach w latach 70, bo grzejniki nie działały. Od trzeciego roku życia to już w ogóle mam ciągłość. Lepiej pamiętam te czasy niż nudne liceum (kursowałam na tej samej trasie codziennie, mam niewiele wspomnień poza bryłą budynku). Do tej pory pamiętam dokładnie ośrodek wakacyjny w Giżycku (ostatni raz byłam tam mając 3,5 roku), pamiętam wygląd większości sklepów, pamiętam jak pilnowałam brata w głębokim wózku (miałam 4 lata). Czasem mnie te wspomnienia prześladują. Tak jak widok tęczy na rzęsach z okresu przedszkolnego. Miałam taką zabawę, patrzyłam w słońce mrużąc oczy i wtedy widziałam tęczę bardzo blisko siebie. Bawiłam się tak godzinami.

"kładzie się i leży. Bywa, że po kilku, kilkunastu godzinach decyduje się zrobić to, co miała do zrobienia. " - jakbym o sobie czytała. Niektóre rzeczy muszę dokładnie zaplanować, zanim zrobię. Do innych potrzebuję być w akuratnym nastroju, inaczej mi nie wychodzą. Nigdy nie wykonywałam bezmyślnie cudzych poleceń. Musiałam je najpierw przemyśleć i zdecydować, czy w ogóle mają sens. Gdy nie miały, po prostu ich nie robiłam. Odczuwam to jako rodzaj wolności. Potrafię się sprzeciwić i odmówić zrobienia czegoś, gdy jest "bez sensu". Niestety takie długotrwałe okresy bezczynności były początkami stanów depresyjnych. Co na to pomaga? Mnie pomaga ładowanie w siebie magnezu, deprimu, picie hektolitrów szałwii i spędzanie maksimum czasu na powietrzu, nawet gdy jest zimno. Chyba źle znoszę jesienne i zimowe niedobory słońca, mimo że nie cierpię upałów.

Zakładka dość dobrze opisuje moją pamięć. Pamiętam dokładnie wszystkie akwaria w rodzinie z czasów dzieciństwa. Nawet pamiętam, gdzie stał zamek w akwarium babci i jakie miała w nim ryby. Nie zapamiętam listy zakupów, którą sama zrobię. Muszę sobie wszystko zapisywać na kartkach, inaczej momentalnie zapominam. Nie dałam rady nauczyć się na pamięć tabliczki mnożenia. Zapamiętałam tylko kilka pozycji, resztę mnożę na bieżąco w pamięci wyobrażając sobie ilości, tak jest szybciej. nie nazwałabym tego sawantyzmem, raczej dużym problemem z pamięcią krótkotrwałą. Pamiętacie rybkę Nemo i błękitną rybkę Dorę, która co chwila wszystko zapominała? To o mnie.
-
2015/09/08 12:16:55
@ renatka1:
Jak to wygląda w przypadku nastolatków, nie mam zielonego pojęcia. Gdy po raz pierwszy trafiłum do kompetentnego psychiatry, miałum ponad 20 lat. Wcześniej natomiast miałum do czynienia tylko z niekompetentnymi psych*, którzy twierdzili np., że mam "nieprawidłową osobowość" (do dzisiaj nie wiem, co to znaczy).
Ale jeśli Twoja córka dostanie leki, to w najgorszym razie jej nie pomogą i po kilku tygodniach przestanie je brać. I dostanie kolejne, które być może jej pomogą. U dorosłych SSRI generalnie mają łagodne skutki uboczne. Podobnie SNRI. Jak jest w przypadku nastolatków, tego nie wiem.
-
Gość: Nerd, *.centertel.pl
2015/09/09 00:22:51
@wanderratte - depresji raczej trudno nie poznać. Powiem jak to wygląda w praktyce - to jest często smutek, żal, ból i przygnębienie, ale tak głębokie, że pogrąża mnie całkowicie (mam na myśli ostrą depresję). Pojawia się też koszmarne zmęczenie i ciągła senność. Miałem taką ciekawą kombinację: depresja + aleksytymia. Aleksytymia przez pewien czas powodowała, że nie byłem w stanie identyfikować emocji - tych depresyjnych także. Pojawiał się taki ścisk w klacie, bunt i złośliwość z mojej strony, to wiedziałem, że chodzi najprawdopodobniej o żal. Jeśli pojawiał się ścisk w brzuchu i okolicach splotu trzewnego, to chodziło najpewniej o ból. I takie to wróżenie z fusów. Gdy nie miałem dostępu poznawczego do własnych emocji, przez wiele miesięcy nie mogłem wpaść na to, że ten stan to właśnie depresja. Co gorsza - nie mogłem tego nijak odreagować, bo do skutecznego wyjścia z depresji kontakt z emocjami jest nieodzowny - zwłaszcza, gdy trzeba coś wypłakać. A tu ani w jedną, ani w drugą, bo pojawiające się w aleksytymii blokady mięśniowe emocji i wyparcia powodują, że trzeba płakać a się po prostu nie da. Mięśnie sterujące mimiką ponaciągane, mięśnie odpowiedzialne za zaciskanie powiek przy płaczu też, ale ani łzy. Tylko częste mruganie powiekami. Zaczął mi się wzrok pogarszać. Jedno, co byłem w stanie wyraźnie zaobserwować, to utrata sił i ogólne zmęczenie. Co do samej depresji - pamiętam to poranne wybudzanie się pomiędzy 3-4. Z jednej strony spać się nie chciało, z drugiej ten brak motywacji, poczucie beznadziei, niezdolność do większego wysiłku zarówno fizycznego, jak i umysłowego. Ogólne otępienie, poczucie bycia bezwartościowym. Spałem za to w ciągu dnia, często od 14 do 18 - tak, że gdy się budziłem, to nie wiedziałem czy to ranek, czy wieczór. Dochodziła do tego wzmocniona nadwrażliwość na bodźce - światła na przejściu (zwłaszcza zielone) wywoływały silny ból (kłucie oczu). Dźwięki były tak dotkliwe i przenikliwe, że niech je cholera. I to pogrążanie się - nie wiem, czy bardziej w myślach, czy w cierpieniu i bezmyślności. Gdy odzyskałem kontakt z emocjami, czułem wyraźną potrzebę ich przeżywania, choć wolałem, żeby mi w tym nikt nie towarzyszył.
-
2015/09/09 12:09:51
@ Nerd:
"depresji raczej trudno nie poznać."

Bardzo wiele osób nie jest w stanie jej rozpoznać. Np. jeden mój przyjaciel bardzo długo upierał się, że nic mu nie dolega, a jego rodzice go w tym utwierdzali. Dopiero jak poszedł, po długich namowach z mojej strony, do psychiatry, to okazało się, że miał depresję. Dostał leki, radykalnie zmienił swoje życie i mu przeszło.
-
2015/09/09 15:14:40
@Nerd
ja będąc dorosłym mam takie nieodparte wrażenie, że otaczający świat to siedlisko niewoli. Wynika to w dużej mierze z tego, że jak mnie coś wciągnie, to jestem tak nakręcony, że ciężko mnie z tego stanu wyrwać, a czasem trzeba. [...] Oczywiście - nie samymi przyjemnościami człowiek żyje, jednak ja jestem hedonistą. Uważam, żeby życie miało sens, przyjemności powinny przeważać nad nieprzyjemnościami. Gdybym pozbawił się swoich fiksacji czekałaby mnie ciężka depresja, może nawet nerwica neogenna. To nie jest do końca tak, że są rzeczy ważne i ważniejsze. Owszem, pewne minimum niechcianych obowiązków trzeba odfajkować żeby przeżyć. Reszta to fanaberie nadające sens życiu. Ja jestem minimalistą w tym sensie, że wolę zrezygnować z dużego domu, żeby nie chrzanić się ze sprzątaniem, czy martwieniem się o kasę na opłaty. Być może mając chałupę 200 m^2 musiałbym pracować w dobrze płatnym zwodzie, którego jednak nienawidziłbym. Nie wyobrażam sobie siedzenia 8-10 godzin dziennie w robocie, której nie cierpię. Z czasem dopadłoby mnie poczucie bezsensu, niespełnienia, wypalenie zawodowe.
Dzięki za wyjaśnienie, ten opis towarzyszy mi od chwili przeczytania. Z jednej strony pozwala mi więcej zrozumieć, a z drugiej... pogłębia bunt. Mój. Bo to, co piszesz, brzmi logicznie w przypadku osoby dorosłej, która sama dokonuje wyborów i sama ponosi ich konsekwencje, sama ustawia sobie granice między chęcią a przymusem -- może czegoś chcieć tak bardzo, że podejmie nawet duży wysiłek, żeby to osiągnąć. Może też z tego zrezygnować na rzecz świętego spokoju, komfortu, niewysilania się.
A z dzieckiem jest tak, że wszystkim tym, czym ono się nie zajmuje, ktoś inny musi się zająć. Załóżmy, że ma wadę postawy, a w związku z tym ćwiczenia do wykonywania. To jest jeden z niechcianych obowiązków, które się w minimum nie mieszczą. Więc to rodzic ma nakłonić jakimś sobie tylko znanym sposobem do zrobienia tego. A jeśli nie umie, to ma problem -- ze sobą, np. z poczuciem winy, bo przez jego wychowawczą nieudolność dziecko sobie czegoś tam ważnego nie poprawi. Ja coraz bardziej nie chcę takiego "podziału zadań" akceptować. Mój spokój też ma wartość, przeciążenie bodźcami, zajęciami i myślami to jest stan, który mnie też (w mniejszym stopniu zapewne) dotyczy. Zastanawiam się więc, jak te granice przesuwać. Rozwijać jeśli nie empatię, to chociaż poczucie przyzwoitości. Na ile to jest możliwe, a na ile nie. Po jakie metody mogę sięgać, a po jakie już nie... Zwłaszcza że Młoda jest ogólnie istotą dość subtelną i prostoduszną, nie odpłaca pięknym za nadobne itp.
Wierzę, że depresji można nie rozpoznać. Może szczególnie jeśli jest się autykiem. Bo żeby zauważyć, że jest gorzej, musiało wcześniej być normalnie. A jeśli ktoś "od zawsze" nie umiał rozpoznawać emocji, to chyba może mieć problem z uchwyceniem istoty tego, co się z nim dzieje?
-
2015/09/09 15:54:24
W powyższym komentarzu pierwszy akapit to jest cytat z komentarza Nerda, tylko zeżarło cudzysłowy :( Katja, mogłabyś dopisać?
-
Gość: Nerd, *.centertel.pl
2015/09/09 16:16:09
@renatka1 - sukces pewnie zależy od skutecznego systemu motywacji - może jakiegoś kija i marchewki. Sam nie wiem. Trzeba brać po uwagę fakt, że ludzie autystyczni mają odmienną hierarchię potrzeb i co innego ich motywuje. Kara w postaci zakazu spotykania się z kolegami dla kogoś, kto czuje chęć izolacji, nie podziała. Obcięcie kieszonkowego? Być może. Ja forsę gromadziłem dla samego gromadzenia, żeby więcej było. Zauważyłem jednak, że inne dzieci potrzebują kasy, żeby sobie coś kupić. Może nawet jest tak, że człowiek do 18. roku życia musi być niewolnikiem?

Co do mnie samego - zdaję sobie sprawę, że moje postrzeganie rzeczywistości może być obciążone życiowymi doświadczeniami. Będąc dorosłym nadal mam duże problemy z reagowaniem na komentarze w stylu "musisz coś". Wpadam wtedy w taką furię, że potrafię rzucić kubkiem z kawą, albo wystartować z pięściami do współrozmówcy. Niewinne sytuacje, gdy się czymś przejmuję, martwię a ktoś w dobrej wierze chce mnie pocieszyć. Ale to "musisz się trzymać", "powinieneś ...", "tak wypada". Upór i krnąbrność są tak silne, że wolałbym szefowi w robocie dać w pysk i wylecieć, niż wykonać jego polecenie. Tyczy się to zwłaszcza sytuacji, gdy ktoś narzuca mi odgórnie metodę, za pomocą której mam osiągnąć cel. Wtedy to przychodzą mi do głowy takie bluzgi, których sam Kukiz by się nie powstydził. Wymyślanie od faszystów i panów feudalnych.
-
2015/09/09 21:07:03
Renatko, niestety nie mogę edytować treści komentarzy. Mogę je tylko usuwać :(
-
Gość: Nerd, *.centertel.pl
2015/09/09 21:57:47
@wanderratte - z rozpoznaniem depresji może i faktycznie jest tak, jak piszesz. Mój przykład to potwierdza, ale to dlatego, że byłem aleksytymikiem i miałem ogromne trudności z rozróżnianiem emocji. Są też jakieś dziwaczne rodzaje depresji maskowanych, gdzie chory wygląda bardziej na kogoś z zaburzeniami obsesyjno-kompulsyjnymi. Dopiero zahamowanie natrętnych myśli, czynności i perseweracji powoduje, że chory ze stanu nerwicowego pobudzenia wpada w bezsilność i zmęczenie. Istnieją przypadki ludzi, którzy "wyszli" z depresji dzięki ZOK. Po prostu - natrętne zachowania i nadaktywność fizyczną wykorzystali jako oręż walki z apatią i kompleksami. Jednak jest to strategia ryzykowna, bo pomimo odzyskania witalności powoduje, że człowiek staje się jeszcze bardziej zaburzony.
-
2015/09/09 22:31:58
@Nerd
Tak, masz rację, że standardowe szlabany nie działają. Kasa -- zależy, czy jest istotny plan jej wydania. Czasem u nas działa perspektywa zrobienia czegoś razem, np. obejrzenia jakiegoś filmu. Bywa też, że trudno znaleźć cokolwiek.
Trudno mi jednak pogodzić się z tym, że w wielu sferach nie działa automotywacja. Np. nauczenie się czegoś po to, by ułatwić sobie naukę w przyszłości, a nie wiecznie zmagać się z zaległościami. Wyspanie się. Obejrzenie się w lustrze, żeby zobaczyć, czy jest się w miarę dobrze uczesaną. Itp. Tu staram się w miarę możliwości stosować "pierwszą zasadę psychologii: ustalić, czyj to problem" -- często wychodzi mi, że teoretycznie nie mój, ale czuję się z tym jakoś niefajnie, kiedy zamiast wesprzeć czy doradzić reaguję obojętnością (prawdziwą lub udawaną) lub złością.
Raczej nie używam wyrażeń typu "musisz", gdy nie chodzi o racjonalną konieczność, a zamiast "wypada" wolę mówić o szacunku do innych, gdy chodzi o coś istotnego, a rzeczy nieistotne (np. nieszkodliwe dziwności) odpuścić. I chciałabym dawać więcej swobody w wybieraniu metod działania. Jednak u Młodej planowanie działania leży. Tego, co rutynowe i wyuczone, przestrzega bez nadzoru, np. wiem, że na wagary nie pójdzie. I to bardzo doceniam. Ale między "to już umiem, działam jak zawsze" a "nie umiem!!!!!!!!!!!!!!!!!!!" nie ma nic. Nie ma "nie wiem, ale się zastanowię i może się uda". Jest upór, za którym nic nie idzie, żadna własna propozycja.
Z tego, co piszesz, wnioskuję, że chyba za szybko chciałabym zmian. Może to jeszcze nie ten czas...
@Katja
W sumie to nawet logiczne, że nie da się edytować komentarzy, nie pomyślałam o tym. Sądziłam, że na swoim blogu możesz wszystko ;)
@Wanderratte
Na razie bliższa mi jest wizja, że samopoczucie Młodej jest OK, kiedy robi, na co ma ochotę, a otoczenie to toleruje i zachowuje się przyjaźnie. Ale nie zawsze można to tolerować. Będę obserwować pod kątem objawów depresji.
-
Gość: Nerd, *.centertel.pl
2015/09/10 00:59:57
@renatka1 - z tą obsługą maszynki do mielenia mięsa, czy żelazkiem to pamiętam, że w wieku 13-14 lat było już OK. Problem był taki, że wszelkie obowiązki domowe zostały przeze mnie zrytualizowane i stały się celem samym w sobie. Wtedy je nawet lubiłem, choć prasować mogłem żelazkiem tak długo, że gdybym to robił codziennie, to rachunki za prąd byłyby kosmiczne. Za to precyzja prasowania była niesamowita. To samo z myciem naczyń. Procedura zakładała, że talerz należy szorować w każdym miejscu wykonując 10 kółek gąbką do mycia. I nie było, że tylko od góry. Od dołu też. Problemem za to okazała się woda lejąca się z kranu i związane z tym rachunki. Opracowałem strategię, że moczę talerz, zakręcam wodę, szoruję zmywakiem, odkręcam wodę i płuczę. W tym też można się doszukać kosztów, bo ciągłe zakręcanie i odkręcanie powoduje szybsze zużywanie się kranów. Jednak do tej pory mam oporu przed uczeniem się czegokolwiek nowego. Nie chce mi się. Początki są zawsze trudne. Zanim opanuje się zasady, zanim umiejętności się zautomatyzują - droga przez męki. Mógłbym nauczyć się programowania w nowym języku, ale to początkowe przyswajanie składni - a niech je cholera! Może istnieją jakieś bezbolesne, szybsze metody nauczania - przez zabawę. Sam nie wiem.
-
Gość: Renata Mama 16-latki z ASD, *.na5.pl
2015/09/10 11:37:39
@Nerd
A czy w uczeniu się nowych rzeczy (jeśli już decydujesz się na to) pomaga Ci wsparcie innej osoby? Jeśli tak, to jakiego rodzaju działania uważasz za najbardziej pomocne? Mnie wychodzi, że u Młodej najlepiej chyba sprawdza się wsparcie bezosobowe (głównie net -- tylko z drugiej strony: wejście do netu zawsze daje okazję do zajęcia się czymś innym niż to, po co się tam weszło). A jeśli osoba, to taka naprawdę och i ach, mnóstwo czynników musi tu zagrać, żeby dało się sytuację zaakceptować i jednocześnie wyciągnąć jakieś korzyści.
Obowiązki domowe jako rytuały -- faktycznie coś w tym jest. Albo bardzo sumiennie i we własnym rytmie, choćby nie wiadomo co się działo, albo -- na złość -- niedokładnie i bez sensu, tylko że w tym bezsensie też czasem jest metoda (np. Młoda napisała kiedyś zadanie domowe trójkątnymi literami -- bo, cytuję, nie chciało jej się go odrabiać (a pisać trójkątne litery, co trwa wielokrotnie dłużej, jej się chciało??).
Czasem potrafi się porwać na dużą rzecz, ale tu też sporo czynników musi się spotkać, no i oczywiście musi być ogromna chęć.
Zmywać też lubię dokładnie (talerze od spodu, uchwyty patelni itp.) -- najlepiej wg mnie nalać sobie ciepłej wody z płynem do zlewu i myć w niej naczynia partiami, a potem też partiami opłukiwać pod bieżącą wodą (no chyba że ktoś ma problem z wkładaniem rąk do "brudnej" wody). I mam swój porządek ustawiania naczyń na suszarce -- nie wymagam, żeby inni się do niego stosowali, ale czasem robię ogromne oczy, kiedy widzę, że ktoś na miseczce odwróconej do góry dnem ustawia szklankę i nie wpadnie na to, że przecież w takiej konfiguracji nie wyschnie ani jedno, ani drugie ;)